Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 89sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

pandemic m

Triple Thrash Triumph - Katowice - 23.07.2023

TRIPLE THRASH TRIUMPH - Megadeth, Kreator, Sacred Reich - Spodek, Katowice - 23 lipca 2023

Ekipa Mustaine'a postanowiła spędzić środek lata w Europie, ruszając w trasę po festiwalach, uwzględniają kilkudniowe przerwy zapewne nie tylko na odpoczynek, ale też na zobaczenie tego i owego na Starym Kontynencie. Dla nas dodatkową gratką był fakt, że katowicki koncert był pierwszy na tej trasie. I choć wcześniej zespół zagrał kilka koncertów, ten miał być dłuższy. Mystic Coalition usadził Megaderh na piedestale headlinera, a dokooptowując do niego koncertową maszynę, jaką jest Kreator oraz dodatkowo Sacred Reich, stworzył mini festiwal pod chwytliwym tytułem Triple Thrash Triumph.

Koncert niemal się wyprzedał, została garstka miejsc na „jaskółkach” Spodka, a płyta pękała w szwach. Czuć było to zarówno stojąc na niej, jak i widać, patrząc z trybun. Spodziewaliście się, że Megadeth przyciągnie aż tyle osób? Kreator gra w Polsce zbyt regularnie, żeby to jego posądzać o ten frekwencyjny sukces. A może to sprawa całego, magicznego zestawienia?

Z koncertu wyszłam z bananem na buzi, który odmalował się także z powodu brzmienia. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy słyszałam komentarze sugerujące, że brzmienie to osobny temat koncertu. Ja stałam na płycie, w połowie, nieco po prawej i była bomba. Solówki jak żyletki. A instrumental Kiko, jak na jakimś kameralnym recitalu. Swoją drogą, fakt, że Dave (ten owiany jakąś dziwną legendą egoizmu Dave) daje temu gitarzyście zagrać cały instrumental jego autorstwa, świadczy o wielkiej estymie jaką go darzy. Nic dziwnego, widać, że dla Mustaine'a prezentacja zespołu jest co najmniej tak istotna, jak sama muzyka. Zawsze zachwycała mnie na scenie gra Brodericka, a to, z jaką dumą i gracją przemierza z wiosłem scenę Kiko, jest naprawdę widowiskowe. Zresztą basista świetnie dopasowuje się do tej wizerunkowej koncepcji, bo obaj muzycy przechadzają się przed publiką jak drapieżniki przy płocie w zoo (mam takie wspomnienie z dzieciństwa, kiedy koty drapieżne miały ciaśniejsze wybiegi, zawsze wyglądały dla mnie wprost majestatycznie, choć pewnie wcale tak się nie czuły). Sam Dave z przypiętą łatką gbura to prawdziwy mistrz ceremonii. Zero jarmarcznego scenariusza, wyćwiczonych fraz i głupawych żartów. On tu przychodzi grać, a ludzie kupią go, takim, jaki jest. A jest pewny siebie, pewny metalowej legendy, jaką stworzył. Przy jego sylwetce wykutej w sportach walki, spod rudej grzywy trudno wręcz poznać, że to taki dojrzały facet. Migający tu i ówdzie białawy zarost sztukmistrza zdradza wiek delikwenta. Oczywiście kozaczę tu niezmiernie, bo przy moim wzroście dokładne przyjrzenie się muzykom z poziomu płyty graniczy z cudem, a to, co działo się na scenie w finale „Peace Sells” wiem tylko dzięki analogii do innych koncertów Megadeth, na jakich byłam. Nie pomagały mi wielkie wizualizacje, bo jak zawsze odciągały uwagę od sceny (podobno z trybun wyglądały świetnie, jako dobre tło).

Szczęśliwie na brzmienie trafiłam wyborne, więc mogłam się delektować świetną setlistą Amerykanów. Na pewno dużym zaskoczeniem był tylko jeden kawałek z nowej płyty, bardzo fajny „We'll be Back”. Ci, którym krążek nie podszedł byli pewnie zadowoleni, choć Megadeth nie poszedł ścieżką wielu znanych kapel „jedna nowość i same hity”. Obok największych hitów kapeli, takich jak trzy „klassikery” z „Rust in Peace” czy legendarnego „Peace Sells” ze sceny popłynęła super nośna „Dystopia” z poprzedniej płyty, czy kawałki z – swego czasu kontrowersyjnych – płyt z drugiej połowy lat 90. Zdecydowanie było w czym wybierać.

