Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 79sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

katatoniaaak 2 m

accept posterb1yyy m

helloween i hammerfallzzz m

vdgg plakat nowe daty m

steelpanther 2022pol m

 

„Pełne spektrum” (Pale Mannequin)

           

Pracując nad debiutanckim albumem „Patterns In Parallel” Pale Mannequin mieli już pełny skład, nowe pomysły i dużo chęci, żeby jak najszybciej podzielić się nimi ze słuchaczami. Dlatego nagrywając pierwszą płytę przygotowywali już następną, ale nie zdążyli jej wydać do marca 2020 roku. Musieli więc odczekać 12 pandemicznych miesięcy, ale w końcu CD „Colours Of Continuity” ujrzał światło dzienne. To Pale Mannequin w zupełnie odmienionej, poprawionej odsłonie, taka wersja 2.0 udanego przecież debiutu, rock progresywny na bardzo wysokim poziomie, dopracowany i robiący wrażenie, o czym warto przekonać się osobiście, również na koncertach.

                

HMP: Skoro materiał na „Colours Of Continuity” zaczęliście tworzyć w drugiej połowie 2018 roku, to było to jeszcze przed wydaniem waszego debiutanckiego albumu „Patterns In Parallel”. Skąd taka nietypowa sytuacja, że nagrywając pierwszą płytę jednocześnie komponowaliście już następną?

Tomasz Izdebski: To wynikało z faktu, że debiut nie był tak naprawdę nagrywany jako zespół. Cały projekt tamtych nagrań ogarniałem sam (na perkusji zagrał po znajomości Kuba - jeszcze wtedy bez większych planów), z zajawki, żeby zrobić coś muzycznie tylko dla siebie, może nawet do szuflady, jako muzyczny zapis z pewnego okresu. Niemal jak pamiętnik. Grzesiek i Darek dołączali do mnie na przestrzeni nagrań i miksów, kiedy już sobie postanowiłem że Pale Mannequin będzie jednak zespołem z krwi i kości. Zanim „Patterns In Parallel” zostało dopięte (załatwienie wydawcy, tłoczni, sesji zdjęciowej, sociale, itp.) z Grześkiem zaczęliśmy pisać kolejne numery, z których ostatecznie część trafiła potem na „Colours Of Continuity”.

Tworząc nowy materiał nie miałeś w tej sytuacji ciągotek do tego, żeby zmieniać ten starszy, choćby w kontekście innych aranżacji, czy też „Patterns In Parallel” był już skończoną całością, a wy potrzebowaliście natychmiastowego ujścia do kolejnych pomysłów, stąd to swoiste dwa w jednym?

Tomasz Izdebski: Nie, „Colours Of Continuity” miało być z założenia zupełnie inne niż pierwsza płyta. Osobiście nie byłem zadowolony z wielu rzeczy na debiucie i druga płyta miała być nową jakością - pod wieloma względami. Uznałem, że „Patterns In Parallel” to zamknięty temat i czas iść dalej, już jako grupa. Rozgrzebywanie nagrań i miksów „Patterns In Parallel” nie miało na tym etapie sensu.

„Colours Of Continuity” to materiał bardziej zespołowy – to również miało wpływ na intensywność jego powstawania i samo tempo pracy nad kolejnymi kompozycjami?

Tomasz Izdebski: Po części tak. Materiał na „Colours Of Continuity” pisaliśmy ja oraz Grzesiek i wzajemnie nakręcaliśmy się na nowe pomysły. Potem na próbach, każdy mógł dołożyć swoją cegiełkę, chociaż akurat czasu na tym etapie nie było jakoś mega dużo. Dla porównania - „Patterns In Parallel” nigdy nie trafiło na salę prób przed nagraniami - wszystko powstawało w komputerze. Oprócz tego, osobiście miałem po prostu wenę i wyraźną wizję tego co chcę zrobić. Wielkiego kopa dało mi to, że udało mi się przekonać do swojej wizji muzycznej kilka innych osób, ponieważ do tej pory nie miałem szczęścia do znajdowania muzyków, którzy chcą grać w podobnych co ja klimatach. Przez kilka lat przed Pale Mannequin udzielałem się w różnych muzycznych projektach ale nigdy nie czułem ich na 100%. To, że nagle siedziałem na sali prób z trzema innymi gośćmi, którzy grają moje numery i którzy są tym zajarani - to był potężny zastrzyk motywacji.
Zauważalne jest również to, że postawiliście na zmiany, bo poza melancholijnym, progresywnym graniem mamy tu również fragmenty znacznie mocniejsze, nie tylko w warstwie gitarowej, ale również wokalnej – nie ma nic gorszego, jak po raz kolejny nagrywać tę samą płytę, od poprzedniej różniącą się tylko okładką czy listą utworów?

