Helloween, Beast in Black - Katowice - 28.10.2025
HELLOWEEN, Beast in Black - Spodek,Katowice - 28 października 2025
To, co wydarzyło się z Helloween w ostatnich latach zakrawa o niespodziankę dekady. Sam fakt "reunionu" był już niewiarygodny, ale to, jak ten zespół urósł to niespodziewany skutek uboczny. Katowicki koncert był trzecim w Polsce po rozszerzeniu składu. Jak się okazało, największym - w największej hali i z najbardziej rozbuchaną scenografią. Kiedy Helloween 20 lat temu wpadł w kołowrotek nagrywania średnich płyt, trudno było wyobrazić sobie taki scenariusz. O rewelacyjnym koncercie w Katowickim Spodku przeczytacie poniżej, w postaci zapisu naszej rozmowy.
Strati: Który dla Ciebie był to koncert Helloween w takim składzie?
Bartek: W takim składzie to był pierwszy koncert Helloween, w którym brałem udział.
Strati: Jakie są więc Twoje wrażenia?
Bartek: Miałem zamiar jechać do Katowic, kiedy grali w MCK. Niestety, w dzień koncertu rozłożyła mnie choroba i niestety nie byłem w stanie tam jechać.
Strati: Możesz więc porównać ten koncert z tymi sprzed reunionu.
Bartek: Powiem ci tak, na pewno widać, że ponowne dołączenie Kiske oraz Hansena dodało temu zespołowi zastrzyk świeżości, oraz energii. Słychać to zresztą na płytach, które nagrali w tym składzie, a w Spodku w pełni pokazali to na scenie. Widać było, że pomimo iż mamy do czynienia z rutyniarzami z wieloletnim stażem, to nie brakowało tam autentycznej radości z grania.
Strati: Tak, dokładnie. Wspomnę jeszcze, że to wrażenie było dodatkowo spotęgowane faktem, że widziałam już koncerty, na których byli i Deris i Kiske i Hansen, które też były fantastyczne, ale teraz można było zauważyć, że jeszcze bardziej się zgrali. Łącząca ich chemia jest mocniejsza i na scenie było jeszcze więcej luzu. Wiadomo, że mają wszystko przygotowane od “choreografii” po wypowiedzi, ale mimo to widać było, że świetnie się też ze sobą czują i tworzą zgrane duety, jeśli chodzi o dialogi na scenie. Mam więc takie wrażenie jak Ty, że energia i relacja między muzykami - super!
Bartek: Osobiście miałem pewne obawy, że Deris i Kiske będą sobie wzajemnie na scenie przeszkadzać. Zarówno fizycznie, bo wiadomo, że frontman czuje naturalną potrzebę bycia w centrum uwagi, a dwóch wokalistów to nie jest standard w zespole metalowym. Natomiast tu tego nie doświadczyliśmy. Wręcz przeciwnie, odnoszę wrażenie, że świetnie się uzupełniali.
Strati: Rozmawiałam jakiś czas temu z Derisem, mówił, że bardzo cieszy się z obecności Michaela, bo dzięki temu, że są razem, koncert może trwać dłużej. Mogą się wymieniać, a przez to też dawać odpoczynek głosowi. Nie męczą się, nie frustrują i to też im dodaje energii.
Bartek: Też robiłem z nim wywiad i powiedział mi dokładnie to samo.
Strati: Oboje mamy więc wrażenie, że było świetnie. Porozmawiajmy o brzmieniu. Bardzo lubię Spodek, jednak tym razem poczułam, że przez pierwsze pół koncertu brzmienie było gorsze. Poprawiło się dopiero na kawałku “Hey Lord”, czyli prawie w połowie koncertu. Dodatkowo nie wszystko grało z ustawieniem i przesterami gitar. A jakie Ty masz odczucia odnośnie nagłośnienia?
Bartek: Nie wiem, czy zauważyłaś, ale na początku przed każdym numerem członek ekipy technicznej podchodził do zestawu perkusyjnego i coś przy nim majstrował. Natomiast Spodek to jest jedna z najlepiej dostosowanych pod względem akustycznym hal w Polsce do tego typu koncertów, więc myślę, że tym razem mimo tych niedociągnięć, które oboje zauważyliśmy, całość wypadła rewelacyjnie.
