Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 68sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

bullet tourchartsentry weba b

black silesia open air iii m

king crimson m

deeppurple posterb1e m

iced earth plakat m

wacken plakatd m

anathema plakatz m

roger waters plakatu m

ino rock festival plakata m

hellion metal festivalx m

primal fear plakata b

threshold european tour 2018z m

 

Manilla Road, Hellbringer - Warszawa - 18.05.2018 [Zdjęcia]

MANILLA ROAD, Hellbringer - Klub Hydrozagadka - 18.05.2018

„W lochach starego zamczyska”

Po świetnie przyjętym koncercie rok temu, Manilla Road powróciła do Polski. Serce znów zabiło mocniej. To zespół, który przez cały czas, już czterdziestoletniej działalności, proponuje szczere i naładowane emocjami granie. Jednak chyba jest jednym z niewielu, który nie podał ręki komercji, nie zmienił charakterystyki brzmienia i podejścia do fanów. Wiedząc, jakie było zainteresowanie w roku ubiegłym, organizator tym razem „zaklepał” u nas dwa koncerty – w Warszawie i w Gliwicach. Miałem wielką przyjemność przeżyć pierwszy z nich.

- Gdzie można tutaj bezpiecznie zaparkować? – pytamy policjantów niedaleko miejsca, w którym miał odbyć się koncert. – Na Pradze Północ nigdzie – odpowiadają nam z uśmiechem. Stereotypy wiecznie żywe, można by powiedzieć. Jednak rejon, w którym usytuowany jest klub Hydrozagadka, to faktycznie mało sympatyczne miejsce. Po wejściu w podwórze skierowałem się do środka. Nie było też trudno trafić, wszakże wszędzie kręciły się duże grupy, ubranych w bojowe stroje, fanów muzyki metalowej. W powietrzu czuć było nadchodzące święto. Mimo że koncert odbywał się w lokum przypominającym piwnicę, a nie ogromną halę, to absolutnie dodawało to tylko uroku.

Po przekroczeniu progu już docierały do moich uszu dźwięki, jakie produkował na scenie Hellbringer. Australijczycy uraczyli bardzo sprawnie zagranym thrash metalem. Wściekle miotane riffy, pełne emocji wokale i sekcja brzmiąca niczym rozpędzona ciężarówka. Ludzi jeszcze nie było dużo, większość leniwie sączyła napoje przy barze lub przy stoliczkach na zewnątrz. Chociaż kłamstwem byłoby, gdybym napisał, że nikt się nie przejmował. Pod sceną była świetna zabawa, rozkręcił się nawet dość mocny mosh pit. Muzyka, jaką zaserwował nam Hellbringer, pozwoliła na chwilę zapomnieć, kto będzie głównym daniem wieczoru. Wywiązali się z zadania znakomicie, chociaż to zupełnie inny biegun, niż dokonania załogi z Kansas. Nawet mieli czas na mały bis, a schodzącym ze sceny muzykom towarzyszyło skandowanie nazwy kapeli. Muszę przyznać, że wywarli na mnie bardzo pozytywne wrażenie.

Chwilę po dwudziestej pojawili się Oni. Gitarzysta Mark „The Shark” Shelton, wokalista Bryan „Hellroadie” Patrick, perkusista Neudi oraz nowy, w kontekście zeszłego roku, basista Phil Ross. Jednak koncert jeszcze się nie rozpoczął. Panowie najpierw zainstalowali sprzęt i zrobili małą próbę. Co chwilę fani, którzy tłumnie się gromadzili, oklaskami i głośnym „Manilla! Manilla!” zagrzewali zespół do boju. Brak barierek przy scenie powodował, że atmosfera gęstniała z każdą minutą. W końcu padło – „Are You ready Warsaw?!” i maszyna zwana Manilla Road ruszyła pełną parą.

