Wacken Open Air 2025 - 30.07.2025-2.08.2025
Wacken Open Air 2025 - 30.07.2025 - 2.08.2025
Hasłem niemieckiego festiwalu Wacken Open Air jest “rain or shine” - słońce czy deszcz, spotykamy się co roku w metalowej ziemi świętej. Tegoroczna edycja festiwalu była idealną okazją do przekonania się, co pod tym kultowym hasłem się kryje. Przyznam, że od kilku lat wakacje układam sobie tak, aby wziąć w tym wydarzeniu udział. Mogę powiedzieć, że z wakacjami kojarzy mi się kapryśna pogoda niemieckiego landu Szlezwik-Holsztyn, a ta, chyba nigdy jeszcze nie dała tak bardzo się we znaki. Przez większość dni deszcz lał niemal non stop, z krótkimi tylko przerwami, a błoto szybko objęło właściwie cały teren wydarzenia. Ale czyż nie w trudach hartuje się stal?
Przechodząc do kwestii muzycznych, organizatorom niełatwo musi być co roku zadowolić publiczność. W ocenie pod uwagę bierze się line-up, ale ten jednak w dużej mierze zależy od tego, jakie zespoły planują w danym roku trasy koncertowe. W tym miejscu na scenę wkracza logika biznesu muzycznego, traktująca festiwale jako kluczowy element promocji i dochodu. Zespoły starają się planować koncerty tak, aby o możliwie dużą liczbę festiwali zahaczyć. Największe imprezy, takie jak Wacken, mają finanse i renomę, aby zaproponować coś ekstra, wychodzić poza standard, czy będzie to powrót legend na pojedyncze koncerty, występy z niespodziewanymi set-listami i tak dalej. Wacken też było taką imprezą, ale mam wrażenie, że w ostatnich latach nieco brakowało czegoś specjalnego. Być może czymś takim miały być tegoroczne występy Udo Dirkschneidera czy Grave Digger, oba anonsowane jako specjalne, a w rezultacie zupełnie zwyczajne. Być może za coś ekstra uznać należy koncert Guns N’ Roses, zespołu, którego jeszcze kilka lat temu bym się tu nie spodziewał (a który okazał się bardzo dobry), ale wydarzeń o naprawdę specjalnym charakterze w trakcie festiwalu już raczej nie doświadczamy. Miłym akcentem były pojawiające się wszędzie hołdy dla Ozzy’ego Osbourne'a, a część zespołów decydowała się również wykonać kawałki jego lub Black Sabbath. Być może z takich właśnie powodów tegoroczny Wacken wyprzedał się bardzo późno, a przecież były edycje, na które bilety sprzedawały się w kilka godzin po pojawieniu w ofercie. Mając świadomość tych czynników, muszę jednak stwierdzić, że doświadczyłem w tym roku jednych z najlepszych koncertów w całej mojej historii uczestnictwa w festiwalu, a tym samym, była to jedna z najlepszych edycji.
Festiwalu o tak ogromnej skali nie sposób jednak zrelacjonować więcej niż w części, mając nadzieję, że odda to jego nastrój. Przejdźmy więc do muzyki. Specjalną atencją zawszę darzę pierwszy zespół, jaki udaje mi się zobaczyć podczas wydarzenia. Rok temu byli to nasi krajanie (no dobra, tylko po części nasi) z Crystal Viper. Tym razem trafiło na grupę Dogma. Kilka demonicznych zakonnic o wizerunku ewidentnie zainspirowanym Ghost i innymi przebierańcami. Muzycznie kojarzycie to podobne, wizerunkowi towarzyszą przebojowe dźwięki, powstałe na skrzyżowaniu hard rocka i heavy metalu. Całość momentami była interesująca, ale miałem wrażenie obcowania z kolejnym zespołem, próbującym wskoczyć do popularnego wagonika linii “tajemniczy, anonimowy zespół w przebraniu”. Chociaż warsztatowo nie było się do czego przyczepić, to unosił się nad tym swąd braku szczerości. Nawet w kwestiach estetycznych spodziewałbym się czegoś bardziej kontrowersyjnego czy nawet prowokacyjnego, jednak ich sceniczna prezencja okazała się banalnie wręcz grzeczna.