Strati: Jeśli chodzi o kwestie techniczne, to nie sposób nie zauważyć, że była fantastyczna scenografia. Jestem oczarowana tym, jak wyglądała i jakie piękne były wizualizacje. W przeciwieństwie do poprzedniej scenografii nie były “śmieszkowe”. Były estetyczne, dostosowane do tematyki utworów i do okładek. I nie wiem, czy zauważyłeś, ale te ekrany były nie tylko w tle, ale także rozlewały się na boki, dzięki ustawionej na skraju sceny siatce.
Bartek: Trójwymiarowy strażnik z rękami wychodzącymi z ekranu robił wrażenie.
Strati: Tak. Podobała mi się też sama narracja Strażnika między kawałkami. Z jednej strony były to krótkie pauzy w koncercie, dobre na odpoczynek dla zespołu i dla ucha publiki - sam koncert wszak trwał ponad dwie godziny - a jednocześnie nie były infantylne, jak na poprzednich koncertach. Widać, że jest duży postęp jeśli chodzi o rozmach i stronę wizualną koncertu. Ona też odzwierciedla fakt, jak bardzo zespół urósł od czasu rozszerzenia składu.
Bartek: No tak, to się trudno nie zgodzić. Natomiast, co powiesz o setliście? Czy brakowało Ci jakiegoś kawałka? Bo to była trasa dość specyficzna, z jednej strony promocja nowej płyty, więc z automatu spora część setu zagospodarowana nowymi utworami, natomiast z drugiej strony świętowanie czterdziestolecia zespołu, więc aż się prosi o pełen przekrój kariery.
Strati: Mogłabym wymienić wiele kawałków, których mi brakowało. Myślę, że muzycy Helloween mieli twardy orzech do zgryzienia, żeby ustalić dobry set. Przecież musieli zagrać sporo ze starych płyt, zwłaszcza z “Keeperów”, bo to klasyki. Musieli zagrać coś z nowej płyty “Giants and Monsters”, bo ją promują. Musieli wybrać coś ze środka, przy czym trzeba było w miarę uważać, żeby to nie było to ani Grapowa ani Kuscha. Ja bym wolała, żeby z okazji tej jubileuszowej trasy wyjątkowo poszaleli trochę z kawałkami z lat 90., żeby ich było więcej, bo rzadko je można usłyszeć. Fajnie, że był “We Burn”, “Hey Lord”, że był kawałek “In the Middle of a Heartbeat” i fragmencik “Pink Bubbles go Ape”. Rozumiem, dlaczego nie wybrali wielu innych kawałków, bo naprawdę dużym wyzwaniem było ułożyć taką setlistę. Wiem, że fanom brakowało też samego tytułowego kawałka “Keeper of the Seven Keys”, który po prostu był tylko w wersji minimalnej. Grany był za to na poprzednich trasach.
Bartek: Bardzo minimalnej. Ale rozumiem też, dlaczego go nie było. Jest to długi numer, i chcąc go zagrać w całości, musieliby zrezygnować z dwóch lub trzech innych kawałków.
Strati: Byłabym zadowolona, jakby wyrzucili “The King for a 1000 Years” i “Hell was made in Heaven”. Gdyby ich nie było, dla mnie byłoby świetnie. Jednak rozumiem, że chcieli przedstawić również coś z późniejszej twórczości. Też może chcieli Saschę Gerstnera uhonorować? Dobrym pomysłem było rozpoczęcie koncertu od “March of Time”, bo utwór jest świetny, jest klasykiem, a jednocześnie fajnie podkreśla to, że jest to jubileuszowy koncert. Jak Ty to odebrałeś?
Bartek: Też mi się podobał ten pomysł. Cieszę się natomiast, że nie wykorzystali patentu stosowanego przez wiele kapel. Mianowicie, najpierw jazda z nowymi kawałkami, a potem klasyczny set. To było wszystko wymieszane ze smakiem. Pokazali tym samym, że wbrew pozorom da się to zrobić.
Strati: Tak, ten koncert świetnie się oglądało i świetnie się w nim uczestniczyło. Koncert płynął, nie było momentu znużenia czy zmęczenia. Cały czas były jakieś nowe akcenty. Lubię nie sprawdzać wcześniej setlisty, więc prawie wszystko było dla mnie niespodzianką. Bardzo się cieszę, że pojawiły się kawałki, których dawno, albo których nigdy nie słyszałam. I to było dla mnie naprawdę odświeżające. Świetnie się bawiłam na tym koncercie.
