Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 68sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

bullet tourchartsentry weba b

black silesia open air iii m

king crimson m

deeppurple posterb1e m

iced earth plakat m

striker summer slam m

wacken plakatd m

anathema plakatz m

roger waters plakatu m

ino rock festival plakata m

hellion metal festivalx m

primal fear plakata b

threshold european tour 2018z m

ross the boss bullet crystal viper m

ross the boss 2 plakat m

diamond head plakat m

 

„Nie tylko Tool” (ATME)

ATME jest porównywany do Toola. I chociaż pewne nawiązania do twórczości tego zespołu są  na debiutanckim albumie wrocławian słyszalne, to jednak przyklejanie im łatki tylko naśladowców i imitatorów jest zdecydowanie krzywdzące.  „State Of Necessity” jest bowiem znakomitą, skrzącą się rozmaitymi barwami, progresywną płytą, ze sporymi szansami na najwyższe lokaty w kategorii  debiut roku:

    

HMP: „Polski Tool”. Pewnie kiedy jest się młodym zespołem i ma na koncie właśnie wydaną, debiutancką płytę, to taka opinia może tylko cieszyć, ale z drugiej strony jest to nieco krzywdzące, bo nie jest przecież tak, że zbieracie się na próbie i padają słowa: „To teraz spróbujmy napisać coś pod Toola”?

ATME: Oczywiście, że jest. Rozkładamy utwory Toola na części pierwsze, na ich podstawie piszemy własne partytury, do tego dorzucamy Madonnę z okresu jej progresywnej twórczości w King Crimson u Alana Parsonsa i nagrywamy wszystko na mikrofon kierunkowy ustawiony za ścianą  z betonu. Odpowiadając poważnie, każde porównanie może być zarazem krzywdzące, jak i cieszyć, zależy jak na to spojrzeć.  To czego słuchaliśmy i słuchamy, co trenowaliśmy zaczynając i szkoląc grę na instrumentach czy ćwicząc głos, na pewno ukształtowało nas i ma wpływ na obecne brzmienie naszych utworów. Tool, to jeden zespołów, który jest wspólnym mianownikiem naszych indywidualnych i różnorodnych gustów muzycznych. Reasumując, bardzo lubimy Toola, ale wolimy się skupiać na własnych kompozycjach, aby dla nas brzmiały po prostu dobrze.

Zresztą już sama nazwa waszego zespołu jest na tyle uniwersalna i może kojarzyć się z tak różnorodnymi wpływami, że nie mogło to nie przełożyć się na tworzoną przez ATME muzykę?

Zgadza się. Takie od początku było założenie w zespole: nasza muzyka ma być żywa – ma oddychać. Konsekwentnie idziemy tą drogą i nie ograniczamy się formami, gatunkami czy trendami.

Wydaje mi się, że określenie rock progresywny jest w waszym przypadku bardzo właściwe, ale już takie aptekarskie wyliczanie kto i w jakim stopniu was zainspirował, kogo Łukasz przypomina barwą głosu czy interpretacją nie ma już za bardzo sensu, tym bardziej, że „State Of Necessity” to po prostu znakomity debiut?

Dzięki!
Można też śmiało powiedzieć, że ATME jest przykładem harmonijnego, stopniowego rozwoju: cztery lata prób i szlifowania umiejętności, zwycięstwo na kaliskim festiwalu im. Pawła Bergera,  debiutancka EP-ka, coraz więcej koncertów, w tym zagraniczna trasa – mieliście taki plan, czy też wyszło to wszystko niejako naturalnie, a każdy kolejny sukces, jak choćby festiwalowe zwycięstwo, był punktem wyjścia do kolejnego kroku?

Plany oczywiście mieliśmy, tylko daty zweryfikowało życie. Jasne było dla nas od początku: abyśmy mogli stworzyć wyjątkową muzykę i stanowić silny zespół, potrzebować będziemy dużo czasu, ale chyba nikt nie przypuszczał „na starcie”, że album wydamy dopiero po pięciu latach.

„Stan wyższej konieczności” – jak interpretować ten tytuł? Znaleźliście się w takim punkcie, że nagranie i wydanie płyty było dla was właśnie czymś takim, koniecznością i przymusem?

