Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 83sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

gojiraark m

opethark m

accept nowa datadaw m

 

YES - Like It Is- Yes At The Mesa Arts Center

 

(2015 Frontiers Music SRL)
Autor: Włodek Kucharek
yes-like-it-is-yes-at-the-mesa-arts-center
Tracklist:
CD1
1.Close To The Edge (19:11)
I.The Solid Time Of Change
II.Total Mass Retain
III.I Get Up, I Get Down
IV.Seasons Of Man
2.And You And I (10:58)
I.Cord Of Life
II.Eclipse
III.The Preacher, The Teacher
IV.Apocalypse
3.Siberian Khatru (9:52)
 
CD2
1.Roundabout (8:34)
2.Cans And Brahms (1:41)
3.We Have Heaven (1:31)
4.South Side Of The Sky (9:35)
5.Five Per Cent For Nothing (0:42)
6.Long Distance Runaround (3:36)
7.The Fish (Schindleria Praematurus) (3:15)
8.Mood For A Day (3:03)
9.Heart Of The Sunrise (11:41)
 
SKŁAD:
Jon Davison (wokal)
Geoff Downes (instr. klawiszowe)
Alan White (perkusja)
Steve Howe (gitary)
Chris Squire (bas)
 
Wydaje mi się, że wybierając się na koncert, udajemy się z pewnymi oczekiwaniami repertuarowymi. Tym bardziej, że wiele rockowych składów stosuje dosyć jednolitą strategię, mianowicie organizuje tournee po publikacji nowego albumu studyjnego, bądź celem przypomnienia swojego dorobku z okazji jubileuszu, czyli okrągłej rocznicy istnienia kapeli. Ale w jednym i drugim przypadku program koncertu można w przybliżeniu przewidzieć, bo już kwestia kolejności wykonywanych utworów, czyli tzw. setlista, jest jednoznacznie nie do trafienia. Wprawdzie większości zebranej publiczności bywałej na tego typu wydarzeniach kolejność wykonywanych kompozycji jest zupełnie obojętna, także zawartość kompilacji z różnych pozycji dyskograficznych nie ma większego wpływu na jakość przekazu. Jednak zawsze istnieje pewien czynnik zaskoczenia, bo ci wielcy lubią poprzestawiać klocki w programie przykładowo z poprzedniego wieczoru, zaskakując słuchaczy, lub wymienić komponenty koncertu praktycznie na bieżąco. Bywało przecież już tak, że dany wykonawca zaprezentował zupełnie inny zestaw utworów na dwóch kolejnych koncertach, drwiąc sobie z wszelkich proroków. Taki trick dotyczy oczywiście wykonawców o uznanym dorobku, setkach songów, którzy najczęściej posiadają tzw. kłopoty bogactwa, czyli eliminacja fragmentów do wykonania „live” przyprawia ich o ból głowy, bo jest ich w repertuarze multum.
Ale w ostatnich latach dostrzegam pewną, nazwijmy ją nową, tendencję, która wyróżnia się tym, że dany wykonawca potrafi zagrać z precyzją szwajcarskiego zegarka program z zapowiadanego longplaya studyjnego, dosłownie punkt po punkcie, więc o niespodziance nie ma mowy. Jedynym  znakiem zapytania w takiej sytuacji jest kwestia wersji wykonywanych kompozycji, ich ewentualnie nowej aranżacji, wprowadzenia pewnych dodatkowych partii instrumentalnych. Ale „szkielet” pozostaje taki sam, fundamenty nienaruszone, znane każdemu, bo każdy może docenić ich jakość w zaciszu domowym, „wrzucając” konkretną płytę do odtwarzacza. Wydaje się pozornie, że występ zawierający z góry ustalone punkty, w precyzyjnie zaprojektowanej kolejności, podanej zawczasu do wiadomości publicznej, ma niewiele wspólnego ze spektakularnym wydarzeniem i trudno będzie nim wzbudzić większe zainteresowanie potencjalnych odbiorców różnych pokoleń. A jednak istnieją formacje rockowe, które świadomie podejmują się takich działań artystycznych, odnosząc na tym polu znaczące sukcesy. Jednym z takich bandów jest ikona rocka, legenda wyrafinowanej progresji, kwintet Yes. Do takich niekonwencjonalnych zdarzeń doszło 12 sierpnia 2014 roku w USA, w Arizonie, a miejscem tym było Mesa Arts Center. Rezultat tego spotkania z fanami udostępniono rok później w formie wydawnictwa płytowego. Ale najistotniejszą informacją jest fakt, że grupa Yes postanowiła przypomnieć zawartość z dwóch autorskich „kamieni milowych” swojej kariery i spuścizny rockowej w ogóle, a chodzi w tym miejscu o wspaniałe dzieła, albumy „Fragile” z 1971 i „Close To The Edge” z roku 1972. Istotny wpływ na taki przebieg wydarzeń miał niewątpliwie sukces występu w roku 2014 w Bristol Hippodrome, gdzie muzycy zagrali utwory należące do programu dwóch innych historycznych, płyt długogrających z biografii Yes, „The Yes Album” (1971) oraz „Going For The One” (1977). Niewiele osób zaliczanych do grona promotorów Yes spodziewało się tak entuzjastycznego przyjęcia realizacji zamierzeń grupy związanych z odtworzeniem znanego w szczegółach materiału muzycznego. Dlaczego więc nie powtórzyć udanego pomysłu? Tym bardziej, że zarówno „Fragile” jak i „Close To The Edge” noszą miano absolutnych klasyków.