Chwilę po debiutantach z Dogmy, na tej samej scenie pojawiła się postać o dużo dłuższej historii. Znana z The Runaways Lita Ford szczyt swojej popularności przeżywała w połowie lat 80. Utwory „Close My Eyes Forever” oraz „Kiss Me Deadly” ponoć często gościły na antenie MTV, przynajmniej koledzy tak mówili. Lita była chwilę narzeczoną Tony’ego Iommiego, czego zresztą nie wspomina najlepiej. Jej późniejszy materiał solowy umykał uwadze szerszej publiczności, ale mimo tego, Lita do dziś funkcjonuje na scenie, ma swoich odbiorców i sam z ciekawością czekałem na jej koncert. Niestety, występ na który składał się głównie jej solowy materiał, przeplatany coverami Elotna Johna, Sex Pistols czy jej macierzystego The Runaways nie był szczególnie porywający. Zespół weteranów grał dobrze, Lita śpiewała poprawnie, nieźle się też na scenie prezentowała, ale zabrakło jakiejś iskry, która byłaby porywająca. Nie zabrakło jej największych hitów, w tym, już wspomnianego, zadedykowanego dla Ozzy’ego Osbourna „Close My Eyes Forever” (motyw hołdu dla zmarłego niedawno ojca chrzestnego heavy metalu będzie powracał w tej relacji jeszcze często). Z satysfakcją wysłuchałem Lity, ale jednocześnie już po kilku godzinach czułem, że nie zostanie głęboko w mojej pamięci.
Coś przeciwnego mogę powiedzieć o tym, co na scenie zaprezentowała Tarja Turunen. Cóż to był za wspaniały koncert! Chociaż anonsowany jako duet z udziałem Marko Hietali, ten wpadł tylko na cztery utwory, z czego dwa stanowiły covery Nightwish, tj. „Wishmaster” i „Wish I Had an Angel”. Dominował solowy materiał wokalistki, który sprawdził się znakomicie. Tarja i jej zespół zaprezentował zróżnicowaną pod kątem atmosfery i stylistyki muzykę, która zachwycała do samego końca. Kawałki solowe Finki są bardziej zróżnicowane, niż muzyka z jej czasu spędzonego w Nightwish. Był więc monumentalny heavy metal o symfonicznym zacięciu, który płynnie przechodził w utwory musicalowe, jak pochodzący z dzieła Adrew Lloyda Webera „The Phantom of the Opera” (wykonany w duecie z Marko), by skończyć na dźwiękach bliskich muzyce funk. Magiczny wieczór, pełen emocji i radości.
Zgoła innych wrażeń dostarczyli Norwegowie z In the Woods, grający atmosferyczny black metal, raczej z tym stawiających na klimat i progresję a nie bluźnierczą agresję. Zachodzące wieczorem słońce tworzyły odpowiednią otoczkę do odpłynięcia w te magiczne i porywające dźwięki.
Kolejnego dnia przyszedł czas na zmianę klimatu. Amerykanie z Prong zagrali wściekły, kąśliwy koncert, w którym heavy metal mieszał się z thrashem i solidnym groovem. Tommy Victor wygląda na gościa, któremu nie warto podskakiwać, a jako frontman prezentował się z intensywnością szarżującego byka. Koncert oparty w znacznej mierze o utwory z klasycznego albumu „Cleansing” obfitował w miażdżące riffy, a całość wspierała doskonała gra sekcji rytmicznej. To w jaki sposób bas pracował z perkusją, było po prostu czymś pięknym. Jednocześnie miałem wrażenie, że Prong zaraz rozniesie scenę na kawałki, ale nie chciałem aby to się kończyło. Szkoda, że Amerykanie tak rzadko grają w naszych okolicach, bo był to jeden z takich koncertów, po których zakończeniu pozostaje poczucie niedosytu i chęć powtórki.