Tomasz Izdebski: Dokładnie takie mamy założenie. Nie każda płyta musi być rewolucją - to byłoby mega trudne - ale chcemy, by każda wniosła do naszej twórczości coś nowego lub w jakimś zakresie podnosiła poprzeczkę.
Tytuł „Kolory ciągłości” można też odebrać jako wasz dowód na przywiązanie do wybranej stylistyki, tyle, że jednocześnie unikacie schematów, staracie się szukać nowych rozwiązań?

Grzegorz Mazur: Kolory ciągłości na tej płycie przede wszystkim mają zwrócić uwagę na to, że świat jest różnorodny a wszelakie zamykanie go w utarte ramy, schematy, kwantyzacja - zakłamują czy nawet zubożają obraz. W odniesieniu do muzyki chcemy pokazać że możemy zaserwować pełne spektrum emocji - radość, smutek, wściekłość, różnymi środkami wyrazu: szeptem, krzykiem, raz metalowymi rytmami, raz funkowymi. Nie chcemy zamykać się w jednym gatunku - słuchamy bardzo wielu rzeczy więc i bardzo wiele rzeczy przecieka do naszej twórczości.

W tekstach eksplorujecie różne odcienie, jak podkreślacie, zbyt wąskiej perspektywy – w tym sensie „Colours Of Continuity” jest klasycznym konceptem, skoro warstwa tekstowa jest dość zwarta, oscyluje wokół jednego tematu?

Tomasz Izdebski: Nie było ambicji aby album był koncepcyjny, natomiast na pewno chciałem żeby był słuchany jako całość i dobrze jako całość się bronił. Tak sam słucham muzyki - albumami, prawie nigdy playlistami czy singlami. Dużą uwagę przykładam do kolejności utworów i staram się, aby w miarę możliwości - numery w jakiś sposób do siebie nawiązywały. Kolejność utworów to jest coś, co staram się rozpracowywać już na etapie dem.

Faktycznie z bliska wszystko potrafi zlać się w jedną, pstrokatą masę – dystans do wszystkiego jest wskazany, a nawet nieodzowny, niezależnie od sytuacji?

Tomasz Izdebski: Jest bardzo przydatny i chciałbym sobie kiedyś go wypracować. (śmiech)

Postanowiliście najwidoczniej kuć tak zwane żelazo, póki było gorące, skoro krótko po premierze debiutanckiego albumu i niewielu próbach poświęconych nowemu weszliście ponownie do studia?

Tomasz Izdebski: Osobiście jestem trochę jak w gorącej wodzie kąpany. Czułem, że jeżeli pojawiały się nowe, dobre pomysły, a jednocześnie odróżniały się mocno od debiutu i było ogólne wrażenie, że sporo rzeczy poszło do przodu - to czemu nie? Nie przewidzieliśmy tylko że z pół roku zaplanowanego na ogrywanie materiału pod studio, które mieliśmy już zaklepane, większość czasu wypadnie na ogarnianie przygotowań do pierwszych koncertów (dla mnie to był też debiut jako wokalisty na scenie, a tego bałem się najbardziej). Było nerwowo; po czasie przyznaję że to pewnie był błąd. No ale przynajmniej jest co poprawić następnym razem. (śmiech)

Pierwsza płyta powstawała w różnych studiach oraz miejscach i w niepełnym składzie. Teraz od początku postawiliście na współpracę z Magdą i Robertem Srzednickimi, mieliście już też stałego basistę. To zupełnie inny komfort pracy, kiedy nie trzeba myśleć o kilku sprawach jednocześnie, można skoncentrować się wyłącznie na nagrywaniu, etc.?

