UGLY KID JOE - Menace To Sobriety
(2025/1995 Deko)
Autor: \m/\m/
Tracklist:
Intro
God
Tomorrow’s World
Clover
C.U.S.T.
Milkman’s Son
Suckerpath
Cloudy Skies
Jesus Rode A Harley
10/10
V.I.P
Oompa
Candle Song
Slower Than Nowhere
Ugly Kid Joe to Amerykański zespół, który powstał w Kalifornii w roku 1989. Podobno miano zespołu była odpowiedzią na nazwę glam metalowych antagonistów Pretty Boy Floyd (ponoć w pierwszej fazie brzmiało to jeszcze bardziej złośliwie). Muzycznie było to bardzo luzackie (a nawet jajcarskie) podejście do różnych gatunków, poparte fajnymi kawałkami, energią i humorem. Kapelę często zalicza się do hard rocka, co po części jest prawdą. Niemniej Amerykanie również bardzo chętnie korzystali z klasycznego heavy metalu, a nawet tak znienawidzonego galm rocka/metalu. Oprócz tego pełno było u nich nawiązań do z souther rocka, blues rocka, folku, ogólnie amerykańskich brzmień. Mimo wszystko nie brzmiało to jak klasyczne produkcje hard'n'heavy. Jak dla mnie grali zdecydowanie mocniej, ale ciężko było porównać ich pomysły też do power metalu czy thrash metalu (choć pewnie kilku takich by się znalazło). Pewną podpowiedzią był okres, w którym formacja zaczęła działać, czyli eskalacja grunge'u i innej metalowej alternatywy. Także to brzmieniowe niezdecydowanie sprowokowało niektórych, że zaczęli ich opisywać jako łącznik między amerykańskim hard'n'heavy a sceną grunge. Generalnie pod względem brzmienia byli dość oryginalni. Mieli też smykałkę do ciekawych kawałków. Nie bez znaczenia było też ich poczucie humoru. Dzięki tym trzem segmentom i mimo nieprzychylnych okoliczności ich duży debiut "America's Least Wanted" (1992) oraz pieśni "Everything About You" i "Cats in the Cradle" dały im pięć minut sławy. Trzy lata później Kalifornijczycy publikują swój kolejny album "Menace To Sobriety", który pokazuje zespół w zdecydowanie dojrzalszej formie. Niestety rok 1995 nie miał miejsca ani na rozbrykanego rocka, ani na jego poważniejszą wersję, świat całkowicie ogarnęło grungowe szaleństwo i nic inne się nie liczyło. Szkoda, bo "Menace To Sobriety" zawiera ciekawsze i bardziej przemyślane kompozycje, co nie znaczy, że brakowało im melodii, czy też nie potrafiły wpaść do ucha. Większość kawałków to moc i energia, ich ciężar aż przygniata, ale w połączeniu z ich dojrzałością i melodyjnością to tylko same atuty. Tej części chyba przewodzi zgrabny singlowy "Milkman's Son". Oczywiście w ich kawałkach można było też odnaleźć inne detale niż klasyczne hard rockowe i heavy metalowe, chociażby takie jak grunge, funky, z bardziej psychodelicznym "Tomorrow's World" i funkowo-rapowo-latynowskim "C.U.S.T" na czele. Nie zabrakło utworów wolniejszych, balladowych - bardzo dobrych - "Cloudy Skies" i "Candle Sons". Tak więc przeszkodą na powtórzenie sukcesu było to, że muzycy nie chcieli zadeklarować się po stronie grunge'u i po prostu pozostali sobą. Niemniej nadarza się okazja, aby dać "Menace To Sobriety" drugą szansę i przekonać się, że to naprawdę przyzwoity album, który powinien dumnie stać obok debiutu. Wszystko za sprawą Deko Records, które postanowiło wypuścić specjalną edycję winylową. Także rozglądajcie się za wspomnianą wersją, albo wcześniejszym wydaniu na CD. Ja jeszcze dodam, że rok po "Menace To Sobriety" wydali "Motel California" (1996), niespecjalny krążek, którym chcieli przypodobać się ówczesnym odbiorcom. Czego efektem był rozpad kapeli w roku 1997. Niemniej po latach - w okolicach 2010 roku - Ugli Kid Joe powróciło, wydaje na swoich warunkach płyty, koncertuje, po prostu robi swoje. Ma też swoich fanów, na nich się skupia i raczej nie myśli nad wielkim podbojem świata.
\m/\m/






