Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 84sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

lamb of god kreatorpw m

crystal viperbs m

beast in blackpw m

helliconx metal festival 2023nwpskx m

helstarbs m

soilwork i kataklysmpw m

metal hammer festival 2023knl m

hard rock heroes festival 2023 1nwpskx m

blind guardian plakatnwpskx m

„Nie tylko jurrasic punk” (Hypnosaur)

           

Debiutancki album warszawskiego Hypnosaura ucieszy wszystkich zwolenników konkretnego rocka w nieszablonowym ujęciu. Do tego „Doomsday” wymyka się  jednoznacznym ocenom, mamy bowiem na tej płycie i hard rocka, i glam czy wręcz punk, ale też momenty iście progresywne czy psychodeliczne. Wszystko to łączy się jednak w dopracowaną i wyjątkowo spójną, chociaż przy tym różnorodną, całość. Dzieje się tak dlatego, że jak zauważa Bartosz Kulczycki, siłą Hypnosaura jest to, że nie próbuje brzmieć jak jakikolwiek inny zespół.

                                         

HMP: Pamiętam z dzieciństwa jaką sensacją były wysłanie 45 lat temu w kosmos pozłacanych 12” płyt z informacjami i muzyką dla pozaziemskich cywilizacji. Taki news w PRL-u to faktycznie był kosmos, bo jeszcze pod koniec następnej dekady pisano u nas w fachowych publikacjach o cyfrowych płytofonach, to jest o odtwarzaczach CD. A tu proszę, wchodzę na stronę Hypnosaur i dowiaduję się, że jest rok 13 993 311, po czym zauważam, że wasz debiutancki album „Doomsday” w wersji fizycznej ukazał się tylko na winylu – lepszego nośnika, szczególnie dla takiej muzyki, nigdy nie wymyślono, stąd ten wybór, mimo upływu aż tylu lat? (śmiech)

Marcin Jastrzębski: Chyba nie jest tajemnicą, że winyle wróciły i od paru lat sprzedają się lepiej niż CD. Ja sam od paru lat przerzuciłem się wyłącznie na nie, bo są duże, bardziej efektowne, a w wielu przypadkach (zwłaszcza starych nagrań) też dużo lepiej brzmią. Patrząc na trendy stwierdziliśmy, że i tak znaczna większość słuchaczy zostanie przy streamingach, a winyl jest jednak fajną, kolekcjonerską rzeczą. A CD w razie wielkiego zainteresowania zawsze możemy dorobić – szybciej i taniej niż LP.

Co więc z poczciwą, jeszcze nie tak dawno będącą uosobieniem niesamowitej nowoczesności, płytą CD? Dla was jako słuchaczy czy generalnie w waszym środowisku, to już przeżytek, jakiś zabytek z lamusa bez większego znaczenia? Nie macie odtwarzaczy, nie kolekcjonujecie srebrnych krążków, liczy się tylko streaming i winyl?

Marcin Jastrzębski: Jak wspomniałem wcześniej, ja osobiście przerzuciłem się w 100% na streaming i winyle, CD mam z dawnych lat pewnie ok. 600-700 szt. i nie mam zamiaru się ich pozbywać, ale jednocześnie uważam, że ich czas minął.

Bartosz Kulczycki: Niektóre serwisy streamingowe oferują jakość CD, a i mało kto słyszy różnicę między CD a dobrym MP3. Mam wrażenie, że dzisiaj z CD jest tak samo jak odbiornikami FM – potrzebujesz ich tylko jeśli masz samochód bez możliwości podpięcia telefonu. A winyl ma swoje zalety, których cyfrowe twory nie zrekompensują.
Kaseta również nie wchodziła w grę, zależało wam na tym klasycznym, szlachetnym nośniku, uparliście się i jest? Dodam przy okazji, że wielokrotnie miałem do czynienia z czarnymi płytami brzmiącymi bardzo sterylnie, niczym CD, ale „Doomsday” daje radę – domyślam się, że pewnie z tej racji, iż mastering materiału, etc., od razu robiliście z myślą o tej właśnie wersji?

Marcin Jastrzębski: Kaset akurat nigdy nie lubiłem. Pamiętam jeszcze w dzieciństwie tę walkę z rwącą się taśmą, przewijaniem ołówkiem (co dla obecnych pokoleń jest memem) czy walkmany, które nie miały funkcji przewijania do tyłu (tylko fast forward). Do dziś tego nie pojmuję – żeby posłuchać numeru dwa razy, trzeba było przewinąć całość do przodu, do końca. Chwilowa moda na kasety jest więc dla mnie zupełnie niezrozumiała.

