Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 80sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

katatoniaaak 2 m

accept posterb1yyy m

helloween i hammerfallzzz m

vdgg plakat nowe daty m

steelpanther 2022pol m

 

„Powrót legendy” (Schismopathic)

           

– Chcieliśmy grać jeszcze ostrzej, szybciej i głośniej – mówi o początkach Schismopathic w latach 80. gitarzysta Robert Feledyk. Wtedy zespół nie zdołał wydać debiutanckiego albumu, chociaż nawet go nagrał, po czym w 1991 roku rozpadł się. Robertowi i basiście Jackowi Bilińskiemu nie wystarczał jednak status kultowej grupy grindcore z przeszłości, stąd niedawna reaktywacja Schismopathic, z udziałem wokalisty Adriana Pełki i perkusisty Artura „Janka” Jasińskiego. Mimo upływu lat chłopaki wciąż łoją jak się patrzy, a ich powrotny i zarazem debiutancki album „The Human Legacy” to kawał świetnego grania.

               

HMP: Poważni, stateczni ludzie, ojcowie rodzin, etc., etc. Po co więc wam ten zespół, do tego taki niepoważny, grający grindcore – ani z tego pieniędzy, ani szacunku, jakim cieszą się szansoniści znani z festynów czy ze srebrnego ekranu, do tego przy niedzielnym obiedzie rodzinnym wujkowi czy innej cioci też nie da się pochwalić taką muzyką – nic, tylko misja samobójcza, ale wy to, zdaje się, po prostu lubicie? (śmiech)

Robert Feledyk: No właśnie, bo to po prostu lubimy (śmiech)! Dla każdego z nas granie grindcore jest w pewnym sensie spełnieniem własnych potrzeb i sposobem na realizację własnych pomysłów – nie musimy też się specjalnie przejmować czy to się komuś spodoba, czy nie.

Schismopathic, jeszcze pod nieco inną nazwą, powstał w roku 1987. Co sprawiło, że postawiliście wtedy akurat na takie ekstremalne dźwięki, nie na tradycyjny heavy, thrash czy choćby death metal?

Robert Feledyk: Inspiracją do grania takiej muzy była raczej fascynacja Napalm Death czy Agathocles i  Terrorizer, to było wtedy coś zupełnie innego. W tamtych latach dla większości znajomych Metallica była ostrym zespołem, my chcieliśmy grać jeszcze ostrzej, szybciej i głośniej.

Dzięki temu możecie poszczycić się mianem pionierów polskiego grindu, twórców demo „Kharkharamapathic Regurgitator” i zespołu sporo na przełomie lat 80. i 90. koncertującego. Coś jednak poszło nie tak, skoro nagrany wtedy album „D.E.M.O.C.R.A.C.Y.” ukazał się dopiero w roku 2013, na kompilacji „Two Parts Of World Misunderstanding”?

Jacek Biliński: Jak piszesz, było całkiem spore zainteresowanie naszym demem „Kharkharamapathic Regurgitator” i udało nam się wtedy trochę pograć, choć wydaliśmy ten materiał sami, jak zdecydowana większość kapel w tamtych czasach. Po nagraniu „D.E.M.O.C.R.A.C.Y.” rozeszły się po prostu nasze drogi. Niespecjalnie chcemy się wypowiadać na tamte tematy, minęło tyle lat, że tak naprawdę trudno dziś wskazać jedną przyczynę naszego rozpadu. Po rozpadzie każdy zaczął żyć własnym życiem i nikt nie miał na tyle chęci, żeby próbować coś zrobić z tym materiałem. Dopiero po latach dzięki Sebastianowi Rokickiemu (Antigama) stare nagrania ujrzały światło dzienne najpierw na CD, a później dzięki Karolowi (Selfmadegod Records) na winylu. Tak naprawdę to, że te materiały się ukazały to zasługa właśnie Sebastiana, który po tylu latach odszukał te stare nagrania i ogarnął to tak naprawdę sam. Wierz nam, nasza zasługa w tym wydawnictwie była tak naprawdę żadna – poza nagraniem dwadzieścia kilka lat wcześniej tego materiału.

Można jednak zaryzykować stwierdzenie, że Robert Guła przyczynił się wtedy do rozpadu zespołu, a fakt, że Robert Feledyk musiał w tym czasie odbyć, wtedy obowiązkową, jeśli nie udało się wymigać, służbę wojskową, tylko ten fakt przyspieszył i w roku 1991 było już po Schismopathic?