Sceneria klubu zmieniła się, niczym zaklęta przez starego czarnoksiężnika, i można by mniemać, że znaleźliśmy się w lochach starego zamczyska. Ceglane mury, gdzieś nad głowami biegnące rury i brak klimatyzacji. Było to też miejsce wielkiej bitwy o najlepsze miejsca, toczącej się przy akompaniamencie muzyki, która spokojnie mogłaby być pieśniami barbarzyńców. Niemiłosierny ścisk przez pierwsze numery spowodował, że podszedłem pod lewą stronę, bliżej Marka Sheltona. Jego partie gitary cięły niczym ostry miecz. Był jak Król pociągający za sobą armię metalowców, którzy gotowi są stanąć oko w oko z każdą bestią, z każdym przeciwnikiem, byleby nie stracił korony. Neudi uderzał w bębny niczym wierny dobosz, nadający rytm nieustannej walce. Bryan Patrick, jako prawa ręka Władcy Sceny, trzymał w garści dziką hordę, która posłusznie oddawała się jego rozkazom. Pod wpływem temperatury Phil Ross obnażył tors, czym potwierdził, że Manilla Road to nie delikatne gwiazdki rocka, a prawdziwi wojownicy! Koncert trwał, a pod sceną cały czas szalała prawdziwa batalia. Entuzjastycznie chwalił nas Bryan, robił fotki, kręcił filmiki, na których, oczywiście, każdy chciał się znaleźć. W pewnym momencie nawet grupa ludzi wpadła na scenę i wspólnie wyśpiewała refren „Crystal Logic”. Oddech można było złapać przy krótkim solo na perkusji i, gdzieś w połowie setu, dłuższym popisie gitarowym Sharka. Jeśli chodzi o dobór pieśni bojowych, to czegokolwiek by nie zagrali, byłoby świetnie. Wszakże Manilla Road to kopalnia kapitalnej muzyki, gdzie każdy kawałek to osobna historia. Wybrać tak, żeby wszystkim dogodzić, nie było mowy, ale nikt chyba nie kręcił nosem. Numery takie jak „Divine Victim”, „Death by the Hammer”, „Necropolis” czy „Flaming Metal Systems” były jak uderzenia zakrwawionych toporów, „Crystal Logic”, „Mystification”, „Open The Gates” – jak kontratak ciężkiej konnicy. Zresztą wymieniać wszystkie, osiemnastu kawałków, nie ma sensu. Wieść o tym, jakie utwory wybrzmiały, padnie niedługo w okolicznych wioskach i miastach z ust tych, którzy przeżyli bitwę. Długo jeszcze zaklęte duchy poległych w cegłach Hydrozagadki przypominać będą o tym fenomenalnym zdarzeniu, który przejdzie do historii klubu.

Po blisko dwóch godzinach opadł kurz. Gdzieniegdzie jęczących rannych dobijał ostatni, być może, browar. Ci, którzy mogli o własnych siłach opuścić miejsce starcia, zagadywali wędrownego kupca oferującego skromny, ale solidny merch grupy. Najwierniejsi poddani czekali na Króla, który po niedługim czasie pojawił się przed klubem. Wyraźnie zmęczony, ale szczęśliwy, składał zamaszyste podpisy na starodawnych artefaktach.

Wyjeżdżając z Warszawy, prowadzeni przez rozgwieżdżone niebo, czułem dumę, że mogłem znów, tak jak rok temu, uczestniczyć w koncercie Manilla Road, że po raz kolejny mogłem służyć Markowi Sheltonowi w jego heavy metalowej krucjacie.

Jeśli będzie trzeba, znów stanę na wezwanie!

Adam Widełka

120_overkill_158x600px_eu_b.gif 121_behemoth_158x600px_eu.gif 119_slayer_158x600_eu.gif 118_riotV_158x600px_eu.gif 117_anthrax_158x600px_eu.gif

Goście

1229075
DzisiajDzisiaj996
WczorajWczoraj2524
Ten tydzieńTen tydzień5552
Ten miesiącTen miesiąc43391
WszystkieWszystkie1229075
54.198.158.24

powerwolf plakatz m

nightwish plakatz m

annihilator plakatz m

slayer plakatz m

batushka plakatz m