Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 68sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

bb plakatz m

bullet tourchartsentry weba b

camel ebiuletynf m

black silesia open air iii m

choppers club plakatxyz m

exodus plakat katowice 250 m

judaspriest posterb1 m

king crimson m

deeppurple posterb1e m

iced earth plakat m

wacken plakatd m

anathema plakatz m

roger waters plakatu m

ino rock festival plakata m

hellion metal festivalx m

primal fear plakata b

threshold european tour 2018z m

 

Dio Returns, Ceti, Scream Maker - Warszawa - 9.12.2017 [Zdjęcia]

DIO RETURNS, Ceti, Scream Maker - Progresja Music Zone - 9 grudnia 2017

16 maja 2010 roku skończyła się pewna epoka – po długiej walce z rakiem odszedł Ronnie James Dio, jeden z najwybitniejszych wokalistów w historii rocka. Dziedzictwo „małego człowieka o wielkim głosie” pozostało oczywiście niezaprzeczalne, bo wiele albumów Elf, Rainbow, Black Sabbath czy Dio nagranych z jego udziałem to już klasyka hard 'n' heavy, ale w roku ubiegłym R. J. Dio... znowu pojawił się na scenie. „Koncerty” hologramów zmarłych artystów nie są już niczym szokującym, jednak Wendy Dio poszła dalej i po występie na festiwalu Wacken zorganizowała regularną trasę cyfrowego wcielenia swego słynnego męża. Warto tu przypomnieć, że Ronnie James Dio był gorącym zwolennikiem technicznych nowinek i swego rodzaju prekursorem takich holograficznych widowisk, czego potwierdzeniem są choćby efekty specjalne, wykorzystywane podczas trasy promującej LP „Sacred Heart”. Wtedy było to jednak tylko dopełnienie show żywego artysty, teraz zaś jego hologram miał być główną atrakcją koncertów, co nie spotkało się z powszechną aprobatą, szczególnie wśród starszych fanów Dio. Szybko też okazało się, że poza sekwencjami z hologramem na scenie wystąpią również żywi wokaliści – przypuszczam, że wpływ na taką decyzję miała nie tylko chęć uatrakcyjnienia show, ale też spore koszty holograficznych scen, dlatego pełny koncert samego hologramu był po prostu niemożliwy do zrealizowania.

Z racji wieku nie jestem bardzo na czasie w kwestiach najnowszych technologii, dlatego hologram jako taki niezbyt mnie wzruszał – widziałem Dio na żywo, a koncertów jego różnych zespołów na VHS czy DVD też zgromadziłem sporo, gdybym chciał go sobie przypomnieć na scenie.

Magnesem okazał się jednak towarzyszący hologramowi zespół: gitarzysta Craig Goldy grał przecież z Ronnie'm już w latach 80., perkusista Simon Wright przeszedł z AC/DC do Dio w roku 1989, a klawiszowiec Scott Warren towarzyszył mu w późniejszych latach zespołu, grał też w Heaven & Hell. Cała ta trójka współpracowała też z Mistrzem na LP „Master Of The Moon” z roku 2004, a pozostali członkowie tribute bandu też nie wypadli przysłowiowej sroce spod ogona: basista Björn  Englen ma za sobą lata spędzone z Malmsteenem czy Quiet Riot, a wokalistów Oniego Logana i Tima „Rippera” Owensa nie trzeba chyba nikomu przedstawiać.

Zanosiło się więc nie tylko na historyczne wydarzenie – pierwszy koncert hologramu w Polsce to przecież nie byle co – ale też na solidny występ, tak więc dałem się namówić na ten wypad.

Zanim jednak w/w panowie i holograficzny duch Ronniego pojawili się na scenie Progresji, zaprezentowały się polskie supporty. Obecność Scream Maker nie była tu w żadnym razie przypadkowa, bowiem warszawski zespół nie dość, że efektownie gra tradycyjny heavy w duchu lat 80., to jeszcze organizuje poświęcony R. J. Dio memoriał, obejmujący swym zasięgiem coraz więcej miast. Pierwszy support nie ma jednak lekko: zdecydowanie mniejsza moc na przodach, oszczędne światła, dopiero zbierająca się publiczność to standard, ale Sebastian Stodolak & company nic sobie z tego nie robili. Bez zbędnego przedłużania wykorzystali swoje pół godziny na scenie jak najlepiej, serwując całkiem licznym słuchaczom sześć utworów pochodzących z trzech dotychczasowych wydawnictw, ze wskazaniem na najnowszy CD „Back Against The World”. Frontman pewnie wyciągał najwyższe nuty i skutecznie zachęcał publiczność do zabawy, czego apogeum nastąpiło w zapowiadanej przed koncertem niespodziance, „Wasted Years” Iron Maiden. Był to więc świetny, ale z konieczności bardzo krótki koncert, a debiut nowego perkusisty grupy Tomasza Sobieszka też można uznać za udany.