Powtórkę miałem przy okazji Michaela Schenkera. W kwietniu 2025 roku widziałem zespół wirtuoza gitary w krakowskim klubie Kwadrat, wypchanym do granic możliwości. Była to fantastyczny wieczór. Michael znany jest z częstych zmian w składzie, przynajmniej na stanowisku wokalisty. Obecnie jest z nim znany ze Skid Row, a także szwedzkiej edycji Idola Erik Grönwall, obdarzony potężnym, stylowym głosem i niebanalną charyzmą. Występ na głównej scenie festiwalowej był podobny do tego z Krakowa. Dominował więc materiał UFO, co skorelowane jest z wydanym niedawno albumem zawierającym utwory tego zespołu, w nowych wersjach, z gościnnym udziałem wielu znanych wokalistów. Na scenie również pojawili się goście - jeden utwór zaśpiewał Michael Voss, długoletni producent Michaela. Większą sensacją było pojawienie się Slasha, który wzbogacił swoją partią gitary utwór „Mother Mary”. Na koniec usłyszeliśmy też nowy kawałek Schenkera „Don’t Sell Your Soul”, z zapowiadanej na jesień tego roku nowej płyty muzyka. Uważam, że był to satysfakcjonujący koncert, któremu zabrakło jednak tej odrobinę większej ekscytacji, która miała miejsce w Krakowie.
Ciekawostką był rocznicowy koncert Grave Digger z okazji 40-lecia działalności. Ostrzyłem sobie na ten występ zęby, gdyż kilka z płyt Niemców należy do mojej power metalowej klasyki. Duża scena, potężne nagłośnienie, wysoka pozycja godzinowa w rozpisce dnia obiecywały wiele. W trakcie koncertu, po kolejnych utworach zaczynałem jednak odnosić wrażenie, że zmarnowała została szansa na coś specjalnego, co mogło przecież mieć miejsce podczas sztuki zapowiadanej, jako rocznicowa. Grave Digger zaprezentowali się poprawnie, wykonawczo sprostali oczekiwaniom, ale chciałby się usłyszeć coś więcej, coś specjalnego. W dwóch utworach pojawił się były gitarzysta Uwe Lewis (obecnie w Accept), w jednym syn wokalisty i to by było na tyle.
Dużo więcej zaprezentowała jednak gwiazda tego wieczoru, a właściwie całego festiwalu. Występ Guns N’ Roses na Wacken Open Air wydawał się niegdyś czymś niewiarygodnym. Gdy ich zapowiedziano, pomyślałem, że kolejny krok ku otwieraniu się festiwalu na inne klimaty, ale też wzmocnienie jego pozycji. Oczywiście, możemy utyskiwać na formę wokalną Axla Rose, niektórzy mówią, że brzmi jak Myszka Miki, ale nadal to jeden z największych zespołów w historii. Fakt, że ich koncerty potrafią trwać po trzy i pół godziny jest godny podziwu. Zastanawiałem się, jak pod tym względem wypadną na festiwalu. Czy podejdą do sprawy rzetelnie, jak do sztuki granej dla swoich fanów, czy po prostu odbębnią swoją sztukę. Okazało się, że to pierwsze i faktycznie, koncert trwał prawie trzy i pół godziny. Usłyszeliśmy równo trzydzieści utworów, zarówno tych klasycznych - tytułów nie będę nawet wymieniał, wszyscy je znacie, ale też mniej znanych dokonań jak z „Chinese Democracy”. Sporą część występy stanowiły covery - część z nich, jak „Live and Let Die” czy „Knockin’ On Heaven’s Door” na stałe gości w ich repertuarze, ale utwory takie jak „Thunder and Lightning” Thin Lizzy, „Human Being” New York Dolls czy „Never Say Die” i „Sabbath Bloody Sabbath” Black Sabbath były intrygującym urozmaiceniem. Forma wokalna Axla była do przewidzenia, jednak muzykalność reszty zespołu wyrównywała to z nawiązką. Błyskotliwość Slasha, Richarda Fortuna i reszty jest niezaprzeczalna i robi gigantyczne wrażenie. Byłem zaskoczony, jak szybko ten odbywający się w trudnych warunkach pogodowych koncert przeminął. Wiem teraz, że Guns N’ Roses są zespołem w pełni zasługującym na swoją pozycję, a występ na Wacken uznaję za jeden z najlepszych, jakie widziałem w historii tego festiwalu. Z największych, którzy na scenie Wacken się jeszcze nie pojawili zostają już tylko Metallica i AC/DC.
