Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

 

 

hmp 97sm

Szukaj na stronie

 
 UWAGA !!! 
         
Drukowaną, kolekcjonerską wersję 
 HMP Magazine 
możecie zamówić pisząc na adres:
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.
 
 

Posłaniec miłości (BLACK COUNTRY COMMUNION)

Żywa hard rockowa legenda, były członek TRAPEZE, BLACK SABBATH i DEEP PURPLE – Glenn Hughes. Opowiedział nam o swoim obecnym zespole czyli BLACK COUNTRY COMMUNION, ale i wyspowiadał się z grzechów przeszłości. Nigdyś gość szerzący rock’n’rollowy etos, dziś doświadczony, wdzięczny losowi za to kim jest mężczyzna.

HMP: Kiedy poznałeś Joe Bonamassę?

Glenn Hughes: Pięć lat temu. Spotykaliśmy się towarzysko i staliśmy się bardzo dobrymi przyjaciółmi. Joe jest prywatnie bardzo nieśmiały, ale któregoś dnia przyszedł do mojego domu, pograliśmy muzykę, pogadaliśmy o wspólnym nagraniu i bardzo szybko zdecydowaliśmy się grać razem. Za to Jasona poznałem kiedy miał jeszcze trzy latka, przyjaźniłem się z jego ojcem (Johnem Bonhamem, perkusistą Led Zeppelin - przy.red).

BLACK COUNTRY COMMUNION narodziło się w listopadzie 2009 roku na koncercie Bonamassy…

To prawda. Joe występował w HOUSE OF BLUES w Los Angeles i poprosił, żebym przyszedł i zagrał z nim dwa utwory, “Medua” i “Mistreated”. Był tam też Kevin Shirley (producent znany ze współpracy z Aerosmith i Iron Maiden – przyp. red.) i po koncercie w trójkę podjęliśmy decyzję o nagraniu albumu. Kevin zasugerował zaproszenie do składu Jasona Bonhama i Dereka Sheriniana. Sześć tygodni później byłem już w studiu z kilkoma piosenkami napisanymi z myślą o tym projekcie. Połowa albumu została zarejestrowana w styczniu, druga połowa w marcu. Było to niezwykle ekscytujące doświadczenie.

Myślałeś, że to będzie projekt dla zabawy, czy od razu wiedziałeś, że będziecie znaną rockową kapelą?

Wiedziałem, że będziemy wielką rockową grupą. Miałem wcześniej parę piosenek gotowych do nagrania dla mojego solowego zespołu, ale to nie były właściwe kompozycje. Wyjechałem do Brazylii w 2009 roku i tam napisałem połowę materiału na pierwszy album BLACK COUNTRY COMMUNION.

Na początku ty i Joe nie byliście pewni co będziecie grać, czy to będzie blues, soul czy rock. Dlaczego ostatecznie zdecydowaliście się na granie klasycznego brytyjskiego hard rocka?

Spotkaliśmy się z Joe trzy albo cztery razy w jego domowym studiu w północnym Hollywood, aby razem pojamować. Potem Joe przyjechał do mnie. Podłączyliśmy instrumenty i zaczęliśmy grać naprawdę głośno. Zaczęły nam wychodzić takie rzeczy jak “Black Country” czy “Too Late For The Sun”. Pełne rocka.

Pierwotnie chciałeś nazwać kapelę po prostu BLACK COUNTRY. Okazało się jednak, że jakiś zespół już się tak nazywa i zażądali od was pół miliona dolarów za odstąpienie tej nazwy.

I odkupiliśmy ją od nich. Ale i tak zachowaliśmy człon COMMUNION. Myślę, że przez to nazwa brzmi lepiej. Dla mnie to oznacza braterstwo, plemię, społeczność. Możemy się nazwać po prostu BLACK COUNTRY, bo posiadamy tę nazwę ale zachowamy COMMUNION.