Na poprzednim koncercie, nie musiałam wciąż stawać na palcach. Nie wiem, gdzie byli chwilę wcześniej Ci brakujący fani Megadeth, ale pewne jest, że nie wypełniali płyty Spodka podczas występu Kreator. Oczywiście też staliśmy, jak śledzie w beczce, ale śledzie z pewnymi przestrzeniami, bo widoczność miałam naprawdę dużo lepszą. Ale i bez niej pewnie bawiłabym się świetnie, bo Kreator to po prostu maszyna do koncertowania. Trzeba mieć naprawdę osobliwego pecha (jak ja kiedyś na Wacken), żeby z koncertem Niemców było coś nie tak (w tamtym wypadku zawiodło... zbyt ciche brzmienie). Kreator na scenie to zawsze moc i energia. O ile entuzjastyczne oglądanie niektórych starych, niemieckich zespołów idzie jak po grudzie, o tyle Kreator wydaje się wydobywać jakieś niespożyte pokłady witalności spod desek sceny. Nie jest to zapewne kwestia tylko samej prezencji Petrozzy. Ten zresztą śpiewał w Spodku na totalnym luzie, czasem nawet wydawał się nie wchodzić w swoje najbardziej wrzaskliwe rejestry.

Myślę, że to, co składa się na ten elan vital Kreatora, to między innymi korekta stylu skierowana bardziej na heavy, niż thrash metal. Coś, co dla wielu jest powodem skreślenia Kreatora z listy płytowych zakupów, dla mnie jest  krokiem do jeszcze większej aprobaty dla zespołu. Mam wrażenie, że ekipa Petrozzy ma dziś w tej swojej ścianie gitar to, co już dawno utracił Running Wild. Nic dziwnego, że do setlisty na stałe dochodzą kawałki z ostatnich płyt. Nie inaczej było podczas niedzielnego wieczoru, kiedy Spodek zatrząsł się od „Phantom Antichrist”, „Satan is Real” i oczywiście kawałków promujących ostatni krążek. Zresztą, rozpoczynający koncert „Hate Über Alles” miał dla mnie dodatkowo osobiste wrażenie. Miałam okazję być na planie teledysku do tego kawałka, dlatego wszedł mi do głowy na długo przed premierę płyty i czekał na swój moment wybrzmienia na żywo. Wyczekiwanie opłacało się, tym kawałkiem Kreator od razu ustawił publikę (w tym mnie, rzecz jasna) na aktywny tryb przeżywania koncertu.

Drugim elementem, który sprawia, że Kreator nie siada na laurach, jest skład kapeli. Tu również mogę wskazać ten świeższy element zespołu, jakim jest grający od niedawna basista, Frédéric Leclercq. Przez lata bawiący w ekipie Dragonforce, facet radykalnie zmienił klimat. W wywiadach sam przyznaje, że formuła czy może raczej ewolucja formuły poprzedniej formacji nieco przestała mu odpowiadać. W Kreatorze czuje się jak ryba w wodze, co jak na dłoni widać było podczas Triple Thrash Triuph. Muzycznie, wizerunkowo, „choreograficznie” wypadł kapitalnie, co jeszcze bardziej podkręciło i tak doskonałą prezencję grupy.

Nazwa imprezy sugeruje potrójne uderzenie thrashu. Był i trzeci zespół, swego czasu bardzo reunionowo wyczekiwany Sacred Reich. Był to dla mnie trzeci koncert Amerykanów na przestrzeni kilkunastu lat i przyznam, że u mnie ten zespół nigdy nie zaskoczył. Pamiętałam szalenie pozytywną konferansjerkę Phila Rinda, więc jej powrót wywołał szeroki uśmiech na mojej twarzy. Przyznam jednak szczerze, że najbardziej wyczekiwałam dwóch kolejnych gwoździ imprezy. Co to dużo mówić, było naprawdę mega! „Serce roście” patrząc nie tylko na formę tuzów thrashu, ale też na mega frekwencję w Spodku. Tak trzymać!

Strati

rightslider_002.png rightslider_004.png rightslider_005.png rightslider_001.png rightslider_003.png

Goście

5110367
DzisiajDzisiaj695
WczorajWczoraj1189
Ten tydzieńTen tydzień9937
Ten miesiącTen miesiąc44087
WszystkieWszystkie5110367
3.239.11.178