Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 89sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

pandemic m

Hard Rock Heroes Festival - Kraków - 12.06.2023

Hard Rock Heroes Festival – DEEP PURPLE, Nazareth, Jorn, Kruk & Wojtek Cugowski, 1One, Slave Keeper - Tauron Arena, Kraków - 12 czerwca 2023

Będąc niegdyś ogromnym fanem Deep Purple, nie mogłem odpuścić sobie przyjemności usłyszenia zespołu na kolejnej trasie w Polsce. Ostatni raz widziałem ich w 2017 roku, w Łodzi, a w międzyczasie zespół zdążył już wydać kilka albumów, a także zmienić gitarzystę. Gdy tylko dowiedziałem się więc, że grupa wystąpi w Katowicach w ramach wydarzenia, które organizatorzy nazwali “Hard Rock Heroes Festival”, długo nie trzeba było namawiać mnie na udział.

Pomińmy to, czy festiwalem czyni umieszczenie takiego słowa w nazwie imprezy, ale faktycznie, w lineupie znalazło się sporo zespołów. Popołudnie zaczęło się od Slave Keeper, pochodzących z Lublina heavymetalowców, którzy niedawno wydali swój debiutancki album. Choć nie jesteśmy krajem, który słynie z jakościowego grania heavy, to warto na ten zespół zwrócić uwagę. Następni byli 1One, czyli właściwie knajpiany coverband z ambicjami. Robi to dość przaśne wrażenie, ale może po prostu się nie znam - wszak zespół na swojej stronie chwali się występami w “najsłynniejszym rockowym klubie na świecie, Whisky a Go Go w Hollywood”.

W miarę upływu czasu, na płycie i dolnych trybunach Tauron Areny pojawiało się coraz więcej ludzi, chociaż szału nie było właściwie do końca wieczoru, co bardzo kontrastowało dzień później, gdy w tym samym miejscu, przy komplecie widowni grali Iron Maiden. Zresztą, Bruce Dickinson pojawił się wśród publiczności podczas koncertu Deep Purple - nie od dziś wiadomo, że jest wielkim fanem grupy.

Kolejną ekipą w na scenie był Kruk z udziałem Wojtka Cugowskiego. Zespołów hard rockowych w Polsce jak na lekarstwo, a Kruka nie widziałem już dobre dziesięć lat (natomiast z Wojtkiem nigdy). Niestety, choć to czołowa grupa grająca tego typu muzykę w naszym kraju, to całość wypadła nieco bez wyrazu. Zwłaszcza, w porównaniu z następnymi w kolejce zespołami. Warsztatowo świetni muzycy, obyci ze sceną od lat, a jednak tylko momentami czułem, że w tej muzyce jest coś więcej niż epigoństwo.

Zupełnie inne wrażenie zrobił zespół Jørna Lande. Norweski wokalista był w wyśmienitej formie, śmiem twierdzić, że najlepszej, spośród śpiewaków występujących tego dnia. Zespół grał wybornie, serwując smakowitego hard rocka w najlepszy sposób, w jaki można to sobie wyobrazić. Wokalista był gadatliwy i sprawiał wrażenie czerpania ogromnej przyjemności z występu. W setliście połowa utworów z własnych płyt i połowa coverów, w tym Whitesnake “Bad Boys”, “Mob Rules” Black Sabbath, znany głównie z wykonania Saxon utwór “Ride Like the Wind” Christophera Crossa i “Rainbow In the Dark” Dio na sam koniec.

Nazareth zaczęli potężnie, od “Miss Misery”, poprawiając “Razamanaz”. Robiło to wrażenie, choć niektórzy mówią, że to już bardziej coverband niż Nazareth. No cóż, Dan McCafferty nie żyje od kilku lat (z pracy w zespole zrezygnował ponad dekadę temu), a głos miał charakterystyczny i pięknie ochrypnięty. Carl Sentance robi jednak co może, aby go zastąpić i jest w tym dobry. W dodatku, wygląda na niebezpiecznego zawadiakę, co w warunkach scenicznych dodało grupie drapieżności. Dobry koncert, chętnie bym ich zobaczył na własnym, pełnoprawnym występie.

