Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 96sm

Szukaj na stronie

 
 UWAGA !!! 
         
Drukowaną, kolekcjonerską wersję 
 HMP Magazine 
możecie zamówić pisząc na adres:
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.
 
 

Helicon Metal Festival - Warszawa - 21-22.03.2026

Helicon Metal Festival, VI edycja - Odessa Club, Warszawa - 21–22 marca 2026

Spotkaliśmy się nieco ponad tydzień od zakończenia szóstej edycji Heliconu, żeby porozmawiać o tym, czego nie udało się skutecznie wykrzyczeć do siebie między jedną a drugą kapelą, stojąc z piwem w tłumie spoconych metalowców. To bardzo dobry moment na podsumowanie - z jednej strony wciąż jesteśmy rozgrzani emocjami i atmosferą festiwalu, a z drugiej strony nieco już zdystansowani z racji upływającego czasu i powrotu do codzienności.

Nasze rozmowy wydają się kontrolowane przez bogów metalu. Rok temu życzyliśmy sobie, żeby festiwal nie wypadł z kalendarza klasycznych heavy metalowych wydarzeń - nie tylko nie wypadł, ale wręcz wzmocnił swoją pozycję. Wśród rzucanych nazw kapel, które mogłyby zagrać na kolejnej edycji, padł Triumpher. Co może się sprawdzić w przypadku kolejnej, VII edycji? Odsyłamy do lektury. Przed Wami relacja z Helicon Metal Festival.

           
Strati: Chyba każdy się zgodzi, że Helicon jest wyjątkową imprezą, a ta szósta edycja była wręcz przełomowa. Organizator jest zadowolony.

Bartek: Nie było tym razem marudzenia po zakończeniu.

Strati: Mamy też piękne podsumowujące posty ze strony Heliconu, że festiwal szuka nowego domu. Jest nadzieja. Festiwalowi towarzyszą inne emocje niż po poprzednich edycjach. Co było takiego wyjątkowego w tej szóstej edycji według naszych odczuć? Atreju jeszcze przed samym festiwalem mówił, że jest zadowolony z tego, jak schodzą bilety. Ja jestem pełna nadziei, że odtąd będzie tylko lepiej. Jak Wy odbieracie tę szóstą edycję. Co według Was było w niej było takiego wyjątkowego?

Grzesiek: To był mój trzeci Helicon, więc wszystkie edycje, na których byłem, odbywały się już w Odessie. Patrząc z perspektywy tego miejsca, mogę zwrócić uwagę na jedno: mam wrażenie, że tym razem frekwencja była wyraźnie większa. Oczywiście Odessa to klub specyficzny – tłok robi się tam dosłownie wszędzie. Czasem żartujemy ze znajomymi, że niezależnie od tego, gdzie staniesz, i tak blokujesz jakiś ciąg komunikacyjny. Mimo to zauważyłem sporo nowych twarzy, głównie wśród starszych osób. Podejrzewam, że przyszły przede wszystkim na Liege Lorda, ale przy okazji zostały też na inne koncerty. Co istotne, reagowały bardzo entuzjastycznie. Było widać, że dobrze się bawią i że ta muzyka naprawdę im odpowiada. Nie twierdzę oczywiście, że rozpoznaję z twarzy wszystkich bywalców takich imprez, ale akurat te grupy szczególnie zwróciły moją uwagę i zapadły mi w pamięć. Dlatego mam poczucie, że zasięg oddziaływania festiwalu rzeczywiście się zwiększył. Potwierdza to zresztą fakt, że bilety niemal się wyprzedały. Być może poprawiła się mocniejsza komunikacja i marketing wokół tej edycji. To zdecydowanie można zaliczyć na duży plus. Drugim istotnym atutem był rozkład tegorocznej edycji, a konkretnie krótszy piątek. Bardzo mi to odpowiadało, bo Odessa to klub obarczony wieloma ograniczeniami, a dwa długie i intensywne dni spędzone w takim miejscu potrafią być naprawdę męczące. Fizycznie daje to w kość, już po pierwszym dniu człowiek zaczyna czuć, że nogi powoli odmawiają posłuszeństwa. Tym razem, dzięki temu że piątek miał bardziej charakter warm‑upu, na drugi dzień miałem znacznie więcej sił. Moja tolerancja na niewygody tego miejsca była po prostu większa. To dla mnie drugi konkretny plus. Trzecim atutem była atmosfera wokół samego festiwalu i organizatorów, wyraźnie bardziej pozytywna niż w poprzednich latach. Wcześniej komunikacja z ich strony często sprawiała wrażenie nieustannej walki – krew w piach, mozolna, ciężka praca na rzecz heavy metalu i poczucie, że niewiele z tego wynika. Tym razem tego tonu w ogóle nie było. Doskonała atmosfera panowała także wśród wykonawców. Wszystkie zespoły były niesamowicie nakręcone, niezależnie od tego, czy wypadły lepiej, czy gorzej, sprawiały wrażenie maksymalnie zmobilizowanych i zaangażowanych. Ogólny klimat na miejscu był bardzo pozytywny i optymistyczny, co moim zdaniem stanowi kolejny wyraźny atut tej edycji.