Tomasz Izdebski: Tak, przy „Colours Of Continuity” to była dobra decyzja, bo skupienie szło na dobre wykony i produkcję, a nie ciągłe backupowanie nagrań ze studia X a Y / domu czy synchronizację sesji między różnymi systemami lub dobór brzmienia. No i była też pewność, że jeżeli dany hi-hat czy werbel kompletnie nie sprawdzi się w miksie - doświadczony realizator wyłapie to od razu, a nie po trzech dniach nagrań. Natomiast jeśli jest dobra organizacja i trochę doświadczenia - metoda hybrydowa dom/studio też moim zdaniem może się sprawdzić. Dzisiaj mnóstwo rzeczy można jednak nagrywać w domu i nie oszukujmy się - z ogromną ulgą dla budżetu. Nagrywanie samemu ma tylko tę wadę, że nie ma wtedy osoby, która w pewnym momencie powie „stop - mamy już dobry wykon, nie ma potrzeby robić piętnastego take’a tej solówki” - na tym można czasem stracić mnóstwo czasu. Samemu łatwo też pogubić się w mnogości dostępnych muzykowi brzmień. Przykład - ostatnio poświęciłem cały weekend na znalezienie pasującego mi brzmienia gitary (korzystam z jednego z popularnych modelerów), przed tegorocznym sezonem koncertowym. Kładąc się spać w sobotę byłem przekonany że jest idealnie… po czym niedziela zeszła mi na odkręcaniu tych zmian, bo okazało się że brzmienie od którego zaczynałem było jednak lepsze (śmiech). To znana pułapka w świecie symulacji gitarowych.

Paradoksalnie to szybkie tempo pracy wyszło wam na zdrowie w tym sensie, że w marcu ubiegłego roku mieliście już zmiksowany materiał, więc kolejne lockdowny nie utrudniły przebiegu dalszych prac na nową płytą?

Tomasz Izdebski: Skończyliśmy w samą porę jeśli chodzi o covid, natomiast trochę bolało że płyta musi leżeć ponad rok bez premiery. Osobiście było to dla mnie frustrujące i bardzo mi ulżyło jak pierwszy singiel ujrzał światło dzienne. Ale nie było wyjścia - wydawanie jej w środku pandemii faktycznie nie miało żadnego sensu, co nieustannie tłukł mi do głowy Grzesiek. Wydawnictwo trzeba poprzeć koncertami, co właśnie mamy wielką przyjemność robić.

Pracowaliście więc w swoim tempie, żeby osiągnąć jak najlepsze rezultaty, bo przecież album to nie tylko muzyka, ale też oprawa graficzna, sesja zdjęciowa, teledyski, a to wszystko również musi być dopracowane, żaden z elementów nie może odstawać in minus, co potwierdziliście już przy okazji wydania „Patterns In Parallel”?

Grzesiek Mazur: Przy „Kolorach” zdecydowanie włożyliśmy dużo więcej pracy w całą oprawę albumu, trochę nam tego zabrakło przy pierwszym albumie, ale myślę że nadrobiliśmy to z dużą nawiązką.

Tym razem pracowaliście z Mateuszem Twardochem-Sienkiewiczem. Oprawa graficzna płyty to jego wizja, czy też pod tym względem również mieliście wszystko bardzo sprecyzowane?

Grzesiek Mazur: Do tematu okładki, jak i również sesji zdjęciowej czy teledysku, podeszliśmy w ten sposób, że my określiliśmy ramy w których osadzony jest cały koncept albumu, a resztę pozostawiamy wybranym przez nas artystom - to oni znają się najlepiej na swoim fachu, chcemy im zaufać i pozwolić by stworzyli coś w 100 % ich, co jednocześnie będzie się też bronić samodzielnie, w oderwaniu od muzyki, jako osobne dzieło. I tak też było z okładką - poza opowiedzeniem Mateuszowi o co chodzi w naszej płycie wrzuciliśmy tylko jedno wyraźne wymaganie - okładka ma się rzucać w oczy i iść na przekór utartemu standardowi gatunkowemu okładki smutnej czy czarno białej/melancholijnej. Z perspektywy czasu uważam że to był strzał w dziesiątkę i udało nam się w ten kolektywny sposób stworzyć kilka świetnych rzeczy.