Jak to rozpocząć kolejny dzień po tak ujmującym koncercie Gunsów? Pomogli w tym Duńczycy z Iotunn. Muzycy czerpią z przestrzennej melancholii Primordial tyle, że czasem trudno wytyczyć granicę między inspiracją a zapożyczeniem. Efekt jest jednak intrygujący – słucha się tego dobrze, mimo, że oryginalności trochę brak. Landmvrks z kolei, to najczystszy metalcore, zagrany tak dokładnie wzdłuż gatunkowego szablonu, że pozostaje tylko rozłożyć ramiona i powtórzyć: „było poprawnie”.
Solidnie zaprezentowali się Forbidden, thrashowa ekipa, którą na scenie pędziła perkusyjna lokomotywa Gene Hoglana. Czysta energia, brutalna precyzja – tu nie było miejsca na subtelności.
Długo czekałem też na występ Angel Witch, jednego z moich ulubionych zespołów NWOBHM. Widziałem ich przed kilku laty w Łodzi i był to udany koncert. Zastanawiałem się więc, czy uda się przeżyć chociaż namiastkę tego na Wacken. Okazało się, że było jeszcze lepiej! Mimo, że pod sceną znajdowało się jezioro wody, to ognista intensywność Brytyjczyków spowodowała, że wnet zapomniałem o niedogodnościach. Nie był to długi koncert, opierał się głównie o materiał z niezapomnianego debiutu i było tam wszystko to, co w heavy metalu kocham najbardziej. Moc, przebojowość, energia i swego rodzaju powaga, jaka biła od klasycznej muzyki. Kevin Heybourne nadal świetnie się trzyma, cały zespół funkcjonuje na wysokich obrotach. Oby jak najdłużej.
Z podobnym oczekiwaniem podchodziłem do zespołu Kylesa, który wrócił po kilku latach nieobecności na scenie. Ich miażdżący sludge czy też doom metal niestety nie zrobił na mnie takiego wrażenia, jakie zapamiętałem z dawnych płyt. Być może to kwestia warunków. Woda, która nie przeszkadzała mi na wcześniejszym Angel Witch, a jednocześnie palące słońce nie stanowiły scenografii, która się z takimi dźwiękami kojarzy najlepiej. Nie chciałbym w tym momencie czynić zarzutów Amerykanom, z pewnością będę chciał jeszcze ich zobaczyć, ale tym razem czegoś mi zabrakło. Podobnie zresztą sprawa miała się z występującymi zaraz po nich Francuzami z Celeste, grającymi awangardowy, nieco eksperymentalny i klimatyczny black metal.
Co innego Orange Goblin. Brytyjczycy ogłosili, że wybrali się w ostatnią w swej karierze trasę koncertową. Po jej zakończeniu zamierzają odwiesić gitary na wieszaki. Srogi błąd, gdyż są w życiowej formie. Na scenie sprawiają wrażenie dzikich zwierząt, co zresztą świetnie korespondowało z ich nieokrzesaną, pozbawioną subtelności muzyką. Taki rodzaj stoner rocka lubię najbardziej, dźwięki wykuwane z czeluści samego piekła, a jednak niepozbawione było uroku i przebojowości. Wielka szkoda, że Orange Goblin mówią sobie dość, bo niejednego słuchacza mogliby jeszcze swoim nieokrzesanym wdziękiem oczarować. Najwidoczniej chcą zejść ze sceny niepokonanymi.
Za niepokonanego uznaję również sir Boba Geldofa. Udział The Boomtown Rats w festiwalu uznałam za najbardziej zaskakującą pozycję w składzie. O ile punk rock w programie zawsze się pojawiał, to jednak zespół podchodzący do niego w taki niekanoniczny sposób wydał mi się ciekawostką. Nie miałem powodów do narzekań, bo grupę tą uwielbiam i cieszę się, że nie zawiodłem się na koncercie nic a nic. The Boomtown Rats są spontaniczni, grają z rock’n’rollowym zacięciem, a jednocześnie, głównie dzięki obecności Boba, mają w sobie jakiś zadziorno-liryczny sznyt. Wokalista ma pod tym względem coś z Philla Lynotta - może ci Irlandczycy po prostu tacy są? Mimo 73 lat na karku, Bob nadal jest energetycznym i wygadanym frontmanem i wydaje się nie do zdarcia. Nie zabrakło oczywiście najbardziej znanych utworów grupy, z „I Don’t Like Mondays” na czele. Był punk, rock, trochę muzyki nowofalowej i elektroniczne fragmenty. Świetny, zupełnie nie metalowy koncert, który chętnie bym zobaczył jeszcze raz.