Bartosz Kulczycki: To ja tak traumatycznych wspomnień z kasetami nie mam. Mam do nich duży sentyment, do zgrywania albumów z CD na kasety żeby móc słuchać na walkmanie, do tworzenia składanek, a moje walkmany przewijały też wstecz. Raz w życiu mi się taśma wkręciła w magnetofon, ale miałem 8 lat i to była kaseta Liroya – podejrzewam, że to mogło być celowe działanie moich rodziców. Ale czas kaset zdecydowanie minął.

Marcin Jastrzębski: Co do masteringu, tak - Haldor Grunberg, który miksował i przygotowywał cały materiał przygotował osobne wersje – digital, winyl i pod ewentualne nagranie CD. Jesteśmy zresztą najbardziej zadowoleni z brzmienia winyla i uważamy, że w tej wersji „Doomsday” brzmi najlepiej.

W sumie mając taką okładkę spod ręki Rafała Wechterowicza też by mi zależało na czymś takim jak duży, 12” format okładki, pominąwszy już wszelkie inne, czysto muzyczne okoliczności – jak doszło do waszej współpracy?

Marcin Jastrzębski: Tak jak mówisz, to też kolejny argument przemawiający za winylem. Pierwsze prace Rafała, jakie widziałem to wzory na koszulki i grafiki na płyty już w sumie legendarnego Elvis Deluxe, którym zajmowałem się też jako manager. Potem śledziłem jego profil Too Many Skulls i z niekłamanym podziwem widziałem, jak rozpycha się w świecie – nagle gość, który narysował coś dla moich kolegów, robi koszulki dla takich zespołów, jak Anthrax, Ghost, Mastodon – i to regularnie. Kiedy oficjalnie odpalaliśmy zespół i potrzebowaliśmy grafiki i logotypu skontaktowałem się z nim i okazało się, że pracuje nam się świetnie. Narysował naszego pierwszego dinozaura, który pojawił się w sieci i na koszulkach, a teraz też okładkę „Doomsday” i myślę, że stał się naszym nadwornym panem od dinusiów. Co bardzo miłe – sam powiedział, że ma już trochę dość rysowania tylko czaszek i rysowanie dziwnych gadów sprawia mu dużą frajdę.

Wracając zaś do waszej historii o alternatywnych rzeczywistościach i czterech prorokach: nawet grając najciekawszą muzykę trzeba mieć coś więcej, co zaciekawi słuchaczy, sprawi, że sprawdzą akurat wasz, jeden z niezliczonych, zespół?

Bartosz Kulczycki: Chciałbym wierzyć, że najciekawsza muzyka się obroni, ale znam trochę zespółów, które uważam za potwornie niedocenione. Ale czy to kwestia tego, że nie mieli tego „czegoś więcej”? Wydaje mi się, że jednak zabrakło im dobrego marketingu. To dość przykre.

Marcin Jastrzębski: Ja mam wrażenie, że trzeba mieć albo szczęście, albo nieograniczony budżet. My póki co mamy na razie trochę tego pierwszego i trafiamy na fajnych i życzliwych ludzi, którzy pomagają nam pchać różne sprawy do przodu.

Zanim na dobre przyjął się termin heavy metal do określenia zespołów z nurtu ciężkiej muzyki używano też innego, poza powszechnie znanym hard rockiem, to jest heavy rock. Myślę, że jest on na tyle pojemny i zarazem uniwersalny, że świetnie pasuje również do Hypnosaur?

Marcin Jastrzębski: Ja nie mam pojęcia, co gramy i dlatego wymyśliliśmy, że to jest „jurrasic punk”. Ludzie po przesłuchaniu płyty podają dosłownie dziesiątki skojarzeń z różnych światów: Hellacopters, Ghost, Offspring, Turbowolf, Spiritual Beggars, lata 70, psychodelię. Wszystkie są OK i nie mamy z tym żadnego problemu. A ja teraz mogę wejść cały na biało i powiedzieć, że jeden z numerów jest bezpośrednio zainspirowany kawałkiem Darii Zawiałow. (śmiech)

Bartosz Kulczycki: Ja zawsze lubię pytać innych co uważają, że gramy. Odpowiedzi często są zróżnicowane, jako Hypnosaur jesteśmy heavy metalem, hard rockiem, glam rockiem, stonerem, bluesem i psychodelicznym punkiem jednocześnie. Ja sam nigdy nie piszę muzyki pod dany gatunek i nie pakuję się sam do żadnej szufladki, a z ciekawością obserwuję, do której wrzucą mnie inni.