To prawda, że zamierzałeś nagrać swój solowy funkowy album, ale zaprzestałeś temu z powodu snu jaki miałeś? Snu o tym, że będziesz leaderem rockowego zespołu…

Tak. Napisałem piosenki na mój solowy album, były już gotowe do nagrania i miałem ten sen jakoś w październiku 2009 roku. Śniłem o tym, że będę frontmanem wielkiej rockowej kapeli, i że będziemy grać na wielkich scenach. Obudziłem się, a nazajutrz Joe puka do moich drzwi i mówi, że chce dołączyć do rockowego składu, że chce grać ze mną rock. To było po prostu przeznaczenie, wspaniałe zsynchronizowanie. Wierzę w to, że rzeczy dzieją się same we właściwym momencie. Tak było w tym przypadku.

Dlaczego nagrałeś ponownie “Medusa” – kawałek, który napisałeś dla TRAPEZE lata temu? Czy to rodzaj hołdu dla zmarłego Mela Galleya?

To był pomysł Joe i Kevina. Nagrałem ten kawałek w 1971 roku. Wykonywałem go między innymi z Johnem Bonhamem. To byl szczególny moment, coś w rodzaju hołdu dla Mela, ale i dla Bonhama. Mel był moim bohaterem. On, Hendrix, Clapton i George Harrison nimi byli. Miałem 13 lat i chciałem z nim grać, był moim idolem. Cały czas chciałem być jak Mel Galley, a potem grałem z nim w zespole. To było wspaniałe.

Nagraliście „2” grając na żywo, na tak zwaną „setkę”. Nie chcieliście zarejestrować osobno wszystkich ścieżek, a później tego zmiksować?

To musiało być nagrane na żywo. Nie lubię Pro Tools, wymieniania się pomysłami przez maile. Lubię kiedy wszystko jest zagrane na żywo. Chodzi o relacje miedzy zespołem. Nagranie tych piosenek było proste, bo każdy z nas jest świetnym muzykiem. Kiedy pokazywałem swoje pomysły każdy wiedział co ma zagrać. Nie wyobrażam sobie tworzenia z innymi ludźmi, ci goście są idealni.

Jak oceniasz wkład Kevina Shirleya w BLACK COUNTRY COMMUNION?

Jest niesamowity! Nie zdawałem sobie sprawy jak dobry jest. Powtarzam wszystkim moim przyjaciołom, również w Polsce, że Kevin Shirley jest najlepszym hard rockowym producentem naszych czasów. Zrobił świetne albumy z IRON MAIDEN, LED ZEPPELIN, JOURNEY czy RUSH. Personalnie jest osobą bardzo silną. Nie radzę z nim zadzierać. Na pierwszym naszym albumie to ja w dużej mierze byłem odpowiedzialny za produkcję. Przy okazji drugiego zrozumiałem, że to on jest do cholery producentem, ma swoją wizję. Jest też bardzo dobrym muzykiem. Kiedy mi mówi chwyć drugi prób struny e i ją podciągnij później zrób progresję takiego i takiego akordu, to mówię „ok” i to robię. I to zawsze dobrze brzmi. To znakomity muzyk, producent i aranżer.

Ty i Joe macie swoje solowe kariery. To chyba trudne utrzymać przy życiu BLACK COUNTRY COMMUNION…

To kwestia zgrania terminów. Osiągnąłem wiele sukcesów jako solista. Joe właśnie to robi, pracuje na to bardzo ciężko. Ale teraz raczej trzeba się spodziewać dużej ilości koncertów BLACK COUNTRY COMMUNION, a nie naszych solowych. Zaczynamy światową trasę w czerwcu i mamy nadzieję, że w jej ramach trafimy też do Polski. Bardzo na to liczymy.

Co sądzisz o zjawisku jakim jest „supergrupa”?

Myślę, że jest to słowo, które można łatwo nadużywać. Ludzie nazywając nas supergrupą spodziewali się, że nagramy tylko jedną płytę i znikniemy. Ale ta supergrupa zwana BLACK COUNTRY COMMUNION wydaje właśnie drugą płytę! Na święta Bożego Narodzenia chcemy też wydać koncertowe DVD, a teraz jedziemy w trasę i jesteśmy dobrze prosperującym bandem. Choć media tak nas nazwały my czujemy się bardziej zwykłym zespołem grającym rock’n’roll.