Manekiny i kwiaty to ciekawe zestawienie, a do tego ten człowiek o barwnej twarzy, kryjący się pod popękanym plastikiem – z rozmysłem podsuwacie słuchaczom różne tropy interpretacyjne?

Grzesiek Mazur: Dokładnie tak, podobnie jest z tekstami - każdy z nich ma konkretne znaczenie, które przyświecało nam przy ich pisaniu, ale są napisane na tyle metaforycznie, że można je interpretować wielorako. Dzięki temu słuchacz, który wgryzie się w teksty czy naszą otoczkę, ma możliwość udziału w tworzeniu swojego doświadczenia - w końcu każda indywidualna interpretacja niesie pierwiastek wniesiony przez odbiorcę.

Sami nie bylibyście w stanie wydać tego albumu w tak efektownej formie – debiut był tylko zwykłym digipackiem, tu mamy obszerny digibook – stąd współpraca z Ambient Media House?

Grzesiek Mazur: Współpraca z Ambient Media House wzięła się przede wszystkim z tego, że musimy zaangażować więcej rąk do pracy żeby pójść dużo dalej dużo szybciej. Każdy z nas ma skończoną ilość czasu. Ja na przykład nie jestem w stanie jednocześnie tworzyć nowej muzyki, cwiczyć starej, przygotowywać się do koncertów, bookować koncertów, prowadzić szeroko rozumiany marketing i komunikację z prasą ,itd. Potrzebowaliśmy z jednej strony rozłożyć obowiązki proporcjonalnie po wszystkich członkach zespołu, jak i nawiązać współpracę z zewnętrznymi podmiotami, które już mają sieć kontaktów, czas i zapał - i oczywiście również dodatkowy budżet. A sam obszerny digibook to był dla nas must-have przy tym wydawnictwie. Dożyliśmy czasów ,że muzyki słucha się ze Spotify albo na koncertach, a jeżeli już ktoś kupuje fizyczny nośnik to głównie kolekcjonersko - uważamy więc, że wydanie fizyczne musi być najwyższej jakości i dawać coś ekstra - wydawanie po prostu wypalonej płyty w tekturowym pudełku to dużo za mało.

I to wszystko w czasach zauważalnej dominacji pojedynczych piosenek, kiedy mało kto ma czas czy chęci na słuchanie całych płyt, a jeszcze rzadziej zwraca uwagę na ich oprawę graficzną? Nie macie poczucia, że możecie dotrzeć tylko do tych najbardziej konserwatywnych fanów i zarazem prawdziwych pasjonatów muzyki, celebrujących słuchanie albumów, etc.?

Grzesiek Mazur: Jasne, póki co docieramy faktycznie do tych największych pasjonatów, ale my nie jesteśmy dinozaurami, słuchamy ton nowej muzyki i ciągle eksperymentujemy. Uważam że wnosimy pewną świeżość i mamy też coś do zaoferowania dla tzw. „casualowych” fanów muzyki - musimy się tylko tam lepiej przebić (śmiech). Jasne, większość ludzi słucha muzyki wyrywkowo, ale z drugiej strony niemal każdy na świecie słucha muzyki - dzisiaj tort jest większy, więc jego mniejszy kawałek to może być dla nas nadal cały wszechświat.

To chyba również swoisty znak czasów, że nawet fani muzyki podchodzą do niej powierzchownie, nie czytają tekstów, ale zawsze warto walczyć o zwrócenie uwagi kolejnych słuchaczy, stąd singlowe utwory „Most Favourite Trap” i „Scattered”?