Jacek Biliński: Jak wspomnieliśmy po tylu latach ciężko wskazać jedną przyczynę rozpadu. Na pewno Robert Guła był jednym z motorów napędowych naszej działalności i odpuszczenie przez niego tematu miało spore znaczenie. Ale nie ukrywajmy, gdybyśmy sami chcieli i mieli więcej samozaparcia moglibyśmy pewnie dalej działać bez Roberta G. I nawet obowiązkowa służba wojskowa, praca czy rodziny nie byłyby przecież przeszkodą. Nasz rozpad był raczej efektem wielu czynników i chyba tak po prostu musiało być.

Nie próbowaliście wznowić wkrótce po tym działalności w zreformowanym składzie, uznaliście, że czas grindu i Schismopathic minął bezpowrotnie?

Robert Feledyk: Każdy po prostu zajął się własnym życiem, niezwiązanym z muzyką, tym bardziej z muzyką ekstremalną. Żaden z nas specjalnie nie roztrząsał tematu zespołu, grindocre pozostał w sercu i głowie, ale już z pozycji słuchacza i obserwatora. Tylko Jacek przez chwilę po rozpadzie próbował coś grać, ale też dość szybko porzucił temat.

Coś jednak musiało wydarzyć się w roku ubiegłym, skoro po 29 latach przerwy zespół wznowił działalność – kolejne lockdowny musiały bardzo dawać się wam we znaki, w domu już nie szło wytrzymać? (śmiech)

Robert Feledyk: Inspiracją do powrotu do grania było wydanie wcześniej wspomnianych kompilacji starych nagrań na „Two Parts Of World Misunderstanding”. Jakby nie patrzeć to Sebastian Rokicki jest głównym winowajcą tego wszystkiego, bo to dzięki niemu po latach się skontaktowaliśmy ze sobą (Jacek i Robert) i postanowiliśmy coś spróbować. Jeśli być precyzyjnym to pierwsze próby z Jankiem za bębnami i Adrianem na wokalu były jeszcze w połowie 2019 roku, a wcześniej bo jeszcze w 2018 roku robiliśmy pierwsze podejścia do grania z Sebastianem Stecykiem na bębnach. W roku 2020 zaczęliśmy nagrywać sobie ten materiał i tak naprawdę kolejne lockdowny powodowały raczej wydłużenie czasu tego nagrania i kompletną blokadę koncertów, co chyba wszyscy odczuliśmy najbardziej.

Było was na początku tylko dwóch – na studyjny projekt aż nadto, ale na prawdziwy zespół zdecydowanie zbyt mało, stąd poszukiwania perkusisty i wokalisty, skoro Robert nie wchodził w grę?

Jacek Biliński: W kwestii grania wiedzieliśmy od razu, że potrzebujemy bębniarza i wokalisty, dlatego od samego początku zastanawialiśmy się z kim pogadać. Co prawda we dwójkę zaczęliśmy tworzyć pojedyncze numery, ale w głowie mieliśmy cały czas, że musimy znaleźć wokal i bębniarza. I jak już wspomnieliśmy – pierwsze próby zaczęliśmy grać z Sebastianem Stecykiem, ale z uwagi na jego inne projekty i zobowiązania musieliśmy się rozejrzeć za kimś innym. Temat Roberta Guły po reaktywacji nie był w ogóle rozpatrywany.

Ponoć próbowaliście zwerbować Sonię z Psychoneurosis, ale był już wtedy bardzo chory – tyle, że polecił wam perkusistę,  Artura „Janka” Jasińskiego i był to strzał w 10?

Jacek Biliński: Tak, mieliśmy taki plan, niestety Sonia już wtedy chorował i nie był w stanie nas wesprzeć. I tak jak piszesz to Sonia właśnie polecił swojego bębniarza z Psycho. Zadzwoniliśmy do Janka i zgodził się spróbować, więc zaczęliśmy wspólnie grać i zaczęło to nabierać kształtu. Tak, z Jankiem był to strzał w 10. (śmiech)
A jak do składu trafił Adrian Pełka? Nie było bliżej nikogo sensownego, potrzebny był więc transfer aż z Warszawy?

