Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 69sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

internal quiet 2018 tour poster new m 

primal fear plakata b

threshold european tour 2018z m

ross the boss bullet crystal viper m

ross the boss 2 plakat m

diamond head plakat m

news 2 riverside m

xhammerfall plakat m

halloween metal massacre plakatb m

satan plakata m

powerwolf plakatz m

striker plakatzzz m

xmsf poster poland m

xdragonhammer plakat m

impaled nazarene plakata m

nightwish plakatz m

annihilator nowy plakat m

slayer plakatz m

exodusreklama logotypy rgb m

xkreator plakat m

xmerry christless plakat m 

Metalmania 2018 - Katowice - 7.04.2018

Metalmania 2018 - Spodek - 7 kwietnia 2018

Metalmania. Festiwal, który obrósł w naszym kraju swoistym już kultem. Nie ma się co dziwić, w końcu w latach 80-tych i pierwszej połowie lat 90-tych był to najważniejszy festiwal tego typu w tej części starego kontynentu. Czasy się zmieniły. Dziś festiwali mamy w Polsce od zatrzęsienia, muzyka metalowa poszerzyła swoje spektrum stylistyczne oraz zdążyło się już wychować kolejne pokolenie metalowców. Mimo wszystko Metalmania ciągle zasłużenie cieszy się prestiżem i co roku przyciąga zarówno starych wyjadaczy, jak i drugą generację miłośników łomotu.

Festiwal ten poza atrakcjami muzycznymi, czyli występy zespołów na dwóch scenach, zagwarantował masę innych atrakcji. Stoiska wytwórni oraz sklepów płytowych, spotkanie z największym twórcom logo metalowych kapel Christophem Szpajdelem oraz oblegana strefa alkoholowa (która dla niektórych niestety wydawała się być główną atrakcją festiwalu).

Jednak najważniejsza jest muzyka i to na niej się skupmy. Występy na dużej scenie zaczął zespół Wolf Spider. Polscy thrasherzy wystąpili z nowym wokalistą Jaśkiem Popławskim w składzie. Zaprezentowali oni naprawdę dobre show będące miksem starszych oraz nowych utworów. Nauczony doświadczeniem bałem się trochę o brzmienie. W końcu rola pierwszych zespołów na dużych festiwalach nigdy do najłatwiejszych nie należała. Na szczęście moje obawy okazały się nieuzasadnione. Brzmienie było wręcz wzorowe. Szkoda tylko, że większość publiki zgromadzonej w Spodku była wówczas zajęta innymi atrakcjami, bo pod sceną dosłownie garstka ludzi.

Drugi w kolejności wystąpił szwedzki InSammer. Zespół swoją muzykę określa dziwną nazwą „transfusion metal”. Podobnie jak prowadzący Jarosław Szubrycht nie wiedziałem co to jest i po koncercie tej ekipy dalej nie za bardzo wiem. Zespół zaprezentował coś będącego mieszanką thrashu i metalcore'u. No i wokalistka, która czystym głosem próbowała wprowadzić troszkę pseudogotyckich klimatów. Koncert poprawny, ale raczej nie porwał.

Trzeci zespół zgromadził już pod sceną spory tłum. Mowa tu o brytyjskim Xentrix, który cieszy się w naszym kraju niemałą popularnością. Kapela zaprezentowała wspaniały set złożony z głównie z utworów z pierwszych dwóch płyt („Shattered Existence” oraz „For Whose Advantage?”). Muzycy na scenie byli niezwykle żywiołowy, a nowy nabytek grupy Jay Walsh (wokal, gitara) doskonale wpasował się w zespół i jego głos idealnie pasuje do starego repertuaru grupy. Pod sceną mogliśmy uświadczyć pierwszego na tym festiwalu pogo.

Po Xentrix przyszła kolej na Skyclad. Może się tu narażę paru osobom, ale nigdy nie byłem ich fanem. Po prostu mimo najszczerszych chęci, nie potrafię się przekonać do łączenia metalu (w jakiejkolwiek formie) z folkowymi elementami. Ten występ nie sprawił zmiany mojego postrzegania takiego grania. Aczkolwiek koncert poprawny.

Czas na Dead Congregation. Muzyka zespołu to jak się można domyśleć death metal, czyli średnio moje klimaty, ale mimo wszystko koncert nie pozostał mi obojętny. Zauważyłem już dawno, że ekstremalne odmiany metalu znacznie lepiej mi „wchodzą” słuchane na żywo, niż w domowych warunkach.  Publika również szalała przy przepełnionej deszczem riffów i lawinie blastów muzyce Greków.

Następna w kolejce była grupa Mekong Delta. Co by o niej nie mówić, w pewnych kręgach ma ona status kultowy. Występ był naprawdę wyśmienity. Uroku dodawała mu gra świateł oraz popisy wokalisty Martina LeMara. Poza kawałkami z ostatniego okresu działalności zespół zabrał swoich licznie zgromadzonych fanów w podróż wehikułem czasu po całym swym repertuarze.

