SKALDOWIE - Od wschodu do zachodu słońca
(2025/1970 Polskie Nagrania/ Warner Music Poland)
Autor: \m/\m/
Tracklist:
1. Sarabanda (A. Corelli, arr. A. Zieliński)
2. Od wschodu do zachodu słońca (A. Zieliński, L. A. Moczulski)
3. Katastrofa (A. Zieliński, W. Młynarski)
4. Czasem kochać chcesz (A. Zieliński, L. A. Moczulski)
5. Zawieja (A. Zieliński, J. Tuwim)
6. Mateusz IV (A. Zieliński, L. A. Moczulski)
7. Prawo Izaaka Newtona (A. Zieliński, L. A. Moczulski)
8. Nadejdziesz od strony mórz (A. Zieliński, L. A. Moczulski)
9. Cisza krzyczy (A. Zieliński, A. Bianusz)
10. Sarabanda (A. Corelli, arr. A. Zieliński)
Skaldów znałem z przebojów typu "Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał", "Medytacje wiejskiego listonosza", "Prześliczna wiolonczelistka" czy "Z kopyta kulig rwie". I tak bardzo długo kojarzyłem ten zespół. Jednak po latach dotarły do mnie informacje, że nie do końca tak było, że krakowianie pozostawili po sobie wiele ciekawej i ambitnej muzyki, wartej poznania i pielęgnowania. Z tą wiedzą postanowiłem, że przyjdzie czas, aby dogłębnie poznać całość muzyki tego zespołu i spróbować zbudować własną opinię o tej ekipie. Oczywiście od postanowień do ich realizacji daleka droga. Nawet nie pamiętam ile mam takich niespełnionych deklaracji. Do nich należą właśnie Skaldowie. Aż tak bez zapowiedzi w moje ręce wpadł album "Od wschodu do zachodu słońca" w dodatku w formacie SACD. Przez wielu ten album wskazywany jest jako najlepsze i przełomowe dzieło tego zespołu. Krakowianie mieli za sobą bardzo piosenkowe krążki "Skaldowie" (1967), "Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał" (1968) i "Cała jesteś w skowronkach" (1969). Wtedy też zespół mógł wyjechać do Stanów na tournée, gdzie zetknęli się z nowymi muzycznymi trendami oraz nowocześnie brzmiącymi instrumentami. Właśnie te instrumenty, w tym organy Hammonda, dały kapeli nowe możliwości oraz dokonanie przeskoku z zespołu bigbitowego dostarczającego przeboje w konkretną formację rockową. Muzycy, będąc w Stanach, bardzo mocno zafascynowali się bluesem, soulem, gospel, jazzem, rhythm and bluesem, rockiem progresywnym, psychodelią, a także rytmami latynoskimi. Te fascynacje można właśnie znaleźć na "Od wschodu do zachodu słońca". Mają one swoje odbicie w każdym momencie albumu, chociaż taki rock'n'rollowy sznyt a la lata 60., czy też ta bigbitowa maniera do końca nie zniknęła. Przez wielu znawców bardzo mocno podkreślana jest ta amerykańskość nowego brzmienia Skaldów, ale mnie w jakiś sposób progresja tego zespołu ciągle kojarzy się z Brytyjczykami z Procol Harum. Inne skojarzenia są już bardziej amerykańskie, bowiem dotyczą się kapel Chicago i Blood, Sweat & Tears. To wszystko przez te dęciaki. Także muzyka Skaldów na "Od wschodu do zachodu słońca" jest naprawdę bardzo ciekawa, a wręcz wciągająca. Już intro "Sarabanda" oparta na kompozycji Arcangelo Corfellego mówi nam, że będzie intrygująco (ten sam motyw wykorzystano do cody tego albumu). Następujący po nim utwór tytułowy tylko to potwierdza. Nawet nie wiem, co o tej kompozycji napisać oprócz tego, że jest znakomita. Myślę, że żadna ze wspomnianych wcześniej zespołów amerykańskich nie powstydziłaby się takiego kawałka w swoim repertuarze (Procol Harum zresztą też). Niemniej muzycy w bardziej skomplikowane struktury potrafili też wpleść znakomite melodie. Niech za przykład posłuży "Czasem kochać chcesz", jest to kawałek napisany wcześniej, który w nowej aranżacji wreszcie nabrał odpowiedniej formy, jednocześnie pokazał, że chwytliwe melodie mogą wybrzmieć, zdecydowanie szlachetniej. Poza tym potrafili nadać swojemu staremu muzycznemu wcieleniu jeszcze innego wyrazu, a to dzięki wykorzystaniu pewnych struktur znanych z muzyki klasycznej (mowa o kompozycji "Zawieja"). Także skala inwencji, co do pomysłów muzycznych i aranżacyjnych zawartych na tym albumie i spotykanych na każdym kroku musi budzić respekt. To ten aspekt wciąga nas coraz głębiej w tę płytę. Ja dodam jeszcze dwa elementy, na które warto zwrócić uwagę. Jeden może błahy za to pozytywny, drugi natomiast lekko negatywny. Wspomnę o utworze "Cisza krzyczy", który chyba jest najbardziej soulowy na płycie, ale mimo świetnie napisanego kawałka całą robotę robi okrzyk "Łaaa" ściągnięty chyba z soulowych krzykaczy. Ten mniej udany detal to utwór "Katastrofa", który niesie taką hipisowską naiwność, która w dzisiejszych czasach mocno się zestarzała. Przy okazji zaznaczę, że testy wykorzystane na "Od wschodu do zachodu słońca" to głównie poezja L. A. Moczulskiego (mamy też po jednym tekście Młynarskiego, Tuwima i Bianusza). Tak jak napisałem wcześniej, płyta przepełniona jest różnymi strukturami, stylami, pomysłami, klimatami, bogatą aranżacją itd. mimo tego jest bardzo spójna i konkretna, skierowana wprost do słuchacza, który mimo wysiłku, aby docenić jej złożoność, jest skazany na pełną satysfakcję. Trzeba docenić także produkcję, bowiem płyta mimo gęstości muzyki, pomysłów i aranżacji w całości brzmi bardzo dobrze, wręcz pomaga w ogarnięciu każdego dźwięku. Także faktycznie "Od wschodu do zachodu słońca" to wydawnictwo i ambitne, i godne zapamiętania przez fanów rocka i progresywnego rocka. Poza tym od wydania tego krążka zespół poszedł dwutorową ścieżką kariery, na jednej kontynuował bardziej rozrywkową formułę grupy ("Ty" (1971), "Wszystkim zakochanym" (1973)), na drugiej bardziej zagłębiał się w swoją ambitniejszą naturę ("Krywań Krywań" (1973), "Stworzenie świata część druga" (1977)). Także przede mną kolejne kroki w poznaniu dokonań tej ciekawej polskiej formacji. Myślę, że najlepszym posumowaniem tej recenzji będzie sentencja: lepiej późno niż wcale.
\m/\m/