Masz już jakieś nowe kawałki na kolejną płytę?

Zawsze piszę coś nowego w samotności, ale nie pokazywałem tego reszcie. To na razie tylko moje granie w wolnej chwili, może jednak coś się z tego w przyszłości wyklaruje.

Jakie wspomnienia cię łączą z CZARNĄ KRAINĄ - BLACK COUNTRY, miejscem gdzie dorastałeś?

To nie jest dobre miejsce do dorastania. Jest to sam środek Anglii. Panuje tam środowisko klasy pracującej, ma to wpływ na muzyków i ich twórczość. To kolebka angielskiego rocka i metalu. Powstająca tam muzyka jest ciężka, wręcz industrialna. Pochodzą stamtąd tacy ludzie jak Robert Plant i John Bonham, JUDAS PRIEST, BLACK SABBATH. Dużo bardziej wolę Amerykę. Kiedy wyjechałem tam w wieku 19 lat pomyślałem, że ten kraj jest ogromny. Od razu wiedziałem, że chcę tu osiąść, żyć i umrzeć. Urodziłem się do bycia Amerykaninem.

Dalej odwiedzasz to miejsce, coś się tam zmieniło?

Będę tam w przyszłym tygodniu. Moi rodzice dalej tam mieszkają, więc odwiedzam ich najczęściej jak się da. Niemniej dalej nie czuję się tam dobrze. Szczerze powiedziawszy jest tam trochę niebezpiecznie. Idąc ulicą ludzie często coś za mną krzyczą, albo nawet rzucają we mnie jakimiś rzeczami. W Ameryce jeśli staniesz się sławny ludzie są ci za to wdzięczni, zaś w Anglii są na ciebie źli, że coś osiągnąłeś. To dziwne i przerażające! W moim przypadku to już nawet nie chodzi o samą sławę, jestem po prostu inny. Nie wyglądam jak typowy koleś z tamtych stron, noszę się inaczej niż wszyscy. Ale nie zamierzam tego zmieniać przez to, że się to komuś nie podoba. Nie chcę wyglądać jak oni. Za każdym razem staram się ubierać inaczej. Nie obchodzi mnie co ludzie o mnie myślą. To ich sprawa. Wkurza mnie jedynie ich mentalność. W Ameryce, w Los Angeles moższ być kim chcesz, możesz być sobą.

John Bonham pomógł Ci w początkach twojej kariery…

Wielokrotnie! Często jeździliśmy razem jego samochodem wraz z szoferem na koncerty TRAPEZE. Staliśmy się bardzo dobrymi przyjaciółmi w tym czasie. Odwiedzaliśmy się w domach, poznałem jego małego syna Jasona. Był fantastyczną osobą, bardzo wesołą, człowiekiem o pięknym wnętrzu. Znałem dwie jego strony. Ludzie kojarzyli go jako szalonego Bonzo, ja również, ale poznałem też familijnego faceta kochającego swoją rodzinę, pasjonującego się samochodami. Z resztą zeppelinów też dobrze się zaznajomiłem. Roberta znałem nawet dłużej niż Johna. Do dziś jesteśmy dobrymi znajomymi. Z Jimmym i Paulem też się kumplowałem,  jednak to John był moim przyjacielem.

Grałeś w BLACK SABBATH i DEEP PURPLE, w dwóch z trzech wielkich hard rockowych kapel. Nie szkoda ci, że nie byłeś częścią LED ZEPPELIN, a może granie z Jasonem jest tego zadośćuczynieniem?

Nie, nie szkoda mi. Nigdy o tym z nimi nie rozmawiałem, byliśmy po prostu przyjaciółmi. Granie z nimi byłoby nie właściwe. Nie da się zastąpić Roberta Planta, Micka Jaggera czy Freddiego Mercury’ego. To niemożliwe!