Godzina 18:05 na tarczy. Na scenę (z lekką obsuwą czasową spowodowaną jakimiś tam drobnymi kłopotami ze sprzętem) wkroczyły diabły z Antypodów. Naszym oczom ukazała się grupa Destroyer 666 w pełnej okazałości i gotowości by zrobić w Spodku prawdziwy rozpierdol. Powitali polskich fanów słowami „kurwa motherfuckers!!!” i od razu przeszli do akcji. Chłopaki grają taką muzykę, jaką lubię. Coś będącego połączeniem blacku, thrashu, death z domieszką oldschoolowego heavy i rock'n'rolla. Nie ma tu miejsca na różne ozdobniki czy inne subtelności, tylko jazda bez trzymanki. Tak też było przez ponad godzinny show zespołu, który Felipe Kutzbach zakończył nieudolnie wypowiedzianym słowem „dziękuję”. Wielki szacun.

Przyszła pora na Kata z Romanem Kostrzewskim na wokalu. Jest to zespół na którym się wychowałem i zawsze jego występy mocno przeżywam. Bo jest też co. Oglądając i słuchając tego koncertu odniosłem wrażenie, że dla Romana czas się zatrzymał. Jego głos brzmi tak samo, jak 20 lat temu, albo może nawet lepiej. Fizycznie, mimo swoich lat też zdaje się być w formie, co potwierdziła jego charakterystyczna choreografia. Zespół zagrał swoje największe „hity” takie jak „Mag-Sex”, „Głos z Ciemności”, „Wyrocznia”, „Łza dla Cieniów Minionych”, „Diabelski Dom II” etc. Do pełni szczęścia brakło mi tylko „Odi Profanum Vulgus” i „666”. Efektu dopełniła niesamowita gra świateł.

Asphyx. Przyznaję się bez bicia, odpuściłem sobie. Nie dlatego, żebym nie lubił (w sumie są mi obojętni), ale coś zjeść, napić się (i nie koniecznie mam tu na myśli to, o czym większość z Was zapewne pomyślała) i załatwić inne potrzeby człowiek też musi. Zresztą sam Szubrycht stwierdził: „Jakbyście się nie starali, wszystkiego i tak nie zobaczycie, nie ma takich cyborgów, a i czas nie jest z gumy (…)” . Ja też cyborgiem się nie czuję.

W pełni zregenerowany udałem się na trybuny, by obejrzeć występ gwiazdy wieczoru, czyli legendy norweskiego blacku. Emperor to zespół, który niewątpliwie budził największe zainteresowanie ludności zgromadzonej tego pięknego kwietniowego dnia w Spodku. Zespół na brak fanów w naszym kraju narzekać nie może, a był to ich pierwszy koncert w Polsce od 19 lat, co Ishahn sam kilkukrotnie podkreślał. Chłopaki grały w zielonej poświacie stworzonej przez reflektory. Bałem się trochę, że akustyka może zawieść, gdyż używając tylu środków wyrazu łatwo tu o ścianę dźwięku będącą prostą drogą do całkowitej głuchoty. Na szczęście nic takiego nie miało tam miejsca. Wszystko brzmiało niesamowicie selektywnie. Jedyny minus to brak choćby jednego utworu z mojej ulubionej płyty „Prometheus”. Ale patrząc na całokształt mogę na to przymknąć oko (czy raczej ucho).

Następny w kolejce był Napalm Death. Po raz kolejuny w tej relacji narażę się wielu osobom, ale kompletnie nie potrafię zrozumieć fenomenu tej kapeli. Ich występ to ciąg totalnie podobnych do siebie kawałków, a jedyne co zapamiętałem to żywiołowe i energiczne miotanie się po scenie ubranego w biały t-shirt i szorty Barneya Greenwaya.

Na deser został nam dany Blaze Of Perdition. Zespół zasłynął wydaną w zeszłym roku płytą „Conscious Darkness”. Grali dla bardzo przerzedzonej publiczności (spora część osób po występie Napalm Death opuściła Spodek). Występ dobry, ale chyba słuchacze już za bardzo zmęczeni.

Warto wspomnieć jeszcze o małej scenie. Przede wszystkim jej lokalizacja to ogromne nieporozumienie (chyba jedyne na tym festiwalu). Otóż kto się nie zdołał wepchać blisko sceny, miał zajebisty widok na... ciąg schodów prowadzących na górę. Mam nadzieję, że w przyszłym roku organizator już takiego babola nie popełni. Na tej scenie też wystąpiło kilkanaście, głównie młodych kapel. Ze swojej strony pragnę zwrócić uwagę na dwa. Pierwszy to grający klasyczny heavy metal krakowski Roadhog. Ci dość młodzi grajkowie wiedzieli jak swoimi niezwykle melodyjnymi hymnami poderwać publiczność. Znacznie odmienne podejście do metalu prezentują za to rzeźnicy z Anima Damnata. Ta barwna ekipa również potrafiła sprawić, że ludzie prosto po występie Emperor ruszyli pod małą scenę robiąc tam niesamowitą zadymę. Inne kapele, które mieliśmy okazje zobaczyć to Ragehammer, Alastor, Kult Mogił etc.

Pełen szacunek dla Metal Mind Production za organizacje tej imprezy. Do zobaczenia za rok!

Bartłomiej Kuczak

121_ex_158x600.gif 116_northward_158x600px_eu.gif 119_bg_158x600px_eu.gif 130_baner0slider_2.gif 120_accept_158x600px_eu.jpg

Goście

1494723
DzisiajDzisiaj2417
WczorajWczoraj2584
Ten tydzieńTen tydzień12644
Ten miesiącTen miesiąc51734
WszystkieWszystkie1494723
54.92.160.119

batushka plakatz m

xhaken plakat m

the australian pink floyd show 2019 posterb1 m

hell over hammaburg flyer august m

xoverkill plakat m