Jednak już na wysokości pierwszego wydawnictwa „Illusion” trudno było was zaszufladować – przede wszystkim nie pasowaliście do nurtu, wciąż modnego, retro rocka, którego przedstawiciele prześcigali się, i nierzadko nadal to czynią, w tym, kto z nich zagra jeszcze bardziej klasycznie od zespołów z lat 60./70., nie wnosząc jednak do swojej muzyki niczego własnego i do tego szczerego. Uznaliście, że takie podejście jest do niczego, bo w końcu w muzyce rockowej od szóstej dekady wydarzyło się zbyt wiele, żeby o tym nie pamiętać i z tego nie czerpać?

Marcin Jastrzębski: Właśnie chyba całą siłą tych numerów jest to, że niczego nie uznawaliśmy i nie zakładaliśmy. Po prostu robimy numery do momentu, aż wszystkim się podobają.

Wydaje mi się, że to wspomniany już Ghost od płyty „Meliora” zmienił na współczesnej scenie metalowej postrzeganie takich zabiegów jak łączenie nader różnorodnych wpływów, grając niezwykle eklektycznie, a do tego efektownie i przebojowo, co równie mocno kręciło fanów melodyjnego metalu czy rocka, jak też popu – ich podejście było dla was pewnego rodzaju wzorem, utwierdziło w przekonaniu, że nie ma się co ograniczać?

Marcin Jastrzębski: Mnie w Ghoście podoba się przede wszystkim to, że to są piosenki. Trochę taka mroczna Abba – ale nadal przebojowa i bez zadęcia. Nie znoszę rozwleczonych, konceptualnych, 10-minutowych utworów, w których mamy 7 zmian tempa, 10 tonacji, a na koniec słuchacz ziewa i nie pamięta, czym to się zaczęło. Tak jak mówiłem, kiedy robiliśmy kolejne piosenki – po prostu to się działo. Nie było żadnego planu, założeń, targetów i dedlajnów. Czasem przez pół roku nie powstało nic nowego, a czasem z każdej kolejnej próby wychodziliśmy z gotowym szkicem nowego kawałka. Ten brak presji chyba był kluczowy i dalej planujemy tak działać.

Bartosz Kulczycki: Mam wrażenie, że łączenie wpływów i przebojowość to ogólnie cecha współczesnej skandynawskiej sceny rockowej, a Ghostowi udało się przebić do światowego mainstreamu. Dużo słucham współczesnego szwedzkiego i norweskiego rocka i pewnie słychać to też w naszej twórczości. Ale w łączeniu wpływów na pewno pomaga nam to, że każdy z nas słucha trochę czego innego i ja na przykład dobrze znoszę progresywne utwory, których trzeba przesłuchać co najmniej 10-15 razy zanim zacznie się rozumieć co się w nich dzieje.

Od lat jestem wyznawcą tylko jednej teorii, mianowicie takiej, że muzyka jest dobra lub zła, a wszelkie etykiety, nazwy czy szufladki są przydatne tylko pod względem wstępnej identyfikacji czy osadzenia danego zespołu/dźwięków w określonym kontekście. Hypnosaur i „Doomsday” są wręcz podręcznikowym przykładem tego, że warto szukać, nie zasklepiać się w jednej stylistyce, czego efektem jest urozmaicona, bardzo różnorodna muzyka?

Bartosz Kulczycki: Albumy, na których dzieje się w kółko jedno i to samo, potrafią mnie szybko znudzić. Zdecydowanie preferuję, gdy jest raz szybko, raz wolno, raz mrocznie, a raz skocznie, a jednocześnie wszystko to tworzy zgrabną całość. Jeśli uważasz, że nam też udało się to osiągnąć, to bardzo się cieszę.

Na „Doomsday” właściwie nie ma utworów zbliżonych do siebie stylistycznie, każdy jest z nieco innej, muzycznej „parafii”. Jednocześnie tworzą jednak dość spójną całość, bo ich spoiwem jest choćby ciekawe wykorzystanie klasycznych, klawiszowych brzmień czy osadzenie na konkretnie brzmiącej sekcji rytmicznej, co wyklucza przypadkowość, nadaje poszczególnym kompozycjom jednorodności?

Marcin Jastrzębski: Jeśli uważasz, że „Doomsday” jest podręcznikowym przykładem czegokolwiek, to bardzo nam miło (śmiech). Jak mam być szczery, jeszcze przed nagraniami nie byłem pewien jak to wszystko będzie do siebie pasowało. Dopiero w trakcie miksów poczułem, że całość naprawdę trzyma się kupy i ma sens jako album. Cieszę się więc tym bardziej, że ludzie podzielają to odczucie.