Strati: Ja bym dodała, że dużą zmianą, którą odebrałam jako pozytywną, był fakt, że wystąpiły same zagraniczne zespoły. Po prostu kapele grające o wcześniejszych porach, a były to często polskie grupy, nie miały dużej frekwencji, więc zapewne czuły się sfrustrowane. Organizatorzy być może też? Ludzie chcieli przyjść na zagraniczne kapele, a ponieważ jest ich na Heliconie dużo, próbowali coś sobie odsiać, więc pomysł, żeby nie dodawać tym razem polskich zespołów był strzałem w dziesiątkę.

Igor: Zastanawiam się, co tu dodać, żeby się nie powtarzać. Dla mnie tym, co najbardziej wyróżnia tę edycję,  a była to również moja trzecia, podobnie jak u Grzegorza, był brak narzekania ze strony organizatorów po festiwalu. (śmiech) Nie było pesymistycznych komunikatów w mediach społecznościowych. Wręcz przeciwnie, czuć nową energię, jakby złapali wiatr w żagle, co jest bardzo budujące. Ciekawi mnie natomiast kwestia nowej lokalizacji. Zastanawiam się, czy festiwal pozostanie w Warszawie, czy organizatorzy rozważają inne miasta.

Bartek: Atrej zdecydowanie powiedział na facebooku, że inne miasta nie wchodzą w grę. Tylko Warszawa go interesuje.

Igor: Jeśli chodzi o warstwę muzyczną, nie jestem pewien, czy ta edycja była dla mnie wyjątkowa. Bardzo mi się podobała, to bez dwóch zdań, ale skład „na papierze” nie robił na mnie aż takiego wrażenia jak przy poprzednich edycjach. Natomiast na miejscu zostałem zachwycony kilkoma koncertami. Bardziej świadczy o wysokim poziomie samego festiwalu niż o wyjątkowości tej konkretnej edycji.

Bartek: Ja zacznę od marudzenia. Pewne kwestie organizacyjne na pewno są do poprawy. Ciekawa była koncepcja z kodami QR na biletach, a potem szukanie numerku na liście. Tu jednak muszę wybaczyć, gdyż była to pewna nowość wprowadzona przy organizacji tego festiwalu. Nie mniej jednak spowodowało to dość sporą kolejkę na wejściu. Nie wypalił też pomysł z foodtruckami i grillem, choć szczerze mówiąc, patrząc na klub Odessa, zastanawiałem się, gdzie niby te foodtrucki miały niby stanąć. Zostawmy jednak już sprawy organizacyjne i skupmy się na części muzycznej. Jeśli chodzi o dobór kapel, to jak na większości tego typu festiwali, dostaliśmy kilka zespołów mocno średnich i kilka rewelacyjnych. Nie było tam żadnej kapeli, która wzbudziłaby we mnie jednoznaczną niechęć. Byłem natomiast zaskoczony publicznością, gdyż widziałem parę nowych twarzy, za to brakowało kilku stałych bywalców.

Strati: Bartek, a co Cię najbardziej zaskoczyło?

Bartek: Więc tak, na pewno zaskoczył mnie Animalize. Na scenie to po prostu żywioł. Słuchałem wcześniej ich płyt, ale to jedna z tych kapel, która potrzebuje sceny, by pokazać swój pełny potencjał.  Na wyróżnienie zasługują jeszcze występy Triumpher oraz Tyrann. Szwedzi zmietli w ten weekend wszystkich. Łącznie ze starymi wyjadaczami z Liege Lord.

Strati: Triumpher to mój faworyt, absolutny. Odkąd wróciłam z Heliconu niczego innego nie słucham. Wymarzyłam go sobie, jak rozmawialiśmy rok temu o typach na kolejną edycję i dostałam (śmiech).