Jacek Biliński: Grając już z Jankiem próby rozglądaliśmy się za wokalem, ale niespecjalnie były pomysły z kim pogadać. Prawda jest taka, że do grania tego rodzaju muzyki nie ma zbyt wielu chętnych. I tak naprawdę przez przypadek na pewnej imprezie u Piastola („Infernal Death” zine) przy piwie Robert zagadał z Adrianem, lub Adrian z Robertem (nie pamiętamy szczegółów - śmiech) i w ten sposób Adrian trafił do składu.

Czym jest dla was dołączenie do Schismopathic, zespołu, było nie było niezwykle ważnego dla naszej, a pewnie i nie tylko, sceny ekstremalnej, można rzec, że w pewnych kręgach kultowego?

Artur „Janek” Jasiński: Dołączając do jakiegokolwiek zespołu nigdy nie miały dla mnie większego znaczenia ich wcześniejsze dokonania. Oczywiście trudno, działając w tej scenie tyle lat, nie znać pierwszej demówki Schismopathic i było mi bardzo miło, kiedy chłopaki zaproponowali współpracę. Dla mnie jednak najważniejsze zawsze w graniu w kapeli było to z kim gram, jakimi są ludźmi we „współżyciu” (śmiech) kwestie łatwego dogadania się na próbach i zaangażowania w realizacji wspólnego celu. Moje dołączenie do Schismopathic to głównie wina Soni, który dał chłopakom namiary na mnie. Początkowe próby zbiegły się w czasie z jego poważną chorobą i smutnym końcem Psychoneurosis i nie był to dla mnie łatwy czas. Zaimponowała mi determinacja Jacka i Roberta, ich zaangażowanie i naprawdę duże chęci grania prób, robienia nowego materiału – grając w różnych zespołach nie pamiętam takiej intensywności grania prób, zwłaszcza na etapie tworzenia materiału – i pomimo, że na początku trochę trudno nam się było zgrać, to sporo się też nauczyłem.

Adrian Pełka: Powiem tak: widziałem koncert Schismopathic w Kielcach chyba w 1989 roku. Pamiętam to jak przez mgłę, ale zniszczenie było wtedy całkowite i wrażenie pozostało na długo. Miałem 15 lat i nawet do głowy by mi nie przyszło, że kiedyś będę częścią tego zespołu. Tymczasem jestem i jest świetnie. Schismopathic ma piękną historię, ale jak wyżej wspomniał Janek liczy się to, czym ten zespół jest teraz. Nie jedziemy na starych patentach, które sprawdzały się 30 lat temu, idziemy do przodu, jednak bardzo szanujemy przeszłość i na pewno jest ona obecna w naszej muzyce w większym, lub mniejszym stopniu.

Od początku mieliście założenie, że ma to być powrót z prawdziwego zdarzenia, którego efektem ma być premierowy, długogrający materiał, dlatego sukcesywnie pracowaliście nad nowymi numerami? Było wam trochę „łyso”, że kiedyś skończyliście bez albumu, chcieliście to koniecznie nadrobić?

Robert Feledyk: Pewnie, że było nam trochę szkoda, ale przeszłość została w przeszłości i nie ma co tego rozpamiętywać. Powrót do grania związany był od razu z chęcią stworzenia czegoś nowego, na próbach nie graliśmy wcale starych numerów, tylko robiliśmy nowe kawałki. Początkowo nie zamierzaliśmy nawet wracać do nazwy Schismopathic, miało to być coś nowego, co oczywiście będzie nawiązywało muzycznie i brzmieniowo do starych czasów. Jednak po pewnym czasie uznaliśmy z Jackiem że właściwie czemu nie wrócić pod starym szyldem. Reszta chłopaków też nie miała z tym problemu. Natomiast celem od samego początku było zrobienie, nagranie i wydanie  albumu. No i się udało. (śmiech)

„Proof Of Ignorance” to nowa wersja utworu „Construction Of Ignorance” sprzed lat, tyle, że przeaaranżowanego i z nowym tekstem – dlaczego wyróżniliście w ten sposób akurat ten numer?

Jacek Biliński: Robert ma jakąś słabość do tego numeru i go zaproponował, przy czym gitarowo jest to wersja oryginalna, a nie ta nagrana później w ramach „D.E.M.O.C.R.A.C.Y.” Janek zrobił do tego bębny po swojemu, no i powstał nowy tekst. Myślę, że numer pasuje do najnowszego materiału i było to puszczenie oczka w stronę starych czasów.