W szeregach Deep Purple nastąpiła zmiana. Steve Morse, który odszedł z grupy aby opiekować się chorą żoną, zastąpiony został przez pochodzącego z Irlandii Simona McBride. Polska publiczność miała przekonać się, jak muzyk ten wypada na żywo już rok temu, ale dla mnie było to pierwsze z nim spotkanie. Zastanawiała mnie też ogólna forma zespołu, wszak nie są to już młodzi ludzie, a nawet na koncertach sprzed lat potrafili się męczyć. Zaczęli oczywiście od “Mars, the Bringer of War” Holsta (z taśmy, ale z fajnymi czerwonymi światłami), by płynnie przejść w “Highway Star”. Od razu dało się poczuć klarowne brzmienie, chociaż mam wrażenie, że brakowało mu nieco mocy. Po standardowym otwieraczu wykonali “Pictures of Home” - uwielbiam ten utwór i dawno nie słyszałem go na żywo. Potem znowu do nowszego materiału,  “No Need to Shout”, a następnie klasyka, “Into to the Fire” a także długie solo gitarowe Simona. Muzyk gra zupełnie inaczej niż Steve Morse, bardziej surowo i chyba troszkę bliżej mu do partii, jakie wykonywał Blackmore, jeśli porównać z poprzednikami. Warsztatu mu nie brakuje, potrafi być błyskotliwy, a jak trzeba to i metalowo przyłoić - jak zrobił, co zaskakujące, w głównym riffie do “Anya”. Muszę jednak przyznać, że ciężko wejść w buty takiego gitarzysty jak Steve Morse i chcąc nie chcąc, mimo, że Simon zupełnie nie podejmuje się kopiowania stylu poprzednika, to przynajmniej przez jakiś czas będzie do niego porównywany. Jeśli miałbym wziąć w tych targach udział, to trochę brakowało mi wyrazistej ekwilibrystyki, z jaką grał Morse. Niemniej jednak, ciekaw jestem jak dalej potoczy się współpraca Simona z zespołem. Tym bardziej, że ponoć pracują nad nowym materiałem.

Jak więc wypadli pozostali muzycy? Gillan miewał problemy z głosem, w wyższych partiach trochę się wysilał i ogólnie wyglądał na nieco zmęczonego. Między utworami był jednak rozmowny i zabawny, jak zwykle. Don Airey zaserwował klasyczne solo, cytując między innymi utwory Chopina oraz “Mazurek Dąbrowskiego”, ku szalonej reakcji publiczności (zadziwiające jak łasymi psami na dopieszczenie narodowego ego, w wykonaniu gości z zagranicy jesteśmy). Grał jednak krócej, niż przed laty. Fajnie wypadł Ian Paice, w jego partiach na bębnach nadal jest sporo polotu. Podobnie jak w basowych umizgach Rogera Glovera, który wydaje się być człowiekiem spajającym tę grupę muzycznie już od wielu lat. Wyszło więc dobrze.

Setlista nie mogła być raczej rozczarowaniem, bo znalazło się w niej sporo klasyków jak i co lepsze nowe kawałki. Na przykład dedykowany Jonowi Lordowi, świetny “Uncommon Man”. Fajnie wypadło “Lazy” i dynamiczny “Space Truckin’”. Natomiast trochę rozmyło się “When the Blind Man Cries”. Na koniec oczywiście wiązanka hitów: “Smoke On the Water”, z totalnie zmienioną solówka Simona, “Hush” oraz “Black Night”.

Deep Purple w 2023 roku to zespół zasłużonych klasyków. Ba, status taki mają już kilka dekad. Starsi panowie, grający głównie dla publiczności w swoim wieku. Mimo ograniczeń związanych z metryką, robią to przekonywująco. Nie sprawiają wrażenia geriatrycznego coverbandu swojej dawnej świetności, chociaż jeśli ktoś oczekuje podobnej energii, jaką zna z “Made In Japan”, czy nawet koncertów z lat 90. XX wieku, może być rozczarowany. Ich siłą są jednak znakomite, wyborne utwory, których magia nadal jest silna. Zatem, do zobaczenia przy kolejnej purpurowej okazji.

Igor Waniurski

rightslider_002.png rightslider_004.png rightslider_005.png rightslider_001.png rightslider_003.png

Goście

5110403
DzisiajDzisiaj731
WczorajWczoraj1189
Ten tydzieńTen tydzień9973
Ten miesiącTen miesiąc44123
WszystkieWszystkie5110403
3.239.11.178