Bartek: Wspomniałem o Liege Lord, który mnie trochę rozczarował. Spodziewałem się po nich nieco więcej. Z kapel średnich, to na pewno Axetazy. Typowa druga liga, niestety bez większych aspiracji na coś więcej. Claymorean muzycznie już prezentował się nieco lepiej, ale już w trakcie trzeciego numeru miałem wrażenie, że pokazali już wszystko, co mają do zaoferowania i wyszedłem na zewnątrz. Bardzo mi się podobał za to  Rod Stewart po kilku miesiącach na Podlasiu, czyli Savaged. Grają prosty rock’n’roll z jajem. Taki jaki lubię. Występ Mean Minister całkiem gdzieś mi z pamięci wyparował. Nawet średnio pamiętam, jak wyglądali. A wówczas byłem jeszcze trzeźwy jak świnia (śmiech).

Strati: Słyszę, że jesteś zachwycony Tyrann. Grzegorz, Ty też?

Grzesiek: Tyrann był super. To było coś, co naprawdę mnie rozwaliło. Niesamowity zespół. Dla mnie to kapela, która w pewnym sensie wyrasta poza Helicon. Oczywiście bez problemu mieści się w heavy metalowym świecie, także w tej nowej szkole heavy metalu, ale jednocześnie ma w sobie bardzo korzenną, rdzenną siłę, coś pierwotnego, zakorzenionego w duchu szwedzkiego rocka lat siedemdziesiątych. Do tego stopnia, że zupełnie serio widzę ich zarówno w typowo heliconowym towarzystwie, jak i choćby obok The Hellacopters na festiwalach bardziej rockowych, a nawet alternatywnych. Po prostu kompletnie mnie rozwalili. Zastanawiam się też, czy dodatkowej mocy nie nadawały im szwedzkie teksty. Dla mnie miały ogromną siłę wyrazu. W ogóle cała sobota była zbudowana w taki sposób, że dramaturgia narastała bardzo wyraźnie, koncert po koncercie. Zaczęło się od Axetasy. Było w porządku, ale dotarłem trochę później i przez to ten występ w dużej mierze przeleciał mi obok. Później na scenę wszedł Savaged i było to bardzo brawurowe granie, pełne emocji, takie ciągłe parcie do przodu, choć dla mnie dość nierówne. Było tam sporo performance’u, za którym nie zawsze nadążała sama muzyka. Mam też wrażenie, że to zespół, który powinien jeszcze trochę popracować w sali prób. Mimo wszystko energia była dobra, kontakt z publicznością działał, a w ogólnym rozrachunku był to udany koncert, choć więcej było tam efekciarstwa niż naprawdę dobrego grania. Publiczność na pewno ich kupiła, a takie zagrywki jak wejście w tłum nadały temu występowi niemal hardcore’ową, punkową energię. Zresztą w gruncie rzeczy cały Helicon miał w sobie coś z takiej bezpośredniej, surowej intensywności. Do tego wniosku jeszcze wrócę później. Następnie pojawił się Claymorean z Serbii i dla mnie był to naprawdę fajny koncert. Wiem, że wiele osób oceniało go krytycznie, ale ja nie potrafię powiedzieć o tym zespole wiele złego. Bardzo klasyczne granie, mocno osadzone w estetyce Iron Maiden, z delikatnymi folkowymi wstawkami. Jasne, wokalistka nie reprezentuje tego bardziej zadziornego heavy metalu z pazurem, tylko idzie raczej w stronę czystych, wysokich partii, ale dla mnie było to absolutnie w porządku. A potem pojawił się Triumpher, zespół, który polecałaś zobaczyć, zapowiadając, że będzie świetnie. I faktycznie tak było. Znowu opadła mi szczęka. To brzmiało jak Manowar, tylko jeszcze bardziej nasterydowany, choć jakby Manowar sam w sobie nie był wystarczająco nasterydowany. Oczywiście momentami było to przerysowane, ale heavy metal bardzo często właśnie na tej przesadzie się opiera i w niej tkwiła siła tego koncertu. Po występie Triumpher w zasadzie zapomniałem o wszystkim, co było wcześniej. Dramaturgia wieczoru rosła tak konsekwentnie, że miałem poczucie, iż dalej już nic nie może być lepszego. A potem na scenę wszedł Tyrann i wtedy zrozumiałem, że mam przed sobą zespół absolutnie wyjątkowy. Jeśli chodzi o to, co Bartek mówił o Liege Lord, że go rozczarowali, czuję potrzebę stanąć w ich obronie. Mnie ten koncert się podobał, choć faktycznie kluczowy jest tu kontekst. Wcześniej na scenie były dwa totalne wulkany energii. Najpierw Triumpher, potem Tyrann. Młodzi, dynamiczni muzycy, kipiący siłą. A potem wychodzą sześćdziesięciolatkowie, którzy mimo wszystko dają z siebie absolutne maksimum i grają bardzo dobrze. Sam też odczułem lekki zgrzyt wynikający z nagłej zmiany energii, ale nie powiedziałbym, że Liege Lord mnie rozczarowali. Zagrali solidnie, po prostu są rzeczy, których nie da się oszukać. Jeżeli chodzi o pierwszy dzień, Mean Mistreater zrobili na mnie bardzo dobre wrażenie, ale po koncercie Animalize trochę o nich zapomniałem. Później był Vulture, po którym sporo sobie obiecywałem. I szczerze mówiąc, do dziś trudno mi jednoznacznie powiedzieć, czy spełnili te oczekiwania, czy jednak pozostawili pewien niedosyt. Być może miało to związek z tym, że sam znajdowałem się w stanie dość zbliżonym do tego, w jakim był Vulture na scenie. Wszystko trochę zlało mi się w jedną całość. Była energia, było mocno i intensywnie, tylko mam problem z uczciwą, precyzyjną oceną tego koncertu. I tu dochodzę do rzeczy kluczowej, jeśli chodzi o siłę tego festiwalu. Specyfika Odessy sprawia, że wszyscy od samego początku są w jednym miejscu, a tłum pod sceną jest nieunikniony. Muzycy również, czy chcą, czy nie, wszystko widzą i wszystko słyszą. Mam wrażenie, że zespoły wzajemnie się nakręcają, obserwują, ile inni dają z siebie, i to działa na nich mobilizująco. Być może właśnie dlatego na Heliconie praktycznie nie ma słabych koncertów. Artyści wychodzą na scenę z nastawieniem, żeby dać z siebie wszystko. Nawet „operowa” wokalistka Claymorean weszła w publiczność, co moim zdaniem było bezpośrednim efektem tej intensywnej, wspólnej festiwalowej energii. Dlatego w tym roku naprawdę trudno wskazać coś, co można by nazwać słabym. Bywało lepiej albo gorzej, ale całość trzymała tak wysoki poziom zaangażowania, że osobiście jestem pod ogromnym wrażeniem.

