Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 83sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

gojiraark m

opethark m

accept nowa datadaw m

 

LONELY ROBOT - Please Come Home

 

(2015 InsideOut Music)
Autor: Włodek Kucharek
lonelyroboy-pleasecomehome
Tracklist:
1.Airlock
2.God vs. Man
3.The Boy In The Radio
4.Why Do We Stay?
5.Lonely Robot
6.A Godless Sea
7.Oubliette
8.Construct/ Obstruct
9.Are We Copies?
10.Human Being
11.The Red Balloon
 
Skład:
John Mitchell (gitara/ wokal/ bas/ instr. klawiszowe)
Nick Beggs (bas)
Steve Hogarth (gitara/ fortepian/ wokal)
Craig Blundell (perkusja)
Jem Godfrey (instr. klawiszowe/ stick/ gitara)
Nik Kershaw (gitara)
Jamie Finch (gitara)
Heather Findlay (wokal)
Rebecca Reed- Menear (wokal)
Kim Seviour (wokal)
Peter Cox (wokal)
Lee Ingleby (narrator)
 
Pomysłodawcą projektu Lonely Robot jest postać znanego w środowisku progrockowym gitarzysty Johna Mitchella. Polscy fani tego rodzaju dźwięków mieli okazję wielokrotnie do spotkań z tym muzykiem, który odwiedzał nasz kraj przede wszystkim w składzie kapeli zaliczanej do nurtu neo- progressive, Arena, ale nie tylko, ponieważ towarzyszył także na koncertach Johnowi Wettonowi. „Towarzyszył” to może niezbyt szczęśliwe określenie, gdyż Mitchell to gitarzysta „całą gębą”, ceniony instrumentalista, który potrafi na gitarze „wyrzeźbić” takie figury, że wielu słuchaczom szczęki ze zdziwienia opadają. Miałem sposobność podglądać go na scenie w trakcie występów „live” i zawsze jego gra robiła na mnie znakomite wrażenie. Z jednej strony Mitchell dysponuje bogatym bagażem doświadczeń i umiejętności, skrzętnie wykorzystywanych w procesie wykonawczym, świadomym swojej klasy, z drugiej zaś strony podziwiałem „na żywo” jego skromność i koncentrację. Piszę o tych, być może dla pewnego grona odbiorców rocka, nieistotnych cechach, ponieważ zachowuję w pamięci obraz faceta z gitarą, nieco schowanego na drugim planie, dosyć wstrzemięźliwego w okazywaniu emocji, czy nadmiaru ekspresji, dalekiego od dzikich podskoków bądź sprintów na estradzie, za to skupionego wyłącznie nad kreowaniem dźwięków, ich jakością, nie szafujący gitarowymi trickami. Ot, zwykły gościu, który ma coś do powiedzenia dźwiękami, bez nadużywania wirtuozerii, lata świetlne oddalony od gwiazdorzenia. Nie wiem, czy moje wrażenia nie są mylne i trafiam takimi uwagami przysłowiowo „kulą w płot”, ale takie są moje spostrzeżenia z jego pracy w trakcie chyba trzech koncertów z jego udziałem, na których miałem przyjemność być. Ale jest jeszcze drugie oblicze artysty, w którym rywalizację wygrywa „niespokojny duch”, drzemiący gdzieś tam w jego usposobieniu. Objawia się to w metodycznym powoływaniu do życia różnorodnych projektów rockowych. Ponieważ statystykiem jestem kiepskim, straciłem już rachubę, które z tych rockowych bytów pozostają aktywne, które zeszły z tego świata, a które drzemią w oczekiwaniu na reinkarnację. Najbardziej znana firma z udziałem Mitchella to Arena, w której składzie John pojawił się od znakomitego albumu „The Visitor” (1998) i wierności dochowuje do dzisiaj. Oprócz tego działa aktywnie w brytyjskiej kapeli It Bites, którą po raz pierwszy wsparł wokalnie i instrumentalnie w roku 2008 na albumie „The Tall Ships”. W jego biografii zapisano również twórczość w ramach rockowej efemerydy The Urbane, grupy, która istnieje/ nie istnieje (niepotrzebne skreślić) od ponad 15 lat, a w jej dyskografii widnieją 2, słownie dwie studyjne pozycje płytowe, czyli szału nie ma. A po drodze do powołania Lonely Robot były jeszcze bądź są przystanki z logo Kino, Frost i skład bandu Johna Wettona. Mitchell zaliczył także epizody, ale ważne, na tournee z Martinem Barre z Jethro Tull (2012), Touchstone (jako producent) oraz jako basista w kapeli A (lata 2008-09). Jak z tego zestawienia faktów wynika Mitchell z nudów nie umiera.