Pisząc o koncertowym przedsięwzięciu „Like It Is: Yes At The Mesa Arts Center” należy niewątpliwie powrócić myślami 45 lat wstecz, kiedy zdobywający ostrogi sławy Yes wystartował do wielkiej międzynarodowej kariery. Z tamtych dziejów z oryginalnego składu Yes pozostał tylko duet muzyków, gitarzysta Steve Howe i basista Chris Squire (przypominam, że jest to ostatnie wydawnictwo z jego udziałem, ponieważ zmarł 27 czerwca 2015 roku). W latach 1971- 72, gdy powstawał materiał studyjny wypełniający „Fragile” i „Close To The Edge” za zestawem perkusyjnym zasiadał znakomity Bill Bruford, a instrumenty klawiszowe obsługiwał fantastyczny wirtuoz Rick Wakeman, który na wiele lat zastąpił na tym stanowisku Tony’ego Kaye. Także przed mikrofonem stał inny człowiek, znany i powszechnie lubiany Jon Anderson, facet śpiewający falsetem, co w muzyce rockowej nie było wtedy „normalnością”, czyli wysokim głosem męskim, zawdzięczającym swoją barwę niedomkniętym strunom głosowym w technice śpiewu. Naturalnie można postawić sobie pytanie, dlaczego to nie oryginalni wykonawcy dawnych songów z płyt studyjnych firmują swoimi nazwiskami koncertowy materiał. Odpowiedź na pytanie nie nastręcza wielkich trudności. Klawisze w Yes to epoka panowania Ricka Wakemana, który na pewnym etapie swojego życia zawodowego stwierdził, że po edycji i sukcesie albumu „The Six Wives Of Henry VIII” kontynuować zamierza karierę solową. Wprawdzie w okresie następnym zdarzały się epizody, gdy Rick „zadaniowo” powracał na łono zespołu, ale nie był to trend trwały. Obecnie za baterią klawiatur zasiada Geoff Downes, który nie należy do grona „obcych”, chociaż jako muzyk nie należy do kręgu moich faworytów. Uważam, że jest on zwolennikiem prostszych struktur kompozycyjnych, „ciągnąc” bardziej w stronę pop rocka z akcentami progresji, co nie idzie w parze z charakterem starszych kompozycji Yes, tym bardziej tymi, pochodzącymi z najwcześniejszego okresu twórczości. Natomiast Alan White panujący nad zestawem perkusyjnym to stały członek zespołu od roku….1973, ale fakty są takie, że nie był obecny przy pracach zespołu nad wymienionymi płytami długogrającymi. Długie lata Steve Howe poszukiwał zastępcy dla Jona Andersona, który ze względu na chorobę nie był w stanie podołać trudom trasy koncertowej, co sam zresztą przyznał w wywiadach. Ale przy okazji doszło do zgrzytów między dawnymi kolegami, po czym panowie rozeszli się, każdy w swoją stronę. Znalezienie męskiego głosu podobnego barwą do głosu Jona to był niezły ambaras. Ale po latach poszukiwań nadszedł sukces, a wybrańcem losu został Jon Davison, niegdyś wokalista Glass Hammer, który dysponuje walorami głosowymi łudząco podobnymi do Andersona. W tak skonstruowanym składzie występował Yes w roku 2015. Jak potoczą się losy dinozaurów rocka, nie wie nikt. Stanowisko basisty „osierocił” śp. Chris Squire, a znalezienie godnego następcy to proces długofalowy, bo nie każdy gitarzysta szarpiący basowe struny posiada do takiego „Yesowskiego” grania smykałkę, a przymioty charakteru też odgrywają sporą rolę.
W tym miejscu chciałbym przedstawić w skrócie z jakimi utworami spotkali się słuchacze zasiadający w arizońskim forum. Dla starych rockowych wyjadaczy takie przypomnienie to niejako powtórka z rozrywki, młode pokolenie w przeważającej części ma pojęcie raczej mgliste o zawartości „Fragile” i „Close To The Edge”, więc moje zadanie polega na uświadomieniu, jaki kapitał tkwi w tych dwóch albumach.
 