Strati: Bardzo ciekawa jest refleksja o tym, że zespoły wzajemnie się nakręcają i sama atmosfera festiwalu ich napędza.  A Ciebie Igor, co najbardziej zachwyciło albo zaskoczyło?

Igor: Tyrann to był mój ulubiony koncert festiwalu. Znałem ich wcześniej, obie płyty i bardzo je lubiłem, ale nie spodziewałem się, że na żywo to będzie aż taka petarda. Postrzegam ten zespół trochę jako projekt poboczny muzyków związanych z Tribulation, mamy tam dwóch gitarzystów z tego składu, byłego perkusistę, a wszyscy wcześniej przewijali się przez Enforcer. Widać, jak bardzo żywy jest ten szwedzki „kocioł” muzyczny. Fantastyczny koncert, dzika, porywająca energia, a jednocześnie ogromna melodyjność i chwytliwość. Mam też wrażenie, że w pewnym sensie bawią się konwencją heavy metalu i jego estetyką. Teksty w stylu „Don’t Make Fun of Our Heavy Metal Passion” trudno traktować całkowicie serio. Na scenie jednak nie było w tym ani krzty ironii,  tylko czysta energia. Świetny koncert, który na długo zapamiętam. To jedyny występ tego festiwalu, na który poszedłbym ponownie już następnego dnia, gdyby była taka możliwość. W maju wychodzi nowa płyta, więc mam nadzieję, że będzi okazja aby ich zobaczyć. Dodam jeszcze, że gdybym dziś grał muzykę z zespołem, a nie do ściany w pokoju, to mam w sobie taką dziecięcą fantazję, że chciałbym grać właśnie w czymś takim jak Tyrann. Również Triumpher zrobił na mnie ogromne wrażenie. Miałem wręcz poczucie, że gdzieś z Olimpu spoglądają na to greccy bogowie. Wokalista, absolutna dzikość, ogromna charyzma. Trochę skojarzyło mi się to z Megaton Sword sprzed dwóch lat, choć tamten zespół jest mi stylistycznie bliższy. Triumpher jednak uderzył w podobne, podniosłe emocje, dumę, patos, coś „większego niż życie”. Następstwo Triumpher i Tyrann, jeden po drugim, to był prawdziwy nokaut. Po takim zestawie trudno było się pozbierać, dlatego koncert headlinera odebrałem już z pewnym dystansem, ale do tego pewnie jeszcze wrócimy.