Stan wyższej konieczności przewiduje ponad wszystko przywrócić pracę układu krążeniowo-oddechowego podczas zatrzymania akcji serca... Tytuł to podsumowanie drogi, którą przeszliśmy jako zespół… w pewnym sensie wydanie albumu stało się „koniecznością”. Teksty zaś traktują o człowieku, jego pasjach. O procesie dojrzewania emocjonalnego i artystycznego, relacji z własnym ja.

Od początku było wiadomo, że wykorzystacie tyle nietypowych instrumentów, zaprosicie do studia gości spoza zespołu?

Pytanie co przyjąć za „początek”. W momencie, kiedy rezerwowaliśmy studio, wiedzieliśmy, że goście będą. Ich lista jednak rozszerzyła się w stosunku do tej zakładanej sprzed etapu nagrywania. 

Momentami brzmi to wszystko tak, jakby było improwizowane na żywo, jakbyście dali ponieść się dźwiękom, a progresywne granie przenikało się z muzyką świata, tak jak choćby w „Pleasure Box”  z wejściami saksofonu czy „Ananke” z partią mis tybetańskich?

Nie da się ukryć, że Łukasz Kotecki wniósł z saksofonem bardzo dużo do „Pleasure Box”. Odnalazł się w utworze doskonale, a do tego świetnie nam się współpracuje. Podczas tworzenia ważne jest dla nas wypracowanie odpowiedniej twórczej przestrzeni, w której prowadzi nas grupowa intuicja. Taki stan udaje nam się uzyskać podczas improwizowania, wtedy melodie, rytmy, słowa „spływają na nas same”. Trudno jednak byłoby improwizować w nieskończoność… tworząc, wszystko nagrywamy i kiedy wiemy, że wszyscy spotkaliśmy się „w jednym miejscu”, wracamy do nagrania, analizujemy je i z najlepszych elementów formujemy gotowe utwory. Na albumie są też momenty i niekiedy całe partie improwizowane na żywo w studio, tak jak w przypadku mis tybetańskich, była to improwizacja do pewnego pomysłu, bez wcześniejszych przygotowań.

Czyli to nie przypadek, że mamy na tej płycie jakby siedem głównych kompozycji, które powstały jeszcze przed sesją nagraniową, a część z nich poprzedzają/dopełniają utwory improwizowane, swoiste wstępy czy kody głównych utworów, co znalazło też odzwierciedlenie w opisie płyty, gdzie  ta siódemka jest tak naprawdę dwunastką numerów?

Tak. Wydając płytę długogrającą chcieliśmy, aby był spójny, zaś rozmieszczenie poszczególnych utworów i ich dopasowane było świadome, dobre w odbiorze i opisywalne według pewnego schematu. Mając skomponowanych siedem pełnych i dość złożonych utworów, pragnęliśmy dopełnić album kilkoma lżejszymi formami, stanowiącymi oddech w monolicie głównej siódemki. Połowa z nich jest czystą improwizacją.

Umiejętności to jedno, ale odbieram wasze granie jako bardzo intuicyjne i w tym akurat kontekście bardzo bliskie jazzowej formule, gdzie swobodne podejście do struktury kompozycji jest podstawą?

Tak, forma ma nam służyć, a nie więzić.

Te najdłuższe utwory, jak 10-minutowy „Interrupted Call” czy jeszcze dłuższy „Hotel Of The Transregulation” stają się więc pewnie na koncertach swoistym punktem wyjścia do jeszcze bardziej rozbudowanych form, czy też odwrotnie, gracie je w tej płytowej aranżacji, a „odlatujecie” w tych krótszych, jak „Pecto Drill”?

Występując na żywo dbamy o to, aby nasze utwory były przepełnione emocjami, naszą obecnością i połączeniem z odbiorcami. Każdy występ jest inny, inna jest energia i wykonanie. Choć struktura głównych utworów pozostaje raczej bez zmian, są w nich miejsca ruchome - do improwizowania. Mamy też przygotowanych kilka wstępów do utworów, których nie ma na albumie i to ich forma z koncertu na koncert mocno się różni.

Piszecie o sobie samych? O ludziach wrażliwych, pełnych pasji, emocji, niezgody na tę obecną, cyfrową bylejakość?

