Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 68sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

bb plakatz m

bullet tourchartsentry weba b

camel ebiuletynf m

black silesia open air iii m

choppers club plakatxyz m

exodus plakat katowice 250 m

judaspriest posterb1 m

king crimson m

deeppurple posterb1e m

iced earth plakat m

wacken plakatd m

anathema plakatz m

roger waters plakatu m

ino rock festival plakata m

hellion metal festivalx m

primal fear plakata b

threshold european tour 2018z m

 

Sepultura, Obscura, Goatwhore, Fit For An Autopsy - Warszawa - 3.03.2018

       

SEPULTURA, Obscura, Goatwhore, Fit For An Autopsy - Klub Proxima - 3 marca 2018

Sepultura po raz kolejny odwiedziła stolicę naszego kraju. Tym razem promując swoją ostatnią płytę „Machine Messiah”. Mimo, że muzyka zespołu tworzona przez ostatnie 20 lat budzi sporo kontrowersji i mieszanych uczuć wśród metalowej braci, to jednak każdy koncert tej brazylijskiej ekipy w Polsce jest wydarzeniem, które warto odnotować. Choćby przez szacunek do tego, co Sepultura tworzyła na przełomie lat 80-tych i 90-tych.

Koncert zaczął się planowo bez żadnego opóźnienia (brawo dla organizatorów). Jako pierwszy support wystąpiła amerykańska kapela Fit For An Autopsy grająca deathcore z elementami djentu. Sądząc po koszulkach ludzi zgromadzonych pod sceną, zespół ma dość sporą grupę zwolenników. Fani dopisali, akustycy niestety nie. Dostaliśmy gitarową ścianę dźwięku całkowicie zagłuszającą wokal. Ciężko było rozpoznać poszczególne riffy, również stopka nie była praktycznie w ogóle słyszalna. Ale nie jest dla nikogo tajemnicą, że rolą pierwszego supportu jest przedmuchanie głośników i sprawdzenie czy kable są dobrze podłączone. Taka okrutna prawda. Co do strony muzycznej, chłopaki z Fit For An Autopsy zagrali swoje najlepsze kawałki między innymi „Iron Moon”, „The Mammoth” czy najlepiej przyjęty przez publiczność „Flatlining”.

Następny w kolejce był zespół Goatwhore. Muszę przyznać, że należą oni do kategorii kapel, które bardzo lubię, gdyż udowadniają, że grając mieszankę thrashu, death i black metalu i posiadając do tego diaboliczną otoczkę, nie trzeba mieć kija w pewnej części ciała i zachować pełen rockendrolowy luz i dystans. A jak już o kijach wspominamy, to właśnie one pomogły wejść kontuzjowanemu wokaliście L. Benowi Falgoustowi na scenę. Z powodu nogi w gipsie musiał siedzieć cały koncert na skrzyni, ale ani trochę nie ograniczyło to jego żywiołowości. Przybijał piątki fanom pod sceną i podobnie jak jego kumple z zespołu w przerwach między utworami popijał piwko z gwinta. Tak jak wspomniałem, rockendroll pełną gębą. Co zagrali? Można powiedzieć, że „greatest hits”. Nie zabrakło takich perełek jak „FBS”, „Mankind Will Have No Mercy” czy „Forsaken”. Brzmienie może nie idealne, ale i tak o niebo lepsze niż w przypadku poprzedniej kapeli. Przynajmniej dało się usłyszeć wokal.