Tak jak Scream Maker pozostawili po sobie bardzo dobre wrażenie, tak CETI po prostu pozamiatali. Zaatakowali gęstniejącą z każdą chwilą publiczność zestawem złożonym z solidnej reprezentacji najnowszego albumu „Snakes Of Eden” (dostępnego na zespołowym stoisku również w limitowanej, winylowej wersji). Po siarczystym „Edge Of Madness” dalej było już tylko lepiej, tym bardziej, że muzycy niejednokrotnie łączyli utwory, darując sobie dłuższe przerwy czy zapowiedzi. Po raz kolejny przekonałem się, że poznański zespół potrzebuje dużej sceny i licznej publiczności, żeby wznieść się na wyżyny. Świetnie dysponowany Grzegorz Kupczyk był tego dnia najlepszym wokalistą, pozostawiając w cieniu swych znacznie bardziej rozpoznawalnych w świecie kolegów po fachu, to jest Logana i Owensa  – momentami miałem wrażenie, że oglądam i słyszę takiego Davida Coverdale'a z najlepszych lat, bo jego wokalny kunszt, sceniczne szaleństwo czy statywowa ekwilibrystyka były równie wysokiej próby. Reszta składu też dawała z siebie wszystko – nawet ochroniarze przyznawali, że to świetny zespół, a perkusista  jest wyśmienity, chociaż na co dzień nie słuchają takiej muzyki. Zabrzmiały też starsze utwory, jak „C.E.T.I.'a” czy „Już nie z tobą” Turbo, tak więc publiczność  została wyśmienicie rozgrzana przed „holoDio”.

Dio Returns zaczęli od holograficznego „King Of Rock And Roll”, czyli tak, jak Dio na trasie w latach 1985/86. Nie brzmiało to na pewno tak dobrze, jak oryginalny zespół Dio kiedyś, ale wykonanie było bez zarzutu, a Ronnie z pewnej odległości wyglądał jak żywy, chociaż wydawał mi się ciut niższy. Hologram „pojawił” się jeszcze na scenie trzykrotnie: w długich wiązankach „The Last In Line”/”Holy Diver”/”The Last In Line” oraz „Heaven And Hell”/”Man On The Silver Mountain”/„Heaven And Hell”, wzbogaconym perkusyjnym solem Simona Wrighta oraz zagranym na bis „Rainbow In The Dark”. Utwory z udziałem Logana i Owensa zabrzmiały rzecz jasna zupełnie inaczej niż w wykonaniu Dio. Kiedy słuchałem nagrań w sieci nie przemawiał do mnie ten pierwszy – skądinąd świetny wokalista w Lynch Mob, ale w Warszawie nawet „I” zabrzmiało jak należy, świetnie wypadł też w „Egypt (The Chains Are On)”. Ripper miał swoje pięć minut w „The Mob Rules” czy „Straight Through The Heart”, ale najlepiej obaj panowie zaprezentowali się w duetach. Sporo było w nich klasyków Rainbow: „Tarot Woman”, poprzedzony gitarową solówką Goldy'ego „Catch The Rainbow”/”Gates Of Babylon” czy wzbogacony klawiszową introdukcją Warrena „Kill The King”. Pojawiały się też okazjonalnie mniej znane utwory, bo jednak taki „Mystery” nie jest powszechnie wielbionym klasykiem Dio, mimo tego, że swego czasu ukazał się na singlu i był notowany na listach. Pewnie wielu fanów wolałoby usłyszeć zamiast niego choćby „Stargazer”, ale gdyby zespół miał sięgnąć po naprawdę wszystkie ponadczasowe numery nagrane z udziałem Dio, to koncert musiałby trwać co najmniej trzy godziny, a nie 85 minut.
Można podchodzić do takich koncertów różnorako, ale fakt jest faktem, że wielu młodszych fanów nie miało szansy zobaczyć Dio na żywo, więc dla nich było to na pewno coś specjalnego,  namiastka prawdziwego koncertu legendy, zaś starsi zyskali ciekawe porównanie oryginału z jego technologicznym wcieleniem. Jak dla mnie 1:0 dla żywego Dio, bo jednak jego hologram był, z oczywistych względów, dość statyczny i nie wyglądało to szczególnie imponująco, ale sam koncert był udany, z racji udziału świetnych muzyków. Takie występy hologramów na pewno nie są jednak przyszłością rocka,  bo to przecież granie na żywo do wokalu z playbacku, ale pewnie z czasem będzie ich coraz więcej, szczególnie po obniżeniu kosztów takiego widowiska, bo jednak wielcy rocka nie są nieśmiertelni, a fanom, jak widać, nie wystarczają wspomnienia i nagrania dawnych koncertów.

Warto też wspomnieć, że muzycy Dio Returns podpisali koncertowy baner memoriału R. J. Dio, organizowanego przez Scream Maker. Kwota uzyskana z jego sprzedaży zostanie przeznaczona na leczenie Antosia, ciężko chorego synka byłego wokalisty Leash Eye Sebastiana Pańczyka.

Wojciech Chamryk
Zdjęcia: Elżbieta Piasecka – Chamryk

121_behemoth_158x600px_eu.gif 116_jt-gig-baner.gif 120_overkill_158x600px_eu_b.gif 118_riotV_158x600px_eu.gif 117_anthrax_158x600px_eu.gif

Goście

1177046
DzisiajDzisiaj559
WczorajWczoraj2036
Ten tydzieńTen tydzień559
Ten miesiącTen miesiąc62054
WszystkieWszystkie1177046
54.224.91.58

powerwolf plakatz m

nightwish plakatz m

annihilator plakatz m

slayer plakatz m

batushka plakatz m