Czy teraz, po śmierci Ronniego Jamesa Dio, gdybyś dostał propozycję ponownego śpiewania w BLACK SABBATH, zgodziłbyś się?

Nie, na pewno bym się nie zgodził. SABBATH powinni ponownie zrzeszyć się z Ozzym. To jedyne słuszne posunięcie jakie mogą uczynić. Tego właśnie chcą fani, ale i oni tego chcą. Kocham tych gości, Ozzy też jest moim przyjacielem. Bardzo bym chciał, żeby znowu zagrali w oryginalnym składzie.

Poznałeś kiedyś Dio? Jakie masz wspomnienia z nim związane?

Byliśmy naprawdę dobrymi znajomymi. Kiedy Ronnie grał w kapeli ELF i występowali z nami kiedy byłem w DEEP PURPLE w 1974 roku przyszedł do mojej garderoby, nawiązaliśmy świetną komunikację. W 1979 kiedy Dio grał z RAINBOW przeprowadził się nie daleko mnie do Los Angeles razem ze swoją żoną Wendy. Spotykaliśmy się wspólnie razem ze swoimi żonami, bardzo zacieśniliśmy więzy. Byliśmy prawie jak rodzina. Dalej jestem w dobrej komitywie z Wendy. Jego odejście było dla mnie bolesnym ciosem. Ronnie był bardzo uprzejmym, kochającym człowiekiem. To chyba najsympatyczniejszy gość jakiego kiedykolwiek poznałem.

Grałeś z tyloma świetnymi muzykami, czy w dalszym ciągu jest ktoś z kim chciałbyś połączyć siły?

Myślę, że grałem już z każdym. Jakbym sporządził listę nazwisk ludzi, z którymi miałem do czynienia jeśli chodzi o muzykę, to chyba nikogo by nie zabrakło. Czuję się spełniony.

W pewnym wywiadzie powiedziałeś, że wierzysz w reinkarnację. Jesteś buddystą?

Nie jestem buddystą, ale szczerze wierzę, że się narodzimy na nowo. Myślę, że to bardzo interesujące i uduchowione to, że wszyscy kiedyś tu powrócimy. Dusza nigdy nie umiera. Wierzę też w duchy. Czasami je widuję. Miewam też wizje. W ostatni weekend w moim domu wchodziłem do pokoju gościnnego i nagle sam z siebie włączył się telewizor. Był nastawiony bardzo głośno, a kiedy wyszedłem z pokoju wyłączył się. Twierdzę, że w moim domu żyje duch. Jeden z przyjaciół mojej żony nawet go widział. To mężczyzna. Wiele znanych mi osób umarło w przeciągu ostatnich 10 lat, może ktoś z nich chce mnie po prostu odwiedzić.

Myślisz, że kim lub czym staniesz się po śmierci?

Tak jak śpiewałem na pierwszej płycie: ”I’m a messenger”. Jestem posłańcem, staram się to realizować przez całe moje życie. Nasza ostatnia płyta też jest przesłaniem. Mam nadzieję, że odrodzę się by znowu nim być.

A jak brzmi nowina, którą niesiesz?

Że miłość jest odpowiedzią na wszystko. Nie walka i wojna tylko właśnie miłość. Wiem, że mogę teraz brzmieć jak jakiś hipis, ale weźmy na przykład Ronniego, chodziło mu w życiu o miłość, mimo, że  śpiewał o smokach i demonach. Rządziła ona jego życiem, to był jego priorytet. Taki jestem też i ja.

Jakbyś mógł w swoim życiu zmienić jakąś rzecz, co by to było?

Chciałbym aby moje zwierzęta nigdy nie umarły, chciałbym przywrócić im życie. Nie mam dzieci i właśnie moje zwierzaki traktuję tak jakby nimi były.

A nie zmieniłbyś niczego co zrobiłeś innym albo samemu sobie?