Strati: Ja wytypowałam trzy zespoły, które mnie zachwyciły. Pierwszy z tej kategorii to oczywiście Triumpher. Nie powiem, że był dużym zaskoczeniem, bo dobrego koncertu akurat się spodziewałam. Nagrali świetny album, na którym połączyli epickość pierwszej płyty z mocą drugiej, to musiało wyjść świetnie. Czułam, że na scenie to będzie coś fantastycznego. Samo rozpoczęcie koncertu “Arrival of the Avenger” było strzałem w dziesiątkę. Wokalista zagrzewał nas do walki, jakbyśmy byli hoplitami stojącymi u progu grodu, który mamy zdobyć. Niesamowita energia, połączenie Manowar z okresu “Triumph of Steel” z ograniczonością black metalu, słyszalnego zwłaszcza w perkusji. Drugi, jeśli chodzi o kategorię “zachwycające”, ale w połączeniu z zaskoczeniem, to Animalize. Śledziłam ten zespół wcześniej. Kiedy jednak słuchałam ich z płyt, odniosłam wrażenie, że jest to granie po prostu poprawne, przyjemne do słuchania w samochodzie czy w tle.

Bartek: Bez zachwytu, nie? Miałem podobne odczucia.

Strati: Tak, no właśnie bez zachwytu. Widziałam jednak po zdjęciach, czy po teledyskach, że są wariatami i to mnie tknęło, że jednak na scenie mogą się prezentować oryginalnie. Okazało się, że to jest - tak jak wy mówicie -  petarda na scenie! Charyzma! Dużo lepsze brzmienie niż z płyty. A do tego, co mówisz, Igor, à propos stroju. Jak ktoś ma buty à la Blackie Lawless, to na pewno będzie dobrze (śmiech). Trzeci zespół, który był dla mnie zaskakujący, choć nie w kategorii zachwycający to był Tyrann. On mnie bardzo zaskoczył. Słyszałam ich płyty, pamiętam ich surowość, agresywność, oldschoolowość.

Igor: Słyszałaś ich wcześniej na żywo?

Strati: Nie. Właśnie dlatego byłam tak zaskoczona słuchając ich na koncercie, że z tego studyjnego heavy metalu wyszedł w zasadzie punk rock! Stałam osłupiała myśląc, że w zasadzie to oni wcale  nie grają metalu (śmiech). Co więcej, ludzie bawili się świetnie, zaczęłam się zastanawiać, jakby to wyglądało w czasach, kiedy metalowcy i punki były w kontrze. Gdyby ubrać inaczej muzyków Tyrann i ogłosić, że będzie to punkowy koncert, to czy nie byłoby protestów, taka kapela wystąpi na heavymetalowym festiwalu? Ale oczywiście patrząc jak świetnie ludzie się bawią, miałam uśmiech od ucha do ucha. Był to bezsprzecznie dobry, energetyczny koncert. Ja pośpiewałam te kawałki, które znam, chłonęłam energię, ale nie jestem tak zachwycona, jak Wy.

Grzesiek: To, co powiedziałaś o punkowej energii, bardzo do mnie trafia. Rzeczywiście była ona wyraźnie obecna, choć moim zdaniem wynika to z tego, o czym mówiłem wcześniej, czyli z faktu, że ten zespół w pewnym sensie wykracza poza ramy klasycznego heavy metalu. Dla mnie kluczowy jest tu przede wszystkim pierwotny duch szwedzkiego rocka lat siedemdziesiątych. Nie jestem specjalistą w tym zakresie, ale odwołując się do tego, co znam, chociażby do coverów granych przez The Hellacopters czy do tego, co robi Nicke Andersson, odnajduję tam dokładnie ten sam klimat. To są po prostu rock’n’rollowe piosenki, oparte na energii, prostocie i bezpośredniości. Zresztą punk rock w swoim pierwotnym założeniu również był próbą redefinicji rock’n’rolla. Dlatego wydaje mi się, że to właśnie piosenkowość, chwytliwość i energia budowały tutaj to poczucie punkowego żywiołu. Dla mnie nie ma w tym absolutnie nic złego. I jeszcze, kończąc wątek Tyrann, to bardzo trafia do mnie cała koncepcja, która stoi za tym zespołem. Z jednej strony są bardzo surowi, a z drugiej melodyjni i przebojowi. Nawet takie detale jak tatuaże wokalisty, które wyglądają jak ich okładki rysowane jedną linią, idealnie wpisują się w ten estetyczny minimalizm. To jest prostota doprowadzona niemal do kwadratu i wszystko razem tworzy spójny, wyrazisty klimat. To, co powiedziałaś o tej energii, tylko jeszcze mocniej mi przypomniało, jak bardzo ten zespół mnie zachwycił.

Igor: Zgadzam się, słychać w nich sporo punk rocka. Dla mnie to zaleta, bo za najlepszy metal uważam taki, który element punka, tą dziką pierwotność zawiera. Wczesne Iron Maiden, Venom, Celtic Frost i tym podobne rzeczy. Słyszałem to w Tyrann i było to fantastyczne.Strati: A co Wam się nie podobało, co Was rozczarowało?