Bartek: To było dla mnie świetne. Wracając jeszcze do setlisty, mam oczywiście świadomość, że mając taki dorobek, ciężko zadowolić każdego.
Strati: Dokładnie. Jeśli chodzi o nowsze numery, zaskoczyło mnie to, że nie grali nic z poprzedniej płyty. Jakby ją po prostu odłożyli na półkę.
Bartek: Zwróć uwagę, że mieli też ograniczony czas. Myślę, że gdyby chcieli taką porządną setlistę, żeby z każdej płyty był przynajmniej jeden kawałek, a wiadomo przecież, że z niektórych z oczywistych względów musi być więcej, to ten koncert mógłby się rozciągnąć do czterech godzin. A wiadomo, to są już ludzie, którzy mają swoje lata, więc nie ma siły na to.
Strati: Tak. Wracając do najnowszych utworów, miałam refleksję, że o ile nie przypadł mi do gustu “This is Tokyo”, to na koncercie podobały mi się w tym kawałku chórki, które robił Hansen i świetnie było go w nich słychać.
Bartek: I to była dla mnie taka fajna niespodzianka, że tak dobrze było słychać. Hansen robi lepsze wrażenie wokalnie niż wyglądem. Bo jego image można opisać jako “Motley Crue po roku na Podlasiu”
Strati: Wiem, o czym mówisz, chociaż myślę, że się bardzo starał dobrze wyglądać. Myślę, że wręcz zrobił wszystko, żeby dobrze wyglądać (śmiech). Oczywiście wokalnie fantastycznie. Myślę, że długa przerwa od Gamma Ray pomogła mu odzyskać głos. Brakowało mi zaś jego chórków w “A Little is a Little too Much”. Studyjnie śpiewa chórki w kawałku, pojawia się też w teledysku, w których zabawnie zagląda w kierunku widza. Czekałam na jego występ, a na koncercie chyba zapomniał, że te chórki trzeba robić i się nawet do mikrofonu nie zbliżył (śmiech).
Bartek: I tego mi brakowało. Szkoda. A powiedz mi, a jak Ci się podobało Hansen jako główny wokalista w kawałkach z “Walls of Jericho”?
Strati: Bardzo mi się podobało, że zaśpiewał na przykład “Ride the Sky” w całości. Na poprzednich koncertach kawałki hansenowe były w postaci medley’a. I też fajnie, że nie miał swojej brzydkiej gitary w grochy (śmiech).
Bartek: Ale do imidżu by mu pasowała. I oczywiście obowiązkowa przerwa na szluga.
Strati: Tak, właśnie! Swoją drogą, dawniej na koncertach często widać było Weikatha z papierosem. W Katowicach się z nim nie pokazywał. Ciekawe czy palił właśnie podczas tej przerwy, za kulisami?
Bartek: Pewnie tak. A jak mu zabrakło ognia, to na scenie miał go nadmiar.
Strati: Zdecydowanie, świetnym pomysłem był “miotacz ognia”, którego Andi Deris używał na “We Burn”!
Bardzo przemyślanie tego używał, odsuwał głowę, żeby się nie poparzyć. Mimo, że niebezpieczne, było to efektowne. W ogóle postarali się, jeśli chodzi i o oprawę sceniczną, jak i o swoją prezencję. I Kiskę, i Deris dobrze wyglądali w tych swoich skórach. Chociaż mam też taką obserwację, że nie wiem, czy więcej lakieru do włosów używa Sasha, czy Weikath, ponieważ ich fryzury w ogóle się nie poruszają w trakcie ruchu na scenie (śmiech). Ogólnie widać, że chcą dobrze wyglądać na scenie, chcą, żeby całość była efektowna. Myślę, że im się to udaje, rzeczywiście emanują witalnością i energią.
Bartek: Co sądzisz o publiczności? Jak już wspominaliśmy, rozrzut wiekowy na tego typu koncertach jest ogromny. Tak było też w Spodku.
