Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 89sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

pandemic m

Iron Maiden - Kraków - 13-14.06.2023

IRON MAIDEN - Tauron Arena, Kraków - 13-14.06.2023

Chyba piekło zamarzło, lub, dla odmiany, lód w sercu Steve Harrisa ulega roztopieniu. Otóż, mamy do czynienia z trasą Iron Maiden, która nie tyle zaskakuje doborem wykonywanych utworów, ile po prostu nim zachwyca. Przypominam, że mówimy o zespole, którego najwięksi fani od dawna narzekali na sporą zachowawczość w tym względzie. Uczestnicy krakowskich występów grupy nie powinni być jednak rozczarowani.

Zespół wpadł do nas w ramach trasy “The Future Past Tour”, która jest o tyle oryginalna, że mimo, iż zdaje się promować ostatni wydany, jak dotąd, album “Senjutsu”, to sporą częścią koncertu stanowiły utwory z płyty “Somewhere In Time”, która swoją premierę miała w 1986 roku, a więc 37 lat temu. Było to o tyle zaskakujące, że zespół zdecydował się na włączenie do setlisty kilku utworów, które nie były wykonywane od bardzo dawna, a jeden, kultowy “Alexander the Great”, stanowił marzenie fanów od premiery wspomnianego wydawnictwa - do tej pory nie był grany w ogóle.

Ale zanim przejdziemy do samych Maidenów, kilka słów o supporcie. The Raven Age to zespół założony przez George Harrisa, a więc syna lidera Iron Maiden. Można więc powiedzieć o nepotyzmie, jako, że grupa jeździ z zespołem taty już od lat. Nie jest to jednak muzyka tak zła, jak chcą to widzieć niektórzy fani Iron Maiden, prześcigając się w co bardziej głupich inwektywach wobec młodych muzyków. The Raven Age gra dźwięki, które określiłbym “festiwalowy metalem”, dość nowoczesnym, melodyjnym i jakby skrojonym pod chóralne zaśpiewy na stadionach. Nie jest to poziom gwiazdy wieczoru, ich muzyka jest mało urozmaicona, by nie powiedzieć - monotonna, ale w roli supportu sprawdzili się nieźle. Widać, że są obyci z występami scenicznymi i całość sprawia profesjonalne wrażenie.

No, ale przejdźmy do dania głównego. Kiedy z głośników poleciał utwór “Doctor, Doctor” UFO, wtajemniczeni wiedzieli, że oznacza to rychły początek koncertu. Gasną światła, rozlega się motyw Vangelisa z “Blade Runnera” i mamy zapewnioną podróż w czasie, do 1986 roku, gdy w ten właśnie sposób grupa rozpoczynała koncerty. Dzień wcześniej, w tym samym miejscu byłem na Deep Purple. Ironi to zespół tylko nieco młodszy od wspomnianych klasyków, ale jakże inne to były koncerty! Skłamałbym mówiąc, że po ekipie Harrisa nie widać upływu czasu, ale rozpiera ich taka energia, że zastanawiam się, skąd bierze się jej źródło. Na scenie dzieje się dużo, muzycy co chwila zmieniają miejsca (chociaż zazwyczaj robią to drobnymi kroczkami a nie, jak kiedyś, biegiem) a przede wszystkim grają tak, jakby jutro miało nie nadejść. W przeciwieństwie do poprzedniej trasy, ograniczyli trochę sceniczne przebieranki (Bruce) i nadmiarowe elementy scenografii, co wyszło spektaklowi na plus. Liczyła się przede wszystkim muzyka, a ta została odegrana wybornie. “Caught Somewhere In Time”, “Stranger In the Stranger Land”, “The Prisoner” czy “The Trooper”, poziom wykonania tych i innych kawałków był tak równy, że trudno wskazać mi jakiegoś faworyta. Oczywiście, wielu ludzi czekało właśnie na “Alexander the Great” i cieszę się, że utwór ten wypadł wybornie. Podobnie jak nowsze “The Writing On the Wall”, klimatyczny “Death Of Celts” czy wieńczący ostatni album “Hell On Earth”. Przyczepiłbym się tylko do, również nowszego, “The Time Machine”. Utwór ten nie przekonywał mnie już na płycie - cierpi na nadmierną eksploatację starych pomysłów i chociaż można to powiedzieć o wielu utworach z “Senjutsu”, to ten, niestety jest nudny i mało zaskakujący.

Muszę wspomnieć o świetnej formie wokalnej Bruce Dickinsona - śpiewał znacznie lepiej niż przed kilkoma laty. Być może dlatego, że nie był obciążony tym całym teatralnym rynsztunkiem. Między utworami był rozmowny i w charakterystyczny dla siebie sposób kokietował publiczność (podczas pierwszego koncertu bardziej, niż dnia drugiego). Gwiazdami wieczoru byli gitarzyści Dave Murray i, zwłaszcza, Adrian Smith. Obaj są w wybornej formie, zwłaszcza Adrian, który wyróżniał się niemal podczas każdego kawałka. Murray podobnie, jego gra znowu jest błyskotliwa, a przecież kilka lat temu dało się odczuć, że miał nieco gorszy okres. Tym razem ten przypadł na perkusistę Nicko McBraina. Jego partie były nieco uproszczone, odchudzone od co bardziej złożonych przejść. Ograniczał się do rzetelnego wybijania rytmu i podstawowych przewrotów rytmicznych. Nie wiem czy to kwestia kondycji czy decyzja artystyczna, ale jeśli wielu słuