Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 78sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

legendy metaluiuy m

accept posterb1yyy m

helloween i hammerfallzzz m

vdgg plakat nowe daty m

steelpanther 2022pol m

 

JJ LIN - Drifter/ Like You Do

 

(2020 Warner Music)
Autor: Sam O'Black
 

cover-jj-lin-drifter-like-you-do s 

Teraz czuję to, czego dotąd nie rozumiałem

"Dwuwywmiarowe EP stanowi refleksję nad rozmytą granicą pomiędzy marzeniami a rzeczywistością, oraz możliwością istnienia równoległego świata. W życiu jest zawsze światło i ciemność, możesz się trzymać jednej z nich lub od nich odejść. Powracając do ponownego odkrywania świata, ten album opowiada historię wspólną dla każdego z nas. Ja mogę być Twoim głosem, tak samo jak Ty możesz być moim". Tak o przekazie zawartym na najnowszym wydawnictwie Wayne Lin Jinjie "Drifter / Like You Do" opowiada sam wokalista i kompozytor (najczęściej nazywany w skrócie) JJ Lin.

Postanowiłem podzielić się tym z wami w ramach zapowiedzi wywiadu oraz recenzji odnośnie singapurskiego Witchseeker (które to materiały pojawią się w 79 odsłonie magazynu “Heavy Metal Pages”), ponieważ w obu przypadkach muzyka pochodzi z tego samego Miasta Lwa i warto to znać (a sam nigdy bym nie poznał JJ Lin, gdyby nie przedłużona do siedmiu dni impreza w Amsterdamie u znajomego z Urumqi). O ile Witchseeker wydaje dopiero swój drugi album, JJ Lin jest dojrzałym artystą z pokaźnym dorobkiem 14 albumów studyjnych (i to nie licząc koncertówek, składanek, singli, video, itp.). Kiedy przeprowadzał się z Singapuru do Tajwanu na początku XXI wieku w poszukiwaniu możliwości profesjonalnego muzykowania, śmiano się z niego, że kaleczy język chiński a chce zostać gwiazdą mandopopu. A teraz świętuje czterdzieste urodziny wraz z samym Jay Chou, należąc do tej samej ligi, bo dwukrotnie otrzymał nagrodę "Best Mandarin Male Singer" z cyklu "Golden Memory Awards" (zresztą nie tylko tą, bo na Wikipedii można znaleźć bardzo długą listę jego prestiżowych nagród).

Europejczycy niezaznajomieni z mandopopem mogą sobie wyobrazić ten styl jako alternatywny rock, udanie łączący mnóstwo rozmaitych muzycznych odcieni. Nie brakuje mocnego rockowego uderzenia, ale też przepięknych melodii fortepianowych, akustycznych gitar, cudownych wokali nie z tej ziemi, a także egzotycznych folkowych eksperymentów na tradycyjnych instrumentach. Niekiedy naprawdę można się rozmarzyć, wzruszyć, zdumieć i zachwycić nad muzykalnością JJ Lin. Dysponuje on niewiarygodnymi warunkami głosowymi, przy których obecnie wielkie stadiony szaleją i biją niekończące się owacje na stojąco. Nie bez przyczyny JJ Lin jest uznany za pierwszego globalnego ambasadora Singapuru. Jestem absolutnie przekonany, że każdy o odrobinie otwartym umyśle i wrażliwym sercu doceni tą muzykę, jeśli tylko po nią sięgnie.

Mógłbym długo opowiadać o różnicach pomiędzy kolejnymi albumami, ale poprzez "Drifter / Like You Do" otrzymujemy dobre wyobrażenie o stylistyce JJ Lin. Pierwszy utwór "Embark" rozpoczyna się prostym, skocznym motywem na fortepianie. Nie trzeba długo czekać na wokal - już po 16 sekundach wchodzi nasz bohater, prezentując spokojny, jasny i głęboki tenor. Wkrótce następuje dynamiczny zryw, cały czas z zachowaniem akustycznej aranżacji (chodzi mi o to, że bębny może i są zsamplowane, ale to jest żywa muzyka rockowa, a nie żadna elektroniczna czy coś). Głos emanuje entuzjazmem, akcentowanym mocnymi uderzeniami perkusji przy wartko płynącej melodii. Dalej następują zaskakujące zmiany dynamiki, nieodparcie zapraszając słuchacza do wspaniałej przejażdżki artystycznej. JJ Lin udowadnia też, że potrafi popuścić wodze wyobraźni i swojego wokalnego kunsztu, zawodząc i efektownie przedłużając frazy.

Drugi kawałek "No Turning Back" ma "symfoniczne" intro, które zanika po 34 sekundach równie nagle, jak słońce potrafi przegonić przejściowe chmury nad Oceanem. Pozostaje sam głos z oszczędną, ale dosadną partią fortepianu. Wraz z wejściem uderzeń stopy, od 1:10 do 1:37 subtelnie podkreślona zostaje rytmika kompozycji (trzeba się wsłuchać, żeby to dostrzec), przy czym ten zabieg ma na celu udywatnienie kołyszącej niczym fale morskie linii wokalnej (patent bardzo typowy dla naszego bohatera). Później zaś pojawia się ostra rockowa solówka gitarowa łkająca poprzez stopniowo narastający, chaotyczny zamęt, co zostaje zwieńczone jednym konkretnym uderzeniem perkusji dokładnie w 2:05. Ech, mam do tego słabość, musiałem posłuchać tego konkretnego fragmentu po kilkanaście razy, bo mnie oczarował. Możliwe, że JJ Lin'a również, bo oniemiały jak gdyby "zapomniał" tam tekstu. Jedno konkretne uderzenie perkusji w 2:05 wystarczyło, aby ciemność uległa światłości. Singapurczyk znów pogodnieje i pełny siebie przekazuje coś z najgłębszych zakamarków serca; miejscami wydaje się nawet, że na wpół szepcze, ale nie dajcie się zwieść - za moment zacznie zmierzać ku mocnemu, czadowemu wręcz finałowi, w połowie którego proponuje ulotną pauzę, aby puścić do nas oko i doprowadzić ostatecznie do brawurowego finału, uwieńczonego jednak happy end'em (czyli akustycznym uspokojeniem). Niby mandopop, a tyle tutaj bogatego artyzmu!

Przy okazji "Drifter", muzycy jakby świadomie przyznają, że sami potrzebą złapać tchu, w związku z tym słychać odrobinę podmuchu wiatru, jakiś niepozorny elektroniczny świst i najspokojniejsze pogwizdywanie "u-u-u", jakie JJ Lin potrafiłby z siebie wydobyć bez podejmowania ryzyka, że ktoś się zacznie nudzić. Dopiero później wchodzi fortepian i kojący głos z konkretnymi lirykami (już to słyszeliście, ale na pewno nie mamy dość). Zwróćcie uwagę na prześliczną, a jednocześnie mocną barwę głosu, i nie bójcie się marzyć o świecie przepełnionym światłem. Tak naprawdę rozwój dynamiczny tego utworu, pomimo że pozostaje spokojnie "grzeczny", zasługuje na osobne uznanie. Taką wrażliwość muzyczną albo się ma we krwi, albo wcale. Dodam, że oboje rodziców JJ Lin zawodowo zajmują się chińską muzyką klasyczną, i to czuć u ich wspaniałego syna.

"The Lost Ones" jest mocno melancholijny, więc jeśli nie chcecie zapłakać, przeskoczcie to. Zupełnie nie musicie znać chińskiego, aby udzielił się wam ten nastrój. Do tej pory uważałem "Practice Love" (o byłej przyjaciółce JJ Lin, która ponad 20 lat temu zmarła w wypadku samolotu, o czym dowiedział się on z gazety, po ujrzeniu w niej należących do przyjaciółki przedmiotów, wśród których było... zdjęcie JJ Lin) za jego najbardziej uczuciowy utwór (choć nie-chińskojęzyczni odbiorcy mogą zarzucić, że jest przesłodzony). Teraz mam wątpliwości, czy przypadkiem "The Lost Ones" nie jest jeszcze bardziej rzewny i czuję, że tracę na nieznajomości języka chińskiego.

"So Be It" zdaje się rozprawiać z przykrymi stanami emocjonalnymi, tak jakby JJ Lin chciał podać wam rękę właśnie wtedy, gdy znajdujecie się w trudnej życiowej sytuacji. Przenieśliśmy się zatem w kompletnie inny wymiar, niż był nam znany przed uruchomieniem opisywanej EPki. I znów okazuje się, że pojedyncze uderzenia perkusji mogą skrywać niesamowitą moc, przenosić nas z jednego stanu w przeciwny. Tutaj też słyszymy JJ Lin w życiowej formie, pokazującego na co go stać.

"Passing Through" zdaje się mówić: nie trzymajcie się tych emocji, pozwólcie im odejść, przyszłość stoi przed wami. Jest spokojnie i łagodnie. Możemy się otrząsnąć z przeżywanych emocji i docenić na chłodno śpiew JJ Lin, wymykający się ponad kategorię mistrzostwa. Ostatnia, długo wybrzmiewająca nuta zagrana na fortepianie, pozostawia nas w zachwycie. Ale to nie koniec.

Jest jeszcze jeden utwór "While I Can", który nazwano oficjalnie "drugą połową" EPki, chociaż jest krótko i konkretnie. Jest to inne podejście do kompozycji "Wonderland", a więc opowieść w języku angielskim, o tym, jak ludzkość pogubiła się w 3005 roku. Sprowadza się to m.in. do pytania o wartości w życiu człowieka. A więc wypada ujawnić, że JJ Lin ma swoje pięć "c": "comfort", "care", "capability", "contentment", "colors", tzn. jako zbiór swoich głównych wartości podaje: "komfort", "opiekę", "możliwości", "stan zadowolenia z tego co się ma", "kolory". Hmm, dość nietypowe podejście jak na heavy metalowe czasopismo? Ale: "I'm gonna hold you while I can cause you got me feeling things I don't understand". Mamo, dlaczego nie zapisałaś mnie na lekcje języka chińskiego, gdy miałem 6 lat?

(6/6)

Sam O'Black

140_fatum-158x600-singiel.png

Goście

3640274
DzisiajDzisiaj378
WczorajWczoraj778
Ten tydzieńTen tydzień4518
Ten miesiącTen miesiąc12352
WszystkieWszystkie3640274
35.173.234.169