Czasy się zmieniają, a my zmieniamy się razem z nimi. Tworzymy muzykę, która najprawdopodobniej jest wynikiem naszego życia, przeżyć i doświadczeń. Tekstowo opowiedziane są historie, zawarte przemyślenia na temat otaczającego świata. Czy nasza twórczość jest lustrzanym odbiciem naszych czasów? Nie nam to oceniać.
„144-261/18” to tytuł ambientowej, najkrótszej na płycie miniatury i jakiś numer seryjny, coś w tym stylu, czy też ma on zupełnie inną genezę?

Jesteś blisko. Utwór stanowi wejście do „Hotel Of The Transfiguration” i nagrany został w starym poniemieckim budynku, który przed pożarem w marcu 2017 roku, przez cztery lata mieścił naszą pierwszą salę prób, to w nim dojrzewała nasza muzyka. Numery w tytule widnieją do dziś na tabliczce adresowej. Ten dźwiękowy przerywnik stanowi swoistą pamiątkę po tym tajemniczym    i magicznym miejscu.

Postawiliście na zwartą artystycznie, dopracowaną w każdym aspekcie, całość: muzyka, teksty, ilustrujące je grafiki, nawet wygląd samego krążka współgrają ze sobą. Zwraca też uwagę okładka płyty – obraz „Zaćmienie” Maksymiliana Novák-Zemplińskiego powstał na wasze zamówienie już niejako na zwieńczenie tego całego procesu?

Obraz powstał niezależnie od muzyki, ale idealnie oddaje jej nastrój. Zależało nam na współpracy z Maksymilianem i dzięki naszemu wspólnemu przyjacielowi to się udało.

Bez akcji crowdfoundingowej na Wspieram to wydanie „State Of Necessity” w tak efektownej formie pewnie nie byłoby możliwe?

Możliwe pewnie by było, jednak potrzebowalibyśmy jeszcze więcej czasu.  Wsparcie                                 z crowdfoundingu było znaczącym, ale nie jedynym źródłem finansowania naszego albumu.

Powodzenie takich akcji uwidacznia jednak, że można zmobilizować się i wydać płytę na światowym poziomie bez większego wsparcia, dużej wytwórni, etc?

Udowadnia na pewno, że można liczyć na wsparcie innych ludzi. W twórczości bywa różnie, ale chyba wszystko zależy od „materiału źródłowego”. Podejrzewamy, że można mieć za sobą duże środki finansowe i wielkie wytwórnie i nagrać „nieprzekonującą” płytę, jak i zarazem mieć skromniejsze zaplecze, ale materiał, który „żre”.

Teraz jednak przydałaby się jego większa promocja, regularne koncerty, może nawet kolejna trasa na Zachodzie – jesteście na to gotowi? Co powiedzą w pracy, że o trudnych rozmowach w domu nie wspomnę? (śmiech)

Trzeba zdecydować, czego tak naprawdę się chce w życiu. Przychodzi niekiedy moment definiujący dalsze losy. Muzyka potrzebuje żywej sceny. Niestety nie można być w dwóch miejscach jednocześnie, czasami trzeba coś poświęcić, niekiedy udaje się pogodzić ze sobą różne sprawy, nie raz nie. Trasy koncertowe, pisanie kolejnych albumów – jak najbardziej. Mamy nadzieję, że nasz „moment” jest już blisko.

Głupotą byłoby więc nie skorzystać z okazji i nie spróbować wyjść z muzyką ATME dalej?

Tak!

Jak więc zareagowalibyście na wieść, że Tool nagrał w końcu tę zapowiadaną od lat płytę, a Maynard James Keenan wybrał z listy potencjalnych supportów przed polskim koncertem właśnie wasz zespół?

Tool, a co to za zespół? Oczywiście, bylibyśmy zaszczyceni, tak jak występem przed każdym wielkim zespołem muzyki rockowej.

Wojciech Chamryk

119_slayer_158x600_eu.gif 116_epica_158x600px_eu.gif 120_overkill_158x600px_eu_b.gif 118_riotV_158x600px_eu.gif 117_anthrax_158x600px_eu.gif 121_ex_158x600.gif

Goście

1297239
DzisiajDzisiaj667
WczorajWczoraj2212
Ten tydzieńTen tydzień11742
Ten miesiącTen miesiąc42890
WszystkieWszystkie1297239
54.81.254.212

powerwolf plakatz m

nightwish plakatz m

annihilator plakatz m

slayer plakatz m

batushka plakatz m