Minimalizm w sferze kompozycji i ich aranżacji jest dla was z jednej strony czymś niewątpliwie pozytywnym, wpisuje się w pewien kanon, ale z drugiej może też ograniczać, stając się po prostu kolejnym schematem. Jak z tym walczycie, o ile w ogóle? (śmiech)

Robert Feledyk: Walczymy tylko z systemem (śmiech), nie zastanawiamy się nad schematami w naszej muzyce. Robimy to tak, jak czujemy. W żaden sposób nie próbujemy być na siłę oryginalni. I albo się to komuś podoba, albo nie; jeśli nie, trudno, nam się w każdym razie podoba.

Generalnie więc nie kombinowaliście, miało być oldschoolowo i klasycznie? Brzmienia też nie unowocześnialiście na siłę, chociaż nie da się nie zauważyć, że przez 30 lat technika, nie tylko studyjna, poszła mocno do przodu?

Jacek Biliński: Zdecydowanie sposób nagrywania zmienił się, możliwości zabawy brzmieniem, ustawieniem poziomów i w ogóle wszystko zmieniło się diametralnie. Daje to duże możliwości i oczywiście wykorzystaliśmy podczas nagrania obecne technologie. Muzycznie numery wyszły tak jak wyszły i właściwie nie zastanawialiśmy się robiąc materiał czy jest oldschoolowy, po prostu tak wyszło. Brzmieniowo chcieliśmy wszyscy, żeby tak to właśnie brzmiało. Najtrudniej było przekonać Małego, który nam to nagranie ogarniał, że tak ma to chodzić. No i wyszło podobno oldschoolowo. (śmiech)

Funkcjonowanie zespołu w roku 1989 a 2021 – da się to w ogóle porównać? Ręczne odpisywanie na wywiady do zinów, cała korespondencja, szukanie ksero, kopiowanie kasetowych demówek – ludzie nie znający świata bez internetu czy telefonów komórkowych pewnie bardzo by się zdziwili, jak to kiedyś wyglądało?

Robert Feledyk: Nie da się porównać tego z dzisiejszymi możliwościami. To o czym piszesz miało oczywiście swój urok i fajnie było to przeżyć. Kolejki na poczcie, dojścia do ksero, smarowanie znaczków itd. – dla wielu młodych ludzi to niewyobrażalne. Dziś świat działa dużo szybciej, czasem chyba zbyt szybko i trudno nadążyć. Z jednej strony fajnie, że możesz komunikować się szybko z ludźmi na całym świecie, nie czekasz tygodniami na listy. Jest też dużo więcej wydawnictw, dostęp do muzyki z całego świata za jednym kliknięciem jest tak naprawdę nieograniczony. Z drugiej strony nie ma już takich więzi między ludźmi, łatwo dziś siedzieć przed ekranem i wszystko krytykować i wylewać swoje żale do świata. Porobiły się też dziwne podziały na scenie, które trudno mi zrozumieć. Dla nas jednak w tym wszystkim muzyka jest najważniejsza.

Czyli wciąż funkcjonujecie w podziemiu, ale obecnie jest jednak zdecydowanie łatwiej? Sama sesja nagraniowa w czasie pandemii również była wyzwaniem? Gdyby nie koronawirus uwinęlibyście się pewnie ze wszystkim znacznie szybciej, a tak trzeba było pracować etapami?

Jacek Biliński: Jest łatwiej pod względem organizacyjnym, mamy ze sobą stały kontakt dzięki komunikatorom i telefonom komórkowym, więc łatwiej się organizować. Pandemia wpłynęła pewnie w jakiś sposób na sesję nagraniową, ale też nam się specjalnie nie spieszyło, więc spokojnie robiliśmy swoje. Nie wyznaczaliśmy sobie żadnych terminów, no może pod koniec chcieliśmy żeby już to mieć gotowe. Oczywiście działamy w podziemiu, ale robiąc to co robimy chyba nie bardzo można inaczej (śmiech). I jest nam tak dobrze, bo możemy robić swoje po swojemu bez spinki.

Pamiętam, że te sesje przebiegały z problemami, bo trzeba było na przykład ponownie nagrywać partie wokalne, ale koniec końców wszystko potoczyło się zgodnie z planem?