„Fragile”
Mogę śmiało powiedzieć, że wychowałem się na tej muzyce i towarzyszy mi ona od ponad czterdziestu lat. Dla mnie osobiście ten album i kilka innych autorstwa Yes to absolutne wyżyny innowacyjności, awangardowego łączenia rocka z muzyką klasyczną, umiejętności tworzenia suit opartych na klasycznych filarach, kosmiczne zdolności muzyków. Pomyśleć, że kiedyś te muzyczne monstra świetnie nadawały się do prezentacji w stacjach radiowych, w tzw. najlepszym czasie antenowym, a współcześnie wciska się „kit”, że wszystko, co trwa więcej niż cztery minuty to już przesada. Znam te genialne płyty od tak długiego czasu, że w ogóle nie pojmuję, jak ktoś słuchający muzyki rockowej może o nich dzisiaj nic nie wiedzieć. Nie chciałbym opisywać krok po kroku całości materiału zapisanego w historii rocka na różnych nośnikach, ale na kilka newralgicznych miejsc chciałbym zwrócić uwagę. Ta płyta to kanon rocka, wszechstronny wzorzec wykonawczy, na którym skala sprawności artystycznej kwintetu jako zintegrowanej grupy artystów „wjechała” pod niebo. Ale nikt przy zdrowych zmysłach nie podważy geniuszu Ricka Wakemana, absolutnego wirtuoza gry na wszelkich instrumentach klawiszowych, nie tylko organach, syntezatorach, ale także na nie tolerującym błędów fortepianie koncertowym. Ówczesny perkusista Yes, Bill Bruford to profesor, zarówno w przenośni w zakresie swojego talentu, jak też dosłownie jako nauczyciel akademicki. Howe to pomimo zaawansowanego wieku, 69 lat, ciągle wspaniały, jeden z najlepszych gitarzystów na świecie, grający z równą swobodą rock, jazz, muzykę latynoską z flamenco włącznie, country, blues i ragtime. Chris Squire, tytan gitary basowej Rickenbacker (wierny tej marce od 1965 roku). Squire osiągnął specyficzne brzmienie swojej gitary poprzez tzw. Bi-Amping, podzielił sygnał stereo basu na dwa zakresy, niskie częstotliwości wzmacniał konwencjonalnym wzmacniaczem basowym, wysokie wzmacniaczem gitary prowadzącej. Dzięki temu osiągnął efekt brzmieniowy pomiędzy tradycyjną gitarą elektryczną a basową. Dodatkowo wzbogacał brzmienie efektami wah- wah i tremolo. No i na końcu gość przed mikrofonem, czyli w oryginale Jon Anderson. Zaczynał karierę dwoma singlami pod artystycznym pseudonimem „Hans Christian”. W roku 1968 pracował w londyńskim klubie „La Chasse”, którego manager przedstawił mu Chrisa Squire. Anderson przystąpił do jego zespołu działającego pod nazwą „Mabel Greer’s Toyshop”, który krótko po tym zdarzeniu przekształcił się w Yes. Anderson współpracował też w czasie swojej długiej kariery z innymi prominentnymi muzykami, między innymi z Vangelisem, z którym w duecie nagrał kilka niezwykle pięknych muzycznych opowieści. Godna uwagi jest także solowa część jego aktywności obejmująca blisko dwadzieścia albumów, a w roku 2015 wydał wspaniały dysk „Better Late Than Never” pod egidą AndersonPontyBand, w której jego partnerem jest francuski mistrz skrzypiec Jean Luc Ponty.. Warto także nadmienić, że w roku 1992 Jon wziął udział- partycypując wokalnie w trzech kompozycjach- w rejestracji solowego albumu japońskiego multiinstrumentalisty Kitaro „Dream”. Kto sięgnie po tę przepiękną, klimatyczną muzykę nie będzie żałował poświęconego czasu, a utwór „Lady Of Dreams” to czysta magia (wysłuchać należy także „Agreement” i „Island Of Life”).
Nieco odbiegłem od meritum, czyli zawartości stricte muzycznej, ale uważam, że należało przedstawić krótki rys biograficzny osobistości zaangażowanych w realizację „Fragile”, a także czekającej na omówienie płyty „Close To The Edge”.