Grzesiek Mazur: Do muzyki podchodzi się powierzchownie jak do wszystkich mediów - jest tego po prostu tak dużo, że mało komu starcza czasu na głęboką analizę pojedynczych albumów. A z drugiej strony muzyka jest dziś czymś mainstreamowym więc trafia na wszelkie grunty. I właśnie tutaj jest dzisiejsze wyzwanie - dzisiaj nagrać i wydać album jest banalnie prosto - sztuka to zainteresować nim ludzi. I nad tym dużo pracujemy - co zrobić, żeby zaciekawić, gdy każdy ma do wyboru tysiące innych zespołów.

Macie jakąś wiedzę na temat do kogo dociera muzyka Pale Mannequin? To raczej starsi słuchacze, osłuchani i wymagający, czy raczej młodsi ludzie, dopiero rozpoczynający swą przygodę z ambitnym rockiem?

Grzesiek Mazur: Obecnie zarówno po statystykach Spotify jak i koncertach widać, że docieramy do słuchaczy średniej lub starszej daty, ale nie brakuje też świeżej krwi. Zdecydowanie są to fani muzyki ambitnej.

Liczycie, że z nową płytą grono waszych zwolenników zwiększy się, szczególnie kiedy będzie już można wrócić do koncertowania?

Grzesiek Mazur: W momencie odpowiadania na to pytanie mamy już za sobą pierwsze dwa koncerty promujące nowy album i już widać że „Kolory” zrobiły nieporównywalnie więcej szumu niż „Wzorce”, to jest dla nas zupełnie nowy start, ta płyta już nam otworzyła wiele nowych drzwi… a my się dopiero rozkręcamy z promocją.
Generalnie jednak, zważywszy na „antymisję” mediów publicznych w dziedzinie promowania wartościowej muzyki, każdy artysta decydujący się na wykonywanie czegoś ambitniejszego, sam skazuje się niejako na niszę – warto jednak, pozostając rzecz jasna sobą, dążyć do tego, by była ona jak największa, bo przecież w żadnym razie nie jest tak, że ludzie nie słuchają już choćby rocka progresywnego czy jazzu, mimo tego, że raczej nie usłyszymy ich w komercyjnych stacjach?

Grzesiek Mazur: Paradoksalnie uważam że bycie niszowym jest czymś pozytywnym. Jak coś jest dla wszystkich, to jest dla nikogo - gdzieś musimy się zaczepić, skąd będziemy dalej rosnąć. Zaczynamy w dosyć ciasnym poletku polskiego prog rocka, ale już teraz powoli z niego wychodzimy, robiąc lekki skok w bok. A jak już wcześniej było wspomniane - prog rock to przede wszystkim bardzo lojalni i zaangażowani słuchacze, to wspaniałe miejsce do gorącego startu .

Macie więc jasno wytyczony cel – tworzyć coś, co dostarcza wam satysfakcji, a do tego sprawić, by ta muzyka docierała również do zainteresowanych nią osób, a każda płyta jest swoistym etapem tego procesu?

Grzesiek Mazur: Tak, nasz cel to tworzyć muzykę która sprawia frajdę i dostarcza przeżyć zarówno nam jak i słuchaczom, ale to chyba taki truizm, każdy tak mówi. Jeśli miałbym wskazać to co potencjalnie nas wyróżnia to faktyczne mocne skupienie na tym jak nas ci słuchacze odbierają (kolory, scenografia, stroje, mieszanka stylów muzycznych). Nie tworzymy muzyki „po prostu” ale patrzymy na nią z punktu widzenia odbiorcy. A gdzie to nas zawiedzie na trzecim, czwartym czy piątym albumie? Przekonacie się. (śmiech)

Wojciech Chamryk

140_fatum-158x600-singiel.png 141_evil158x600.gif 143_kata_158x600 kopia.jpg 139_gojira_158x600 kopia.jpg 142_sepultura158x600.gif

Goście

3695301
DzisiajDzisiaj492
WczorajWczoraj597
Ten tydzieńTen tydzień3102
Ten miesiącTen miesiąc11460
WszystkieWszystkie3695301
3.238.95.208