Robert Feledyk: Nie pamiętam większych problemów, wszystko było rozłożone w czasie, bo każdy ma swoje życie i swoje obowiązki. Mały, który nas nagrywał, też ma swoje życie i nie żyje z nagrywania, więc musieliśmy cierpliwie się umawiać i w wolnych chwilach działać. Trochę Janek namieszał, bo pewne rzeczy nagrał w szybszych tempach niż przyzwyczaiłem się je grać na próbie, więc podczas nagrań trzeba było zapierdzielać po gryfie. Wokale też w większości układaliśmy już podczas nagrania tak, aby to dobrze siedziało. Nie mieliśmy ostatecznego terminu kiedy to musi być gotowe, więc skończyliśmy wszystko tak szybko, jak się dało, ale bez większego ciśnienia.

To w sumie wasz pierwszy album z prawdziwego zdarzenia, bo trudno za taki uważać kompilację archiwalnych materiałów – tym większa była radość, że udało się tego dokonać?

Jacek Biliński: Wiadomo, zawsze można było coś zrobić lepiej, ale mamy chyba sami dużą satysfakcję z tego nagrania. Wyszło tak jak chcieliśmy, no i bardzo się cieszymy, że Karol zgodził się to wydać u siebie.

CD „The Human Legacy” ukazał się dzięki Selfmadegod Records, co nie zaskakuje, ale wiele zrobiliście przy nim sami, choćby przy oprawie graficznej – zasada DIY wciąż jest na czasie?

Robert Feledyk: Tak, jak już wspomnieliśmy cieszymy się że Karol nam to wydał, sami wcale nie byliśmy pewni czy to jest możliwe, zgłosiliśmy się do niego dopiero jak już materiał był na ukończeniu. Co do okładki - Janek sam zaproponował, że spróbuje to ogarnąć i przygotował kilka projektów. Wybraliśmy tak naprawdę pierwszy który nam podesłał, resztę też sam wykombinował, chociaż nie jest grafikiem i robił to chyba pierwszy raz. Wiem, że ma satysfakcję z efektu końcowego, co też jest bardzo dla nas ważne. Nie było dzięki temu żadnych problemów z tłumaczeniem komuś o co nam chodzi, szukania kogoś do tego i płacenia za to. Grindcore to jednak mocno niszowa scena, zwłaszcza w Polsce. Mieliśmy też wsparcie Sebastiana Stecyka, który ogarnął nam zajawkę wideo i klipa do „Time Of History” promującego album. Robiąc to też sam się uczył i mamy to po koleżeńsku, za co i jemu jesteśmy bardzo wdzięczni, bo wyszło według nas zajebiście. Drugiego klipa do „Vote For Me” zrobił sam Janek według pomysłu Jacka, więc nawet w tych tematach ogarniamy wszystko DIY.

To ludzkie dziedzictwo nie wygląda najlepiej, nie tylko na okładce waszej płyty. Faktycznie mamy teraz taki bal na śmietnisku życia, może to być nawet ostatni taniec ludzkości. Wygląda jednak na to, że mało kogo to obchodzi, bo ludzie koncentrują się na promocjach typu „4 w cenie 6”, na posiadaniu najnowszego modelu smartfona czy czego tam jeszcze?

Jacek Biliński: Tak, to jest generalnie olbrzymi problem ludzkości. Zaśmiecamy planetę bezmyślnie napychając portfele „możnym” tego świata. I tak jak napisałeś, ludzie nie zastanawiają się dlaczego tyle tego wszystkiego jest na wyciągnięcie ręki, dlaczego ludziom wmówiono, że czegoś niezbędnie potrzebują, najlepiej najnowszego modelu, choć poprzedni jeszcze całkiem dobrze działa. Dlaczego wszystko jest jednorazowego użytku, ludzie nie patrzą na skutki środowiskowe dla przyszłych pokoleń. W tym samym duchu wychowują swoje dzieci, kolejne pokolenia bezmyślnych konsumpcjonistów. Z pewnością kiedyś ludzkość przejrzy na oczy, obawiam się jednak, że będzie już dla niej za późno.

Stąd na płycie takie teksty jak „Faithful Slaves Of The System” czy „Vote For Me”, potwierdzający, że takich wyborców nader łatwo omamić czy ogłupić obietnicami bez pokrycia?