„Fragile” to 9- częściowy zbiór znakomitych utworów w wielu punktach nawiązujących do muzyki klasycznej. W czerwcu 2015 renomowany periodyk muzyczny „Rolling Stone” umieścił ten album na 10 miejscu listy 50 najlepszych progresywnych albumów wszechczasów. Longplay posiada wyrazistą strukturę „organizacyjną”, podzielony na cztery dłuższe formy kompozycyjne, a między nimi wpleciono pięć miniatur solowych. Rozdział pierwszy to grubo ponad ośmiominutowy „Roundabout”, współcześnie klasyk. Na amerykańskim koncercie „At The Mesa Arts Center” w składzie Yes wystąpiło tylko dwóch członków formacji z oryginalnego składu , Howe i Squire, pozostali „doszlusowali” do ekipy później, choć przykładowo perkusista Alan White gra w Yes taki szmat czasu, że większość sympatyków rocka nie przyjmuje do wiadomości, że White nie jest z zespołem od początku. Keyboardzista Downes „kręcił” się od wielu lat wokół różnych konfiguracji personalnych zespołu, a bywały okresy, gdy należał do firmowego lineup Yes, szczególnie na trasach koncertowych lat 80-tych. Jedynym debiutantem w tym zacnym gronie jest Davison, obarczony podwójnym bagażem presji, bo musi udźwignąć ciężar sławy Jona Andersona, po drugie poradzić sobie wykonawczo w grupie doświadczonych rockowych „lisów”, należących także metrykalnie do zupełnie innego pokolenia. Jednak płonne okazały się obawy, że wokalista może być słabszym elementem układanki personalnej. Już w „Roundabout” radzi sobie z repertuarem Yes jak stary wyjadacz, precyzyjnie odtwarzając znane frazy głosem łudząco podobnym do swojego wielkiego poprzednika. Oczywiście w tym akapicie znajdą się zawsze zrzędy, które zarzucą singerowi brak własnego, indywidualnego stylu i li tylko naśladowanie poczynań głosowych Jona, ale taki zarzut nie jest warty nawet jednego zdania komentarza. Także instrumentalnie „Roundabout” to progrockowa perełka, praktycznie od dziesiątków lat została nominowana jako stały punkt programu koncertowego Yes, wykonana została z niesamowitym feelingiem, pięknie brzmi, a przejścia z akustyki na akordy elektryczne, dowodzą, że „staruszek” Howe nadal jest sprawnym „wioślarzem”, który nie zapomniał, jak tworzyć magiczny nastrój. Podobnie jak Squire bezkonfliktowo prowadzi wraz z kolega Alanem rytmiczne łamańce, ale czy ktoś spodziewał się innego rezultatu? A w Wakemanowskiej miniaturze „Cans And Brahms” Downes z kolei pokazuje swoją klasę, dochowując wierności zapisowi dźwięków oryginału, podkreślając tym samym szacunek wobec znamienitego kolegi i utrzymując w ryzach swoje inklinacje do „ściągania” utworów Yesowskich w stronę dosyć przebojowego proga, jak czyni to bez skrępowania w znanej grupie Asia. Sądzę jednak, że Geoff czuje się w składzie Yes gościem, częstym i obeznanym z muzyką bandu, ale jednak gościem, a w Asia ma prawo do zachowań „pana na włościach”, ponieważ jest jednym z architektów budowy tego zespołu. Poprzez śliczny wokalnie i gitarowo drobiazg „We Have Heaven” akcja muzycznych wydarzeń w wersji „live” toczy się wartko i bez zakłóceń, a przytaczanie kolejnych tytułów jest działaniem bezprzedmiotowym, gdyż każdy słuchacz potrafi je sprawdzić na okładce płyty bądź w sieci. Kwintet z wielką  wprawą odmierza następne kroki na drodze wspomnień. Niezwykle klasyczny i powściągliwy arystokratycznie „South Side Of The Sky” przypomina, że zarówno Downes, podobnie jak kiedyś Wakeman potrafią znakomicie „przekuć” swoje zainteresowania klasyką muzyczną innych epok na sekwencje dźwięków przygotowane dla wykonawcy rockowego. Od dawna znane są następujące prawdy. Że „Pięć centów za nic” od dekad jest świadectwem, ledwo trzydziestokilkusekundowym, improwizatorskich ciągotek rockmanów. Że „Long Distance Runaround” to pełna zmienności kompozycja, połamana rytmicznie. Że czar artystycznego popisu Howe „Mood For A Day” nie uleciał. Że suitowy i złożony „Heart Of The Sunrise” także „na żywo” pozwala na wprowadzenie drobnych modyfikacji sprawiając mistrzom sporo satysfakcji. Przy słuchaniu całego materiału pojawia się tylko jedno negatywne odczucie, zazdrość, wobec tych wszystkich zebranych w audytorium i uczestniczących w święcie muzyki. Zazdrość tym większa, że za chwilę wkraczają dźwięki jeszcze sławniejsze, budujące jedno z największych dzieł w historii rocka.
 