Strati: Było dużo ludzi w naszym wieku i trochę starszych, widziałam też kilka rodzin. Jeśli chodzi o odbiór koncertu przez publikę, najbardziej zaskoczyło mnie coś innego, już po koncercie. Przeczytałam komentarze na naszym profilu pod postem ze zdjęciem z Katowic. Pisały tam także osoby, dla których koncert Helloween był wielkim powrotem do świata koncertów, które na co dzień nie chodzą na nie często i nie śledzą nowości. Wiele z tych osób było zaskoczonych supportem. Nie spodziewali się, że może w ogóle istnieć taki zespół, który gra metal połączony z disco, a do tego supportować taki klasyczny heavymetalowy band, jak Helloween. Nie widziałam tego koncertu, wiem, że Ty go widziałeś. Opowiedz proszę o nim.
Bartek: Rola supportu przed legendą metalu nie należy do łatwych zadań. Zwłaszcza, jeśli ma to miejsce w naszym pięknym kraju. W najbardziej ekstremalny sposób przekonała się o tym grupa System of a Down supportując Slayer w 1998 roku. OK, od tego wydarzenia minęło ponad ćwierć wieku, mentalność Polaków (podobno) się zmieniła, subkultura metalowa (podobno) trochę się ucywilizowała and so on, and so on. Tymczasem występ Finów (uogólniając, gdyż skład zespołu to mieszanka fińsko-grecko-węgierska) z Beast in Black wśród fanów klasycznego metalu wzbudził sporą gównoburzę widoczną głównie w social mediach. Trochę mnie to zdziwiło, gdyż muzyczna propozycja Antona Kabanena oraz jego kumpli mimo że jest wypełniona elementami popu oraz disco z lat dziewięćdziesiątych, ewidentnie stanowi jedną z wielu odnóg post-helloweenowego grania. Zostawmy jednak te dywagacje i skupmy się na samym występie. Widziałem ten zespół na żywo po raz czwarty (dwa razy jako główną gwiazdę oraz dwa razy jako support). Za każdym razem wychodziłem z masą pozytywnych wrażeń. Tak było i tym razem. Warto zaznaczyć, że był to wyjątkowy koncert z jednego ważnego powodu. Otóż był to pierwszy występ Beast in Black gitarzysty Daniela Freyrberga, który zastąpił (czy chwilowo, czy na dłużej to się dopiero okaże) na tym stanowisku Kasperi Heikinnena. Facet całego materiału nauczył się w cztery dni, za co ma ode mnie ogromny szacun. Widać jednak było, że w przeciwieństwie do pozostałych muzyków, którzy do reszty oddali się scenicznemu szaleństwu, on grał w pełnym skupieniu. Cały występ trwał około godziny. Jeśli chodzi o set, to mieliśmy pełny przekrój przez wszystkie trzy albumy Beast in Black. Nie zabrakło najbardziej rozpoznawalnych numerów zespołu, czyli „One Night in Tokyo”, „Blind and Frozen” czy „Sweet True Lies”. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym w tym miejscu nie pomarudził, że nie było „Blade Runner” albo „Crazy, Mad, Insane”, ale niech im będzie. Yannis Papadopoulos nie dość, że na nawiązał niesamowity kontakt z publicznością, to jeszcze przekazał dwa wyjątkowy newsy dla fanów zespołu. Pierwsza była taka, że zespół pracuje nad nową płytą i premiera będzie miała miejsce już w pierwszej połowie przyszłego roku. Druga informacja jest dość mocno powiązana z pierwszą. Otóż skoro będzie płyta, to będzie też trasa. Owa trasa nie ominie Polski i dnia 3.11 Beast in Black wystąpi jako główna gwiazda w gliwickiej PreZero Arenie. Czy zespół ten jest już gotowy na wypełnianie takich hal. Moim zdaniem na tym etapie to dość odważny krok. Z drugiej strony jednak należy pamiętać, że bilety na ostatni koncert zespołu w Krakowie rozeszły się niczym świeże bułeczki. Wielu fanów, którzy nie zdążyli ich zakupić w regularnej, szukali potem biletów z drugiej ręki i byli gotowi dać za nie naprawdę duże pieniądze. Warto zaznaczyć, że jednym z gości specjalnych na tej trasie będzie Sonata Arctica, która też ma w Polsce spory fanbase. Od dnia 3.11.2026 dzieli nas prawie cały rok, a ja już mam konkretne plany na ten dzień.
Bartek Kuczak, Katarzyna “Strati” Książek