Mieliśmy dwa zespoły zza oceanu, teraz kolej na kapelę zza Odry. Mowa tu oczywiście o  Obscura. Już na kilkanaście minut przed ich wejściem pod sceną zaczął robić się coraz większy ścisk, gdyż spora część obecnych tego wieczoru w klubie odpuściła sobie w tym momencie delektowanie się złocistym trunkiem oraz rozmowy na filozoficzne tematy w palarni. Mnie osobiście cały hype na tą grupę jakoś ominął, więc w przeciwieństwie do sporej części publiczności, do ich show podchodziłem bez większych emocji.  Już samemu pojawieniu się muzyków na scenie towarzyszyła niesamowita gra świateł, która ozdabiała koncert do samego końca. Obscura promowała koncertem swoją ostatnią płytę „Akroasis” wydaną w 2016 roku. Z tego albumu pochodziły między innymi otwierający występ „Ten Sepiroth”, „Ode To Sun” czy „The Monist”. Oczywiście nie zabrakło starszych numerów jak „Ocean Gateways” czy genialny wieńczący koncert genialny „Centric Flow”, brzmiący jak muzyczny hołd oddany ŚP Chuckowi Schuldinerowi. Oczywiście o żadnych, nawet. najmniejszych brzmieniowych niedociągnięciach w tym wypadku nie ma mowy.

Nadszedł czas na gwiazdę wieczoru. Już w momencie instalowania się zespołu, ostatni najbardziej twardogłowi piwosze i palacze ruszyli pod scenę. Ścisk coraz większy. No i mamy brazylijską legendę na scenie. Sepultura promowała swój ostatni album „Machine Messiah”, więc mogliśmy się spodziewać, że setlistę wypełni na pewno kilka utworów pochodzących z tej płyty. Można było się też domyślać, że repertuar w większości będą stanowić utwory od okresu płyty „Roots”(1996) wzwyż, czyli okresu, gdy zespół odszedł od muzyki jednoznacznie metalowej w stronę nowoczesnych odmian ciężkiego grania (w sumie nie ma się co dziwić, gdyż to większa część ich dorobku).

Ale po kolei. Zaczęli od utworu „I Am The Enemy” z ostatniej płyty.  Z tego też albumu pochodzi następny „Phantom Self”. Potem skok w nieco starsze czasy. Utwór „Kairos” na żywo brzmi o wiele lepiej niż w wersji studyjnej. Następnie powrót do płyty „Chaos AD” (1993) i kultowy numer „Territory”, w którym to Derrick Green przekrzykiwał się z publicznością. A ta zrobiła pogo sięgające do połowy sali. Derrick poza śpiewaniem, podczas niektórych utworów grał na wielkim bębnie, wspomagając tym nieco schowanego perkusistę Jeana Dollabella (przydałby się jakiś podest, bo gość był praktycznie niewidoczny). Dalej też klasycznie, czyli „Desperate Cry” z kultowego albumu „Arise” (1991). Nie rozumiem natomiast zagrania aż dwóch utworów ze stosunkowo słabej, niemalże nu-metalowej płyty „Against” z  1998 roku (chodzi o kawalki „Choke i tytułowy). Potem powrót do promowanego albumu „Machine Messiah”, czyli dość liryczny utwór tytułowy, następnie „Resistant Parasites” i niesamowity instrumental pt. „Iceberg Dances”. Do końca pojechali już absolutną klasyką min. „Refuse/Resist” (refren w połowie wykrzyczany przez publikę) oraz wieńczącym oficjalną część koncertu „Arise”. Jak się zapewne domyślacie nie zabrakło bisów. Były to oczywiście „Ratamahatta” oraz „Roots Bloody Roots” ze wspomnianej już  dla jednych kultowej, przez innych znienawidzonej płyty „Roots”.

Nie powiem, że był to koncert mojego życia, ale uważam, że warto było przejechać te 300 km. Mimo trzaskającego mrozu.

Bartłomiej Kuczak

117_anthrax_158x600px_eu.gif 121_behemoth_158x600px_eu.gif 116_jt-gig-baner.gif 120_overkill_158x600px_eu_b.gif 118_riotV_158x600px_eu.gif

Goście

1177056
DzisiajDzisiaj569
WczorajWczoraj2036
Ten tydzieńTen tydzień569
Ten miesiącTen miesiąc62064
WszystkieWszystkie1177056
54.224.91.58

powerwolf plakatz m

nightwish plakatz m

annihilator plakatz m

slayer plakatz m

batushka plakatz m