Bartosz Kulczycki: Ja nigdy nie miałem wątpliwości, że może z tego powstać jeden spójny album, którego atutem będzie różnorodność.

Tytuł płyty zdaje się sugerować doomowe czy szerzej metalowe konotacje, ale to tylko jeden z możliwych tropów – nie jest czasem tak, że któryś z was słucha klasycznego czy hard rocka, inny bardziej progresywnych czy nowocześniejszych klimatów, kolejny zaś czegoś z prostszego, takiego archetypowego rocka, nawet rock 'n' rolla, a te wszystkie wpływy i inspiracje składają się na muzykę Hypnosaur?

Bartosz Kulczycki: Jak słusznie zauważyłeś, i pewnie bije to też z wcześniejszych odpowiedzi, jesteśmy czwórką różnych osób i mamy różne inspiracje. Dodatkowo mam wrażenie, że całkiem nieźle się uzupełniamy – jeden pilnuje żeby utwory nie były zbyt proste, drugi żeby nie były zbyt skomplikowane. Moim zdaniem siłą Hypnosaura jest to, że nie próbuje brzmieć jak jakikolwiek inny zespół, a mogłoby tak być, gdybyśmy całą czwórką wielbili, dajmy na to, Hellacopters.

Marcin Jastrzębski: Słuchamy kompletnie różnych rzeczy i może mamy jakieś wspólne punkty, ale myślę że lista ulubionych 10 zespołów u każdego z nas byłaby kompletnie inna. U mnie rozrzut jest ogromny i łatwiej mi chyba powiedzieć, czego nie słucham: polskiego hip hopu i disco polo. Bez ściemy, odpaliłem właśnie aplikację i moja historia na YouTube z ostatnich paru dni wygląda następująco: Screamin’ Jay Hawkins, Gorillaz, Judas Priest, Rob Zombie, Dr Dre, Widmoid (notabene gorąco polecam, jak ktoś nie zna), The Romantics, Kim Wilde, Arch Enemy, The Cure. Niech każdy sam wyciągnie sobie wnioski. (śmiech)

Kto więc przeważa pod sceną na waszych koncertach? Starsi zwolennicy klasycznego rocka, młodzi metalowcy czy generalnie zwolennicy dobrej muzyki?

Marcin Jastrzębski: Na razie to przede wszystkim znajomi i ich znajomi (śmiech) Mam nadzieję, że za rok o tej porze spotkamy się znowu i będziemy mogli udzielić lepszej odpowiedzi na to pytanie.

Dotarcie do wszystkich potencjalnie zainteresowanych waszą muzyką, przy tym natłoku zespołów i muzyki dostępnej w sieci, wydaje się zadaniem niewykonalnym, a na pewno bardzo trudnym do zrealizowania. Stąd dwa, bardzo odmienne single, „Circle” oraz tytułowy, a do tego promujące „Doomsday” koncerty?

Marcin Jastrzębski: Właściwie single wybraliśmy praktycznie od razu po nagraniach i konsultacjach z kilkoma osobami zaangażowanymi w produkcję płyty. W naszym odczuciu oba są na swój sposób dość przebojowe i dobrze wprowadzają w resztę materiału. Z kolei koncerty to chyba główny cel grania w zespole i mamy nadzieję, że w przyszłym roku pogramy dużo więcej.

Inną metodą jest też próba dotarcia do zorientowanych rockowo radiosłuchaczy, co w waszym przypadku również miało już miejsce?

Marcin Jastrzębski: Tak, mieliśmy już kilka wywiadów w różnych stacjach – od lokalnych po ogólnopolskie i to zawsze fajne doświadczenie, a także szansa dotarcia do nowych osób.

Nie ma więc co biadolić na zasadzie „kiedyś to było, a nakłady płyt to już w ogóle był inny świat”, tylko trzeba robić swoje, bo swoją szansę na zaistnienie macie tu i teraz, nie w roku 1980 czy 13 993 311? (śmiech)

Marcin Jastrzębski: Robimy swoje i zobaczymy, co będzie. Nie mamy wybujałych oczekiwań i nie zakładamy, że zaraz zaczniemy wyprzedawać hale i stadiony. Najważniejsze, że mamy z tego frajdę.

Wojciech Chamryk

140_mag_baner3.png 142_mag_baner5.png 138_mag_baner1.png 141_mag_baner4.png 143_mag_baner6.jpg 144_mag_158x600px_72_dpi.jpg 139_mag_baner2.png

Goście

4223061
DzisiajDzisiaj140
WczorajWczoraj2055
Ten tydzieńTen tydzień2195
Ten miesiącTen miesiąc13341
WszystkieWszystkie4223061
3.93.74.25