Udo Dirkschneider postawił na tradycję, bo odsłuchanie „Balls To The Wall” na żywo to klasyk nad klasyki. Wśród gości Doro, chyba zamieszkująca już na tym festiwalu. Koncert nie był może powalający, miał w sobie coś z odbębnionej sztuki, ale dostarczył dokładnie tego, czego dostarczyć miał, czyli potężnego, niemieckiego heavy metalu w wybornej formie. Udo nie śpiewa już tak ostro jak kiedyś, zdarzają mu się fragmenty, w których czuć zmęczenie, ale jednak jego głos jest dla mnie niezastąpiony. Rok temu w tym samym miejscu grali Accept i z tych dwóch opcji, stawiam na Udo. Klasyczny hard rock zabrzmiał wybornie za sprawą Krokus – panowie wpadli do składu w ostatniej chwili, w zastępstwie Saxon, a mimo to dali z siebie 100% zaangażowania.
Wisienką na torcie dnia był dla mnie Dimmu Borgir. Fanem nigdy nie byłem, poprzednim razem widziałem ich też na Wacken i było dość nudno. Tym razem, zespół wydawał się pośredniczyć w jakiejś transmisji z innego wymiaru. Świetna, kosmiczna scenografia i takież światła. Potężne brzmienie, miażdżące ścianą dźwięku. Występ sprawiający wrażenie, jakiegoś mistycznego rytuału, podczas którego bałem się, że z postawionych na scenie portali, siać zniszczenie i pożogę wyskoczą potwory rodem z Dooma. Owszem, Dimmu Borgir to najbardziej jaskrawy przykład metalu zarobkowego, złośliwe nazywanego nuclearblastowym, nie będę z tym polemizował. Jednak Norwegowie (z Polakiem na bębnach, pozdrawiamy Daraya) grają z tak przekonującą intensywnością, że inne zespoły tego typu powinny przyjść robić notatki. Świetna rzecz na podsumowanie przedostatniego dnia festiwalu.
Na pierwszy ogień dnia czwartego poszła Floor Jansen - kolejna po Tarji wokalistka Nightwish, która pojawiła się na Wacken. Koncert był podróżą przez jej muzyczne wcielenia - After Forever, ReVamp, w końcu Nightwish i materiał solowy. Wszystko to zagrane zostało bezbłędnie i z klasą, a jednak, nie tak porywająco, jak można by się spodziewać po gwieździe tego formatu. Floor oczywiście śpiewa znakomicie, może się komuś narażę, ale jest to moja ulubiona wokalista Nightwish. Mimo to, występ odrobinę bił nudą, brakowało w nim jakiejś fajnej dynamiki czy interakcji, co pozwoliłoby pozostać mu w pamięci.
Zupełnie inną energią rozpalił publikę Mastodon - grupa, która od lat serwuje dźwiękową zawieruchę i chaos, który w przewrotny sposób znajduje jakąś logikę. Przyznam, że uwielbiam ten zespół, nawet pomny tego, że na żywo czasami zawodzą wokalnie. Tym razem był to koncert szczególny, bo pierwszy po odejściu (a później śmierci w wypadku komunikacyjnym) gitarzysty Brenta Hindsa. Zastąpił go pochodzący z Kanady wirtuoz Nick Johnston, którego wybór był jednak dla mnie zaskakujący. W ciężkiej, metalowej stylistyce Nick odnalazł się jednak świetnie a sam koncert, zakończony utworem „Supernaut” Black Sabbath - kolejny hołd dla Ozzy’ego, należał do najlepszych, jakie widziałem na festiwalu.