„Close To The Edge”
W roku 1972 wielu komentatorów muzycznych snuło rozważania, których słuchałem w radiu jako kilkunastoletni „szczyl” z rozdziawioną gębą, a eksperci starali się odpowiedzieć na pytanie, czy „Close To The Edge” to muzycznie, dramaturgicznie, wykonawczo i koncepcyjnie dzieło skończone, absolutne. Wielu odpowiadało twierdząco. Także dla mnie wczoraj i dziś to kwintesencja piękna w muzyce rockowej, zbiór niesamowitych emocji, wzruszeń, to impuls dla szalejącej wyobraźni, a gdy tytułowa suita dobiega do punktu kulminacyjnego, części „I Get Up, I Get Down” puls wali sto na minutę, w oczach błąkają się łzy, a każdy znający treść życzy w duchu bohaterowi powodzenia:
 
„W końcu
Wyjdziesz na prostą
Blisko brzegu,
Tuż nad rzeką
Będą mijać kolejne pory roku
Będę się podnosił
I upadał
Wówczas to wszystko przeminie
I się dokona
Wtedy dopiero się odnajdziesz
Wtedy staniesz się całością.
Przy brzegu
Wyjdziesz na prostą
Pod sam koniec,
Tuż przy rzece
Pory roku będą mijać
Będę się podnosił
I upadał”.
 
Słuchając zawartości płyty kiedyś tam przed ponad 40 laty zawsze wpadałem w zachwyt, niezależnie od faktu, czy było to wykonanie studyjne czy koncertowe. Moje nastawienie nie uległo za grosz zmianie także dzisiaj, bo ta sztuka muzyczna dalej czaruje swoim magnetyzmem. Niezwykle istotnym czynnikiem jest także nastrój, także na koncercie, chociaż składnik to ulotny, niepoliczalny, a wyczuwalny wyłącznie tzw. szóstym zmysłem. W Mesa Arts Center krążą w powietrzu czarodziejskie fluidy, paraliżując publiczność i to nie tylko dźwiękami płynącymi przy „Close To The Edge”, ale także wyśmienitymi wersjami równie ambitnych i niebiańsko pięknych „And You And I” i brawurowego „Siberian Khatru”.
Wykonawcy lekko i bez trudu wdrażają na bieżąco do formatu dźwięków swoje rozwiązania nieco inne od powszechnie znanych. Jednym z nich jest wsparcie wokalne udzielone w tytułowej kompozycji Davisonowi przez Howe i Squire, którzy tworzą zgrabny chórek. Gdy scalimy siłę wynikającą z mistrzostwa instrumentalistów, brzmienia, melodyki, klimat spektaklu to otrzymamy Kosmos. Chapeau bas Panowie!
Słuchałem tych utworów dziesiątki razy, zachwycałem się nimi po pierwszym przesłuchaniu tak samo jak po n-tym, nie próbowałem nigdy szukać niedociągnięć, żeby się nie skompromitować we własnych oczach. Bo oba albumy, „Fragile” i „Close To The Edge” przynależą na zawsze do dziedzictwa kultury muzycznej świata i nawet, gdy moje słowa trącą trochę egzaltacją, to moim zdaniem konieczną, aby podkreślić wielkość tych dzieł. Trudno będąc przy zdrowych zmysłach te prawdę kwestionować. Minęło lat ponad czterdzieści od premiery tej muzyki, a ona trwa i trwać będzie na wieki jak piękny pomnik kreatywności i artystycznych ambicji piątki skromnych facetów skupionych pod wspólnym logo legendy Yes.
Ocena 6/ 6
Włodek Kucharek

142_badtaste-baner156x600.png 144_mag_158x600px_72_dpi.jpg 143_eskalacja-singiel-158x600-singiel.png 145_wrona.png

Goście

3994014
DzisiajDzisiaj153
WczorajWczoraj1029
Ten tydzieńTen tydzień2372
Ten miesiącTen miesiąc25284
WszystkieWszystkie3994014
44.200.136.171