Pomimo tego w roku 2015 podjął decyzję o założeniu nowej formacji, którą nazwał Lonely Robot. Śmiem twierdzić, że jej żywot nie będzie zbyt długi, a to z jednego powodu, składu zaproszonych muzyków. W zasadzie „Robota” można bez zbytniego ryzyka nazwać super grupą. Sama artystyczna śmietanka, ludzie strasznie zapracowani, dlatego tajemnicą Mitchella pozostanie, jak udało mu się ich wszystkich „skrzyknąć” do współpracy pod jednym szyldem. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że przy współczesnych technologiach i środkach komunikacji nie jest to zadanie przekraczające siły przeciętnie uzdolnionego człowieka, ale trzeba mięć silną wolę i determinację, żeby sprawy kadrowe zapiąć na ostatni guzik. To także potwierdzenie wcześniejszej tezy, że jemu się nie odmawia, choć na gwiazdora nie szpanuje, ignorując w swojej karierze muzycznej cały ten medialny szum.. Nie mam zamiaru cytować w tym miejscu najważniejszych życiorysów osób skupionych w rubryce „Goście”, ale o kilku zdarzeniach należy wspomnieć. Najstarszy z nich i zdecydowanie najbardziej doświadczony to Nik Kershaw, brytyjski kompozytor i wokalista, który słuchaczom ciut starszym kojarzy się z latami 80-tymi, czyli okresem swojej znacznej popularności, choć bardziej na polu muzyki popularnej i tak zwanej synth pop, aniżeli ambitnego rocka. Gdy zaczynał karierę działał krótko w formacji Half Pint Hogg, grającej covery Deep Purple, później w składzie Fusion, preferującej jazz i funk, a następnie skoncentrował się na dokonaniach solowych, które coraz bardziej zbliżały go do komercji i produkowania przebojów. Wprawdzie nie była to szmira pokroju disco polo, ale albumy utrzymane w stylistyce synth pop. Wielkich piosenek zapamiętanych na wieczność nie wypromował, ale pojawiał się przez kilka lat na listach przebojów w różnych krajach w pierwszej pięćdziesiątce. Po koniec tego owocnego okresu słuch o jego twórczości zaginął, a słuchacze zapomnieli o nazwisku Kershaw. Odżył albumem z roku 1999, ale bez znaczących sukcesów. Nie wiem, jakie koligacje istnieją pomiędzy szefem projektu Lonely Robot a Nikiem Kershaw, ale jedno jest pewne, że jest on dosyć solidnym wykonawcą. Innych przyjaciół nie trzeba chyba przedstawiać, wystarczy wspomnieć, że Steve Hogarth, to oczywiście ten gość z chrypą przed mikrofonem Marillion, a urodziwa dama, Heather Findlay przez 13 lat należała do wiodących postaci znanego zespołu progrockowego, Mostly Autumn, wykonującego muzykę z wpływami sztuki celtyckiej i irlandzkiego folku. Z niektórymi muzykami Mitchell zdążył się poznać i popracować w ramach innych swoich kapel, chociażby z Craigem Blundellem, bębniarzem na płytach Frost. Także inni wykonawcy należący do Line-up wydawnictwa „Please Come Home” nie pozostają anonimowi.