Następnie na chwilę udałem się na naszych rodaków z Decapitated, którzy ponownie udowodnili, że pod kątem precyzji technicznej nie mają sobie równych. Vogg i reszta grają z chirurgiczną precyzją. Paradoksalnie jednak, tak intensywna dawka technicznego grania jest dla mnie męcząca, więc w połowie wybrałem się na inną legendę, tym razem z USA. W.A.S.P. są nadal w trasie, na której odgrywają swój debiut. Kilka miesięcy temu widziałem ich w Gdańsku, na Mystic’u. W Niemczech W.A.S.P. zagrali podobnie, zespół jest w dobrej formie, chociaż Blackiego wspomagają wokale z taśmy. Całość aczkolwiek sprawiała nieco rzemieślnicze wrażenie.
W końcu przyszedł czas na jednego z headlinerów ostatnie dnia, francuską Gojirę. Niesamowitym jest obserwowanie, jak przez lata zespół ten dorósł do roli głównego punktu wieczoru na dużych festiwalach. Nie dziwię się temu, Francuzi brzmią przepotężne, dosłownie miażdżąc muzyką, która w dodatku jest fantastycznie oprawiona wizualnie. Światła i efekty pirotechniczne wyglądały niesamowicie, a scena kojarząca się trochę z pojazdem kosmicznym z „Bliskich spotkań trzeciego stopnia” powalała. To oczywiście tylko otoczka, ale na szczęście wykonawczo koncert również sprostał oczekiwaniom. Pokuszę się o stwierdzenie, że było to najlepszy koncert tego zespołu, jaki do tej pory widziałem. Nie obyło się bez coveru Black Sabbath, a był to „Under the Sun”. Ciekawi mnie, gdzie Gojira wyląduje w swoich dalszych wojażach.
Powyższy akapit być może pisani był nieco na wyrost, bo oficjalnie głównym punktem dnia był koncert Machine Head, z Voggiem wspomagającym zespół na drugiej gitarze. Zespół Robba Flynna to profesjonaliści, dla których występy na tak dużych scenach to nie pierwszyzna. Wizualnie też wszystko tu się zgadzało, spektakl na najwyższym poziomie. Mimo wszystko i w tym wypadku zabrakło jakiejś iskry, która zmieniłaby ten rzetelny koncert w prawdziwe święto muzyki.
Tym bardziej się cieszyłem, że wisienką na torcie, a tym samym ostatnim widzianym podczas tej edycji występem był King Diamond. Nie mogłem trafić lepiej, mimo, że po czerwcowym występie w Gdańsku wiedziałem czego się spodziewać. O dziwo, na Wacken było nawet lepiej. Od pierwszego do ostatniego utworu, było to muzyczne i wizualne misterium. Zdaję sobie sprawę, że horror prezentowany przez naturalizowanego w USA Duńczyka jest już dziś nieco naiwny. W tej naiwności tkwi jednak jego urok, a gdy wzmacniany jest świetną i porywająco zagraną muzyka - a do doskonałych instrumentalistów King zawsze miał ucho, to w efekcie wychodzi doskonały show. W dodatku, chyba był to najlepiej nagłośniony występ festiwalu, przy czym zaznaczyć muszę, że pod tym kątem większość festiwalowych sztuk stała na wysokim poziomie. Idealnie zakończenie imprezy.
W ten oto sposób kolejne edycja Wacken Open Air przeszła do historii. Co roku pojawiają się te same pytania, czy line-up jest wystarczająco spektakularny, czy nie brakuje powrotów legend i niespodziewanych muzycznych wydarzeń. Koniec końców liczy się to, co zostaje w sercach uczestników, a tegoroczny festiwal, mimo ciężkich warunków pogodowych, należał do najlepszych w jakich brałem udział. Wacken to miejsce, gdzie czuć jeszcze trochę tej magii, z powodu której ludzie przyjeżdżają z całego świata, by razem przeżyć coś niepowtarzalnego. Im więcej takich momentów, tym lepiej. Tradycyjnie już, na sam koniec organizatorzy ogłaszają termin i początkowy skład kolejnej edycji. Za rok spotkamy się więc w tym samym miejscu, słuchając między innymi Def Leppard, Savatage, The Gathering, In Flames, Running Wild czy Grand Magus. Zmiany w formule więc chyba spodziewać się nie należy, ale i tak czekam z niecierpliwością.
tekst: Igor Waniurski
zdjęcia: Waldemar Golec