Robert Feledyk: To, że politycy to banda kłamców, patrząca tylko na to, żeby się dorobić na państwowym, wiedzą wszyscy. Robią to wespół z władzami kościelnymi, omamiając społeczeństwo obietnicami bez pokrycia, w razie potrzeby budząc w ludziach uśpione fobie. I skoro już sami politycy tego nie ukrywają, co jest chyba najlepszym świadectwem ich intencji. Żeby była jasność: mam na myśli generalnie całą klasę polityczną, ze wszystkich opcji – i tych z prawa, i z lewa, i tych ze środka. To samo tyczy praktycznie każdej religii. Trudno żyć w tym kraju i spokojnie na to patrzeć, niestety nie widać, aby miało się to zmienić na lepsze w najbliższych latach. Chyba potrzebna jest zmiana pokoleniowa.

Odbiór muzyki bardzo zmienił się w ostatnich kilkunastu latach, nie wygląda już tak, jak na przełomie lat 80. i 90. Z waszej perspektywy to dobrze czy źle, macie jeszcze dla kogo grać?

Jacek Biliński: Mamy pełną świadomość tego, że muzyka, którą robimy to muzyka dla starych ludzi (śmiech). Oczywiście jest trochę młodszych słuchaczy tego hałasu (czyli takich przed 40-stką hehe), ale nie ukrywajmy, na koncertach grindcorowych, ale też metalowych czy punkowych raczej widzimy swoich rówieśników, ewentualnie ludzi jedynie kilka lat młodszych. Nastolatków w ogóle nie uświadczysz, dwudziestolatków pojedyncze osoby. Młodzi ludzie mają dziś inne sposoby wyrażania swojego buntu, spędzają całe dnie i noce przed komputerami, tam mogą znaleźć teoretycznie wszystko czego potrzebują. Jak do tej pory zagraliśmy jeden koncert, więc na własnej skórze jeszcze nie sprawdziliśmy średniej wieku słuchaczy naszej muzyki w Polsce.

Właśnie, niedawno zagraliście pierwszy koncert od reaktywacji. Nie dość, że udany, to w dodatku za granicą, bo podczas festiwalu Obscene Extreme 2021 – nie mogło być lepiej?

Robert Feledyk: Tak, bardzo się ucieszyliśmy, gdy dostaliśmy od Curby’ego propozycję i oczywiście zgodziliśmy się bez wahania. Obscene Extreme to genialny festiwal i nawet przy pewnych ograniczeniach covidowych było parę tysięcy osób. Chyba nie mogliśmy lepiej trafić na pierwszy występ po tak długiej przerwie. Chociaż szkoda, że nie mogliśmy wcześniej się gdzieś sprawdzić na mniejszym koncercie, bo może bylibyśmy trochę mniej zestresowani (śmiech). Myślę, że nie wyszło źle, trochę osób mówiło po koncercie, że było dobrze, więc chyba daliśmy radę. Mamy nadzieję, że nie był to ostatni występ, pomału pojawiają się jakieś propozycje, choć jeszcze nic na 100% nie mamy potwierdzonego. Wiem, że niektóry się zastanawiali czy planujemy w ogóle koncertować.

Postawiliście pewnie na najnowszy materiał, który zagraliście tak ostro, że nawet nie wykorzystaliście przydzielonych 30 minut? (śmiech)

Jacek Biliński: (śmiech), tak się zestresowaliśmy, że zagraliśmy wszystko dwa razy szybciej (śmiech). Nie chcieliśmy też za długo przynudzać i zmuszać ludzi do oglądania naszych zmarszczek (śmiech). A tak poważnie, zagraliśmy całą nową płytę bez jednego numeru i dorzuciliśmy trzy stare numery z „Kharkharamapathic Regurgitator”. Te dwadzieścia parę minut w tego rodzaju graniu jest według nas w sam raz. Jak zrobimy kolejny materiał, to pewnie z setu wyrzucimy coś, żeby czasowo zamykało się to w tym samym czasie.

Adrian, dla ciebie wyjazd do Czech to była niezła przygoda, nie tylko z racji tego, że miałeś zadebiutować w Schismopathic?