Debiutancki materiał w edycji Lonely Robot to swoista kompilacja stylistyczna melodyjnego rocka, neoproga i progresywnego metalu, choć tego drugiego raczej w „aptecznych” dawkach. Dlatego trudno mówić w tym wymiarze o zaskoczeniu, a odbiorcy znający wcześniejsze dokonania Johna Mitchella mogą w swojej ocenie wspomnieć nawet o pewnej dozie przewidywalności. Całość robi bardzo solidne wrażenie, trudno przyczepić się do warsztatu wykonawczego, trudno także kwestionować zalety melodyjne większości z jedenastu kompozycji, zbliżających się do rockowej przebojowości. Nie znajdziemy w strukturze utworów nadmiaru złożonych, rozbudowanych płaszczyzn dźwiękowych, a najdłuższy w tym gronie, tytułowy kawałek minimalnie przekracza 8 minut. Oczywiście długość kompozycji rzadko ma przełożenie na jej jakość, ale wymaga od artysty sprawnego manewrowania pomiędzy kilkoma wątkami, bezkolizyjnego ich połączenia, z sensem i w duchu zdrowego rozsądku.
Album startuje instrumentalnym „Airlock”, od początku brzmiącym niezwykle intrygująco. Mroczny klimat ukształtowany przez klawisze, z hipnotycznymi, pojedynczymi, jednostajnymi uderzeniami w klawiaturę fortepianu, przestrzenne brzmienie, hymniczna podniosłość, znakomite wejścia gitary, potężne pulsy perkusji, kosmiczne efekty specjalne, moc i jako bonus żeńska wokaliza bez słów po trzeciej minucie, którą nazwać można także syndromem dziecięcego krzyku. Jednym słowem, wstęp niezwykle zachęcający, z rosnącym napięciem. Akt drugi, God vs Man” stylistycznie nie ustępuje poprzednikowi, a nawet go przewyższa swoją dynamiką i kompensacją mocy, z gitarowymi akcentami o jednoznacznie metalowej proweniencji. Prosty schemat zwrotka- mostek- refren nie psuje charakterystyki tego utworu, o sporym potencjale dynamicznym, z dziwnymi głosami w tle, udanymi partiami solowymi na gitarę elektryczną, zmiennym tempem. Sporą rolę odgrywa także gitara basowa, czyniąca kompozycję masywną brzmieniowo. Pierwsze prawie dziesięć minut zdecydowanie zachęca do dalszego słuchania, budując wciągającą dramaturgię i kosmiczno- science- fiction atmosferę, podporządkowaną tematyce albumu, krążącej wokół aspektów robotów jako metafory ludzkiej egzystencji i pozaziemskich korzeni w antropologii. Nie wiem wprawdzie, jak powinna oddziaływać pozaziemska atmosfera, ale w tej, wygenerowanej na płycie, czuję się przez znaczny okres jej trwania odlotowo. Pierwsze sekundy „The Boy In The Radio” obiecują utrzymanie dotychczasowego poziomu. Ale im dalej tym gorzej, pod kilkoma względami. Krzywa dynamiki spadła na łeb i szyję. Melodyka stała się powtarzalna. Do struktury kompozycji wcisnęła się skutecznie przebojowość, fajna do odsłuchu w samochodzie, ale po dwóch pierwszych rozdziałach obiecywałem sobie coś więcej. Pozostał taki rockowy mainstream. Nie chciałbym, żeby powstało niesłuszne wrażenie, że panowie z Lonely Robot „skopali” swoją robotę. Tak daleko w swoich ocenach nigdy nie posunąłbym się, ale z rozdmuchanych oczekiwań skutecznie podsycanych dwoma pierwszymi kawałkami, uszło sporo powietrza. Dalej obcujemy z solidnym rockiem, zbliżającym się do granicy muzyki pop w radiowym wydaniu, ze śladowymi cząsteczkami neoproga. Oczywiście w takim zestawieniu musi prędzej czy później zaistnieć obowiązkowa ballada. Tę rolę pełni „Why Do We Stay?”, delikatna, z fortepianowym intro, a najjaśniejszą stroną songu jest zapewne poruszający duet wokalny Heather Findlay- John Mitchell. Nieco romantyczna nastrojowość, sympatyczny motyw melodyczny, z wciągającą jak diabli gitarową solówką na granicy 3:25. Z jednej strony tylko „nieuczesany” szaleniec zaneguje piękno tej piosenki, pełnej nostalgii i fruwających w przestrzeni marzeń. Z drugiej zaś strony trudno znaleźć kontrargumenty zebrane przez oponentów, twierdzących, że takich balladowych „pościelówek” powstały w historii muzyki tysiące. I bądź tu mądry człowieku! Szpagat przy ocenie łagodnej ballady jest zupełnie niepotrzebny w przypadku tracku tytułowego, utrzymanego w średnim tempie, o urozmaiconej strukturze, melodyjnego i spokojnego w swojej pierwszej części. Natomiast w części drugiej zaczynają się ciekawe zagrywki klawiszowo- gitarowe, gdy po kilkunastosekundowym okresie zastoju, w punkcie 4:30 uderza z rozmachem gitara  nadspodziewanie ciężkim riffem,  skutecznie wspierana basową „robotą” i kaskadowymi beatami bębnów. Ten odcinek kompozycji przeżywa skrajne wahnięcia, od łagodnych fraz wokalnych z „kosmetycznie” przetworzonym głosem o nieco kosmicznej barwie po masywne gitarowe wejścia rodem z progmetalowych standardów. Operowanie ekstremalnymi rozwiązaniami wychodzi utworowi na dobre, a zmienna konfiguracja sekwencji dźwięku przyciąga uwagę słuchacza. Dlatego można powiedzieć, że numer „Lonely Robot” ostro zapracował na swoją dobrą opinię. Szkoda, że nie można wyrazić takiego pozytywnego zdania o pozostałych komponentach albumu, czyli wszystkich utworach począwszy od „A Godless Sea”, które rażą denerwującą przeciętnością, schematyzmem i powtarzalnością pewnych pomysłów. Nawet tak znakomity gitarzysta jak John Mitchell wykazuje dziwną słabość nie potrafiąc złamać tej wykonawczej niemocy. Próby odnalezienia jakichś rockowych zalet w tych sześciu kawałkach, od pozycji sześć do końca, uzupełniających program albumu, przypomina niestety szukanie przysłowiowej igły w stogu siana. Czyli komunikat dla  wytrwałych, że przez ostatnie blisko pół godziny należy założyć okulary 3D- o sorry!-  słuchawki o wzmocnionej nawigacji, żeby wysupłać z całej materii skrawki godne zapamiętania. Jeżeli już coś znajdziemy, to będą to akcenty gitarowego mistrzostwa autora, który jednak czasami wpada na tory rockowej komercji i dosyć miękkiej brzmieniowo przebojowości, która nie jest na tyle chwytliwa, aby zaczarować swoją melodyką odbiorców. Wygląda na to, że Mitchell porzucił, nie wiadomo, czy na stałe, eksplorację zakamarków rocka progresywnego, zwracając się w kierunku muzycznej komercjalizacji.
Pomimo tych krytycznych uwag, płyta „Please Come Home” nie należy do kategorii kompletnie nieudanych. Z tym , że ja oczekiwałem od autora więcej twórczej witalności, rockowej iskry w kompozycjach, natomiast otrzymałem szereg drobnych piosenek o niewyszukanej strukturze brzmienia, melodycznej, dobrze wykonanej, co nie dziwi mając na względzie skład zaproszonych gości. Można przez tę niespełna godzinę przebrnąć, ale omijajcie z daleka wyraźną rafę na swojej drodze w postaci koszmarka Construct/ Obstruct, bo po nim Wasze poczucie dobrego gustu muzycznego może się rzeczywiście „zatkać” jak niewydolny przepływowo kanał. Kurde, co kogo pokusiło, żeby w ten sposób zmasakrować przestrzeń dźwięku. Istnieje jakaś granica prostoty i dobrego smaku, a to plastikowe disco polo woła o pomstę do nieba. No ale bądźmy wyrozumiali i postarajmy się pominąć milczeniem ewidentną wpadkę twórców. Kto ma do wykonania małe sprzątanko w domu lub inne obowiązki, ten może śmiało odpalić dysk projektu Lonely Robot. Nawet jak przebywając w pewnej odległości od źródła dźwięku „uciekną” ze słuchu pewne fragmenty, nic straconego.
Ocena 3/ 6
Włodek Kucharek

142_badtaste-baner156x600.png 144_mag_158x600px_72_dpi.jpg 143_eskalacja-singiel-158x600-singiel.png 145_wrona.png

Goście

3994028
DzisiajDzisiaj167
WczorajWczoraj1029
Ten tydzieńTen tydzień2386
Ten miesiącTen miesiąc25298
WszystkieWszystkie3994028
44.200.136.171