Pewnie powinienem powiedzieć, że nie chciałbym być w przeszłości uzależniony od narkotyków. Ale tak naprawdę nie żałuję tego. Popadłem w uzależnienie, wyszedłem z tego i ta zmiana sprawiła, że jestem tym kim jestem. Wiem, że zraniłem wtedy wiele osób, ale teraz staram się być najlepszą osobą jaką tylko mogę.

Powiedziałeś kiedyś, że ludzie, którzy nie piją albo nie biorą narkotyków są nudni, dlaczego?

Nie ufam nikomu kto nigdy nie pił. Uważam, że ludzie, którzy mają problem z alkoholem, albo narkotykami i pewnego dnia stają się trzeźwi czy czyści, wychodzą z tego, są ciekawsi, prawdziwsi. Trzeba być naprawdę twardym, aby pewnego dnia odstawić butelkę czy igłę na bok. To bardzo trudne!

Napisałeś swoją autobiografię. Jaki był najtrudniejszy rozdział w twoim życiu do opisania?

Chyba lata 80-te. Wydarzyły się wtedy rożne zawstydzające rzeczy. To był najgorszy czas w moim życiu, najmroczniejszy. To upokorzenie z powodu mojego uzależnienia od narkotyków, to jak traktowałem osoby, które kochałem. Bycie poza wszelką kontrolą, bycie zupełnym przeciwieństwem tego kim jestem teraz. Bałem się własnego cienia, raniłem samego siebie. To było trudne do opisania, zajęło mi to trochę czasu, ale cieszę się, że się tym podzieliłem z ludźmi. W końcu nie można mieć żadnych tajemnic przed innymi. Uważam, że takie sekrety to bardzo mroczna rzecz. One by mnie zabiły. Mogą po prostu pewnego dnia przyjść i kopnąć cię prosto w tyłek. Oczywiście są w życiu sprawy, które pozostaną dla mnie prywatne, ale ogółem trzeba się dzielić swoimi tajemnicami, bo w przeciwnym razie mogą cię one wykończyć.

Jak długo chcesz jeszcze kontynuować swoją karierę?

Dopóki mam głos i siły, będę grał tak długo jak tylko będę mógł. Chyba, że kiedyś poczuję, że już nie chcę tego robić.

Które utwory ze swojej długiej kariery uważasz za najważniejsze i dlaczego?

“Black Country”, “Cold” i “Save Me” z nowej płyty, ale i “Coast To Coast” czy “This Time Around”. Tekstowo najlepiej oddają to co się ze mną dzieje lub działo. Przemawiają do mnie. Są istotne.

A który moment w swojej karierze uważasz za najbardziej ekscytujący?

Ma on miejsce właśnie teraz. Wchodzę na scenę ludzie śpiewają nasze nowe piosenki. To nie są znane na pamięć kawałki DEEP PUPLE, tylko BLACK COUNTRY COMMUNION i to dla mnie bardzo ważne. Poza tym jestem w świetnej formie fizycznej i mentalnej. Jestem teraz u szczytu swojej kariery. Napawa mnie duma z powodu tego co osiągnąłem przez te wszystkie lata.

Jak oceniasz obecną kondycję muzyki rockowej?

Ostatnio nie zaobserwowałem żadnej fajnej kapeli i mam tu na myśli skalę globalną. Nie ma już żadnego wielkiego, dobrego zespołu. Dlatego myślę, że wstrzeliliśmy się w dobry moment z BLACK COUNTRY COMMUNION. Jak na razie jesteśmy ostatnią ważną rockową kapelą.

 

Robert Skowroński

baner_a158x600-19.gif baner_gif_prr.gif maiden_united_bannery-v70_01.gif ma_week_gif-gif.gif baner_oskar gif.gif baner_158x600-19.gif baner_b158x600-19.gif baner_oh.gif baner_lone assembly.gif baner_158x600_mtwa.gif

Goście

8298770
DzisiajDzisiaj2338
WczorajWczoraj3389
Ten tydzieńTen tydzień25219
Ten miesiącTen miesiąc84670
WszystkieWszystkie8298770
216.73.216.79