Uriah Heep - Wrocław - 09.11.2025
URIAH HEEP, April Wine, Heavy Pettin - Hala Orion, Wrocław - 09 listopada 2025
Super, że Uriah Heep doczekało się jeszcze jednej trasy z prawdziwego zdarzenia, ponieważ niektórzy z Was mogą kojarzyć ich w ostatnich latach jako "tą zasłużoną kapelę, co przed Judas Priest przypomina kilka szlageriów sprzed pięćdziesięciu lat". A jednak oni zawsze zasługiwali na więcej. To wspaniale, że w 2025 i w 2026 grają, oczywiście wraz z 78-letnim założycielem i oryginalnym gitarzystą w składzie, Mick Boxem, potężną trasę w roli headlinerów o nazwie The Magician's Farewell.
Jak ich opisać, żeby było uczciwie? Nikt tak samo magicznie nie czaruje rocka jak oni to robią od 1969 roku, a jednak Uriah Heep nie stworzyło nowego gatunku. Byli eklektyczni, a jednak oryginalni. Korzystali z różnych wpływów, estetyk, bardziej łączyli i poszukiwali niż tworzyli wąską niszę. Nie tylko nie dali się zaszufladkować, ale wysadzali w powietrze te szufladki, które już istniały. Z chaosu i braku orientacji zbudowali autentyczną markę nie z tej ziemi. Ich muzyka wciągała, ale też wymagała. Była niemal progresywna, ze złożonymi harmoniami i szalonymi partiami wielogłosowymi. Wymagała od słuchaczy skupienia. W zamian lekceważyła ich potrzebę tożsamości kulturowej. Manipulowała schematami, gardziła strukturami i wyzwalała. Płynęła wartko, ale obok.
Wrocławski wieczór, 9 listopada, był wyjątkowy także ze względu na supporty, które same w sobie są żywą historią rocka. Oba zespoły występowały w Polsce po raz pierwszy. Szkockie Heavy Pettin, powstałe w 1981 roku, to weterani NWOBHM, którzy w swojej karierze dzielili scenę z takimi gigantami jak Iron Maiden czy KISS. Ich obecność to hołd złożony klasycznej, dynamicznej, hardrockowej energii w prostej formie. Z kolei kanadyjskie April Wine, powstałe w 1969 roku, czyli niemal równolegle z Uriah Heep, to symbol rockowej długowieczności. Formacja, której piąty album "Stand Back" (1975) pokrył się dwukrotnie platyną, musiała zmierzyć się z utratą wokalisty i założyciela Mylesa Goodwyna w 2023 roku. Obie kapele, choć dały krótkie, energetyczne sety, udowodniły, że są w doskonałej formie i zasługują na pełne trasy w przyszłości.
Tu należą się słowa uznania dla organizatorów, którzy sprawnie wpuszczali ludzi na obiekt. Długa kolejka szła szybko, kontrola wnoszonych bagaży przebiegała błyskawicznie i od razu było wiadomo, gdzie można zostawić kurtki, gdzie kupić merch, gdzie skorzystać z lavatory, a gdzie napić się piwa. Dzięki temu kto chciał, ten zobaczył wszystkie występy w całości.
Dla wielu fanów pożegnanie z gigantami rocka jest symboliczne. Dla mnie, przyjeżdżającego do Wrocławia w niedzielne południe z Berlina, ten koncert miał wyjątkową wagę. Mogłem wziąć udział również w niemieckich występach Uriah Heep, ale wrocławskie show było ich ostatnim w tej części trasy, a ja nie chciałem odczucia deja vu. Zależało mi, by przeżyć to raz na zawsze. Niemal tak, jak niektórzy przeżyli “Back to the Beginning” Ozzy’ego Osbourne’a.
Właśnie w tym mieście, w którym się urodziłem, na pożegnalnej trasie giganta Uriah Heep, poczułem, że mój osobisty etap chaosu dobiegł końca. Po dekadzie na emigracji, spędzonej na poszukiwaniu rock'n'rollowych wrażeń i wywiadach, ten wieczór stał się moim własnym rytualnym rozstaniem z życiem na obczyźnie. Następnego dnia nie wróciłem do Berlina. Zostałem. Wyczarowałem klucze do nowego mieszkania a tydzień później pojechałem już tylko po to, by się przeprowadzić. Moje pożegnanie z przeszłością zbiegło się z pożegnaniem zespołu. Wróciłem w stronę autentyczności i nowego, bezpiecznego rozdziału.
Setlista Uriah Heep tego wieczoru nie była przypadkowym zbiorem hitów, ale metafizycznym zapisem wędrówki człowieka w stronę odrodzenia.
Zaczęli od "Grazed by Heaven" (2018) i "Save Me Tonight" (2023), co okazało się symbolicznym wejściem w nowe, nieznane doświadczenie. Następnie przeszli przez mroczne momenty zwątpienia ("Shadows of Grief", 1971), szybkie zwroty akcji ("Stealin'", 1973, "Hurricane", 2023) i odnalezienie kontaktu z wewnętrznymi emocjami wbrew przytłaczającym okolicznościom ("The Wizard", 1972). Finał to przejście od początkowego chaosu ("Gypsy", 1970) do nadziei i odrodzenia ("July Morning", 1971), a także nowej ekscytacji ("Easy Livin', 1972) i refleksji nad uczuciami w trybie przed / po ("Sunrise", 1972).
Ostateczne zwieńczenie ("Lady in Black", 1971) było zaś potężną konkluzją o naturze powrotu i relacji międzyludzkich. Utwór, zaśpiewany wspólnie przez całą Halę Orion, wybrzmiał jak hymn, w którym chaos został zażegnany.
Sam O'Black