Adrian Pełka: Tak, przygoda była zaiste cudowna… Musiałem zrobić sobie testy na covid, ponieważ był taki wymóg w Czechach. Nie chciałem jednak płacić za nie 200 zł, więc zrobiłem te testy na covid via NFZ i już podczas rejestracji zostałem skierowany na kwarantannę - o której dowiedziałem się od szefa, który „wygonił mnie” z pracy. Na wyniki czekałem 24 godziny, po których zacząłem dzwonić do laboratorium z pytaniem gdzie się one podziewają, ponieważ za dwie godziny mam pociąg, a na stronie www., gdzie miały być po maksymalnie 24 godzinach, nie ma nic. Okazało się, że z kilkudziesięciu tysięcy testów, jeden nie przeszedł przez system. Zgadnij czyj? Wysłali mi wynik mailem, ale wciąż nie było go w systemie. Nie zdążyłem go jednak wydrukować - zgrałem więc na pendrive i pognałem na pociąg. Gdy ten ruszył, dostałem SMS-a z automatu: „Jesteś na kwarantannie, twoim ustawowym obowiązkiem jest...”, itd. Wtedy pomyślałem sobie, że przecież na imiennym bilecie na ten pociąg mam kod QR i jak kanar będzie sprawdzał bilety - na bank mu ten czytnik zawyje, że oto ktoś łamie kwarantannę, wpadnie policja i będę miał przejebane. Kwit zaświadczający o wyniku negatywnym mam przecież nie wydrukowany... I teraz tak: pociąg zatrzymał się pod Grodziskiem. Zerwana trakcja - podstawiają pendolino dla części pasażerów jadących w stronę Krakowa. Opóźnienie ponad dwie godziny... czyli nie będzie mnie na ostatniej próbie przed koncertem... Jednak w tym całym zamieszaniu nikt nie sprawdzał w końcu biletów i dojechałem do Sosnowca bez przeszkód. SMS-y, że jestem na kwarantannie, że policja może sprawdzić czy jestem w miejscu zamieszkania - przychodziły regularnie podczas mojego pobytu w Czechach - aż do poniedziałku. A co ciekawe: na miejscu nikt niczego nie sprawdzał, ani na granicy, ani na festiwalu, ani w hotelu... nikt też nie nosił maseczek. Tak więc wyjazd kosztował mnie kupę nerwów, ale w dalszej perspektywie było warto, bo finalnie wszystko się udało.

Covid więc was nie powstrzymał, a co dalej? Nową płytą potwierdziliście, że nie jesteście weteranami odcinającymi kupony od przeszłości, przygotowaliście teledysk do „Vote For Me”, teraz przydałoby się popromować „The Human Legacy” na żywo?

Robert Feledyk: Dzięki za miłe słowa, „The Human Legacy” zbiera całkiem niezłe opinie, więc cieszymy się. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że materiał nie będzie się każdemu podobał, ale generalnie jego odbiór jest pozytywny. Chcielibyśmy teraz trochę pograć na żywo, więc liczymy na sensowne propozycje i mamy nadzieję, że znowu na jesień wszystkiego nie pozamykają, bo już słychać o czwartej fali pandemii. Mamy w zanadrzu jeszcze jeden klip, który się pewnie pojawi za jakiś czas.

Macie dalsze plany co do funkcjonowania zespołu, pójścia za ciosem z kolejnym wydawnictwem, czy jest jeszcze za wcześnie na takie deklaracje, czas pokaże jak się to wszystko ułoży i potoczy?
Jacek Biliński: Tak, mamy plany co dalej i pomału zabieramy się za kolejny materiał. Mamy na niego pomysł i myślę, że parę osób może być zaskoczonych. Ale też nie narzucamy sobie żadnych terminów, po prostu w wolnych chwilach będziemy pomału pracować. Jak już sobie ogramy wszystko, to zabierzemy się za rejestrację dźwięków. Na pewno będziemy na profilu FB na bieżąco wrzucać krótkie zajawki z prób, więc zachęcam do śledzenia naszych poczynań. (śmiech) Dzięki za zainteresowanie zespołem i wywiad. Do zobaczenia gdzieś na koncercie!

Wojciech Chamryk

142_sepultura158x600.gif 144_hmpbanner.jpg 141_evil158x600.gif 143_kata_158x600 kopia.jpg 139_gojira_158x600 kopia.jpg 140_fatum-158x600-singiel.png

Goście

3723048
DzisiajDzisiaj1117
WczorajWczoraj1709
Ten tydzieńTen tydzień5868
Ten miesiącTen miesiąc24501
WszystkieWszystkie3723048
3.237.16.210