Igor: Jeśli mogę zacząć,  w zasadzie nie było zespołu, który by mi się jednoznacznie nie podobał. Po trzech edycjach Heliconu muszę przyznać, że to ogromny atut tego festiwalu: nawet jeśli coś trafia w mój gust mniej, to nie było do tej pory czegoś, co kategorycznie bym skreślił. Być może działa tu atmosfera wydarzenia, a może to, o czym już wspomnieliście,  zespoły są po prostu bardzo „nakręcone” na granie. Może też znaczenie ma to, że wszyscy jesteśmy w jednej, dużej sali, bez możliwości „ucieczki”, przez co powstaje pewna wspólna energia. To wszystko działa na korzyść odbioru. Mimo to mogę wskazać kilka występów, które podobały mi się mniej, i krótko wyjaśnić dlaczego. Drugiego dnia były dwa zespoły, o których, patrząc dziś w notatki,  pamiętam głównie tyle, że wystąpiły. Oczywiście trochę żartuję, bo jednak pamiętam więcej. Mam na myśli Savaged oraz serbski Claymorean. W obu przypadkach coś mi nie do końca zagrało. W Savage widziałem pewien rodzaj „cosplayu”. Co ciekawe, podobny zabieg był obecny także w Animalize, ale tam mnie to kupiło, a tutaj raczej zostawiło obojętny. Muzycznie momentami było w porządku, jednak w trakcie koncertu zdecydowałem się wyjść na chwilę na zewnątrz, żeby odpocząć. Nie byłem w stanie w pełni wejść w ten występ. Z Claymorean miałem podobny problem. Wydali mi się najmniej kreatywnym zespołem spośród wszystkich, które wystąpiły. Muzyka momentami była bardzo „maidenowa”, ale brakowało jej tej charakterystycznej finezji, którą mają  Iron Maiden. Wokal był poprawny, rozumiałem założenie stylistyczne,  a wokalistka ewidentnie się starała, była aktywna scenicznie i próbowała nawiązać kontakt z publicznością. Mimo to frekwencja pod sceną w pewnym momencie wyraźnie spadła, choć ci, którzy zostali, chyba bawili się dobrze. Mnie jednak ten koncert nie przekonał. Trzeci przypadek jest o tyle trudny, że dotyczy headlinera, czyli Liege Lord. Bardzo chciałem, żeby ten koncert mi się spodobał,  szczególnie że lubię ich płytę “Master Control”. Zagrali z niej sporo materiału, ale mimo to nie czułem, żeby mnie to porywało. Być może kwestia leżała w miejscu, w którym stałem, albo w samym brzmieniu,  miałem wrażenie, że zespół brzmi dość płasko. Nie było w tym napięcia, którego oczekiwałem. Niby wszystko się zgadzało,  zarówno warsztatowo, jak i pod względem zaangażowania muzyków,  a jednak brakowało tego „czegoś”. Wiem, że to nieprecyzyjne określenie, ale chyba każdy zna to uczucie: wszystko jest poprawne, a mimo to serce nie bije szybciej. Rok temu na koniec zagrali Wytch Hazel Też czuliśmy już zmęczenie, ale występ zachwycił i pamiętam go do dziś. Nie mogę powiedzieć tego samego o tegorocznym headlinerze.

Strati: Myślę, że to może wynikać z faktu o którymi mówiliście, że Liege Lord wystąpił po dwóch niesamowicie energetycznych, porywających koncertach. Na odbiór wpłynął kontrast.

Bartek: Wrócę jeszcze do Savaged. Mam trochę  mieszane uczucia odnośnie tego koncertu, gdyż z jednej strony podobał mi się fakt,iż  jest tam mnóstwo takiego oldschoolowego rock'n'rolla, dużo takiej pozytywnej energii, natomiast faktycznie, muszę się zgodzić, że podczas występu wychodziły pewne niedociągłości. Trochę się jeszcze muszą nauczyć, ale to stosunkowo młodzi ludzie, więc jeszcze sporo przed nimi. W ich image’u rzeczywiście jest dużo cosplayu, ale czy cały ten festiwal to na dobrą sprawę nie jest jedno wielkie cosplay party?

Igor: Może i tak, tyle że można to zrobić w taki sposób, że mimo całej tej konwencji bawisz się świetnie i nie masz poczucia uczestnictwa w jakimś przerysowanym balu przebierańców. A można też tak, że coś po prostu nie zagra. Mam świadomość, że to bardzo subiektywna ocena. Mogę jeszcze wspomnieć o finałowym występie pierwszego dnia, czyli Vulture. To był bardzo intensywny, agresywny set, chyba najmocniejszy pod tym względem na całym festiwalu. Wokalista i cały zespół byli w wyraźnie bojowym nastroju, ale mimo wszystko sam koncert nie do końca mnie przekonał. Ostatecznie wyszedłem przed jego zakończeniem.

Bartek: Ja w Vulture pamiętam tylko, że wyszli, zagrali i skończyli. A było fajnie. Tu już byłem po dwóch piwkach (śmiech). Jak już wspomniałem, nie było zespołów, które określiłbym jako totalną kaszanę. Mean Mistreater to jedyny band, który nie wzbudził we mnie żadnych emocji... Ani pozytywnych, ale też negatywnych.

Strati: Ja zwróciłam uwagę, że był klimat Motörhead oraz motocyklowego amerykańskiego grania.
Grzesiek: W sumie to na samym początku przeszedłem jednym ciągiem przez całość, zarówno przez to, co bardzo mi się podobało, jak i to co mniej. Ale w tym miejscu muszę jednak wyraźnie stanąć w obronie Liege Lord. Mam wrażenie, że gdyby kolejność występów była inna, a nawet gdyby doszło do zamiany dni, odbiór tego koncertu mógłby wyglądać zupełnie inaczej. Moim zdaniem w takich okolicznościach ten występ zadziałałby znacznie lepiej. Doskonale rozumiem, o co wam chodzi, bo sam również czułem pewien niedosyt, ale naprawdę nie było się do czego przyczepić, jeśli chodzi o samo wykonanie. Pod względem technicznym i muzycznym wszystko było na swoim miejscu. Dla  porównania, rok temu wystąpił Medieval Steel i według mnie był to koncert absolutnie świetny. W gruncie rzeczy to bardzo podobna historia, również zespół wyciągnięty z tak zwanej zamrażarki, być może nawet w większym stopniu niż Liege Lord. Różnica polegała jednak na tym, że Medieval Steel grali w piątek. Ten koncert po prostu mnie rozwalił, bo nie mieli przed sobą takich otwieraczy, które zdmuchnęłyby wszystko samą energią. Dlatego właśnie wydaje mi się, że gdyby Liege Lord zagrali w piątek, a nie w sobotę, ogólny odbiór mógłby być zupełnie inny. Ja ten koncert będę bronił. Trzeba też brać pod uwagę wiek muzyków oraz wszystkie naturalne ograniczenia, które się z tym wiążą. Jestem zdecydowanie na tak, jeśli chodzi o Liege Lord. Co do reszty nie ma sensu, żebym się powtarzał, bo swoje zdanie na ich temat wyraziłem już wcześniej, ale ogólnie rzecz biorąc, na tym festiwalu nie było żadnej „kichy”. Nikt nie zagrał źle w takim sensie, żebym pomyśleć, że czas wyjść. Jak tak się zastanowię to chyba byłem na sali podczas wszystkich koncertów.

Strati: Tak, też cały czas byłam na sali, opuściłam tylko końcówkę jednego koncertu. Koncert Liege Lord bardzo mi się podobał, ale nie tak jak Triumpher. Cieszyło mnie, że nie wydali żadnej nowej płyty od czasów “Master Control”, bo wiedziałam, że dzięki temu będą grali same klasyki. Tej płyty spodziewałam się najwięcej z uwagi na wokalistę Joe Comeau. Tak się stało, a ten jeden nowy numer, “Hypocrisy”, który zagrali, był naprawdę bardzo dobry, z miejsca chwytliwy, energicznie zaprezentowany przez zespół. Choć ze sceny była pozytywna energia, rozumiem o co chodzi Barkowi i Igorowi, którzy zauważyli, że Amerykanie wypadli trochę blado po tych energetycznych kapelach, też myślę, że po występie gwiazdy wieczoru moglibyśmy mieć inne odczucia. Opowiem jeszcze o moich zawodach tej edycji. Nie podobał mi się Savaged. Strój perkusisty z epoletami a la Running Wild nie uratował tego koncertu. Według mojej opinii słaby zespół, fatalny wokalnie. Niespecjalnie podobał mi się też Vulture, jednak to wynik mojego gustu, a nie jakiejś nieudolności kapeli. Z pewnością był to dobry koncert, tylko monotonna estetyka nie z mojej bajki. To był właśnie ten jedyny zespół, którego końcówki nie widziałam.

Bartek: Jedyna kapela, z której tak wyszedłem na dobre to był Liege Lord. Teraz wiele osób uzna mnie, za heretyka, ale po godzinie wyszedłem z ich koncertu. Czułem się maksymalnie przebodźcowany i nie było sensu, żebym dłużej tam był.

Igor: Jestem ciekaw, czym Helicon stanie się w przyszłości. Jak już wspomnieliśmy na początku, pierwsze sygnały od organizatorów napawają optymizmem. Interesuje mnie, gdzie festiwal się odbędzie i jaki przyjmie charakter. Osobiście nie chciałbym, żeby był rozbudowywany o kolejne dni. Uważam, że obecna, dwudniowa formuła się sprawdza, pierwszy dzień może pozostać krótszy. To dobrze działa z perspektywy energii. Trzymam kciuki za dalszy rozwój. Będę tu nudny, ale konsekwentny: chciałbym zobaczyć kanadyjski Spell oraz Phantom Spell.

Strati: Ja sobie rok temu życzyłam Triumphera i go dostałam. Także może ja powinnam Twoje życzenie wypowiedzieć na głos, bo może szerzej niebiosa metalu się otworzą (śmiech).

Bartek: Przyszły rok to Manowar jako headliner, a miejsce, biorąc pod uwagę tylko Warszawę, to co najlepiej nadawałby się Torwar. Jak iść naprzód, to na grubo (śmiech).

Grzesiek: Mam bardzo podobne odczucia do Igora. Również jestem po prostu ciekaw, w jaką stronę to wszystko pójdzie. Zastanawiam się, czy festiwal doszedł już do takiego momentu, w którym trzeba podjąć świadomą decyzję. Czy ryzykujemy, wchodzimy na nieco wyższy poziom i ściągamy kogoś za większe pieniądze, mając pełną świadomość, że wiąże się to z realnym ryzykiem. W tym kontekście pojawia się też to, o czym mówiliście wcześniej, czyli że wygląda na to, iż Helicon jednak zostanie w Warszawie. Ja również jestem bardzo ciekaw samego miejsca. Szczerze mówiąc, niezbyt widzę klub, który pasowałby do tego formatu wprost. Mam raczej wrażenie, że musiałaby to być jakaś przestrzeń eventowa. Jestem naprawdę ciekaw, jaki pomysł mają na to chłopaki. Mam poczucie, że ten festiwal doszedł już do pewnego etapu i że w tym momencie kolejny krok po prostu musi zostać wykonany. Prawdopodobnie będzie się to wiązało z ryzykiem, z próbą zrobienia czegoś bardziej ambitnego, z wyjściem na wyższy poziom. Nie mam tu oczywiście na myśli poziomu artystycznego, bo ten już jest bardzo wysoki, tylko skalę i zakres działania.

Igor: Zwrócę jeszcze uwagę na kwestię miejsca. Muszę powiedzieć wprost, Odessa nie jest dobrym klubem. Okolica nie należy do najprzyjemniejszych, wnętrze jest dość surowe, a z tego, co słyszałem, pojawiały się też problemy techniczne po stronie organizatorów. Paradoksalnie jednak, mam do tego miejsca pewien sentyment i właściwie już teraz go odczuwam, mając świadomość, że najprawdopodobniej nie wrócimy tam przy okazji Heliconu. Choćby ta duża, otwarta przestrzeń, która pozwalała wszystkim być razem, w jednym miejscu i czasie, to mogę wskazać jako zaletę. Pojawia się nawet lekka nuta nostalgii, bo mimo całej tej przaśności i niedoskonałości ten festiwal zżył się w mojej świadomości z Odessą.

Bartek: To może sobie jakąś tam kiedyś sentymentalną wycieczkę zrobimy, nie?

Strati: I pójdziemy na piwo do Browarów Warszawskich. Moja refleksja końcowa to przede wszystkim fakt, że festiwal wreszcie zaczął się Organizatorom spinać i chyba się ugruntował. Organizatorzy włożyli mnóstwo pracy w to, żeby festiwal odbywał się rok po roku, był w podobnym terminie, miał podobny jakościowo, stylistycznie skład i to wreszcie zaskoczyło. Myślę, że już teraz potoczy się siłą rozpędu. Oby tak było! Uwielbiam ten festiwal, to był cudowny weekend.

Grzegorz Putkiewicz, Bartek Kuczak, Igor Waniurski, Katarzyna “Strati” Książek

maiden_united_bannery-v70_01.gif baner_oskar gif.gif ma_week_gif-gif.gif baner_lone assembly.gif baner_oh.gif baner_158x600_mtwa.gif mrpun_h-158x600.gif

Goście

7786657
DzisiajDzisiaj23
WczorajWczoraj3231
Ten tydzieńTen tydzień6762
Ten miesiącTen miesiąc98110
WszystkieWszystkie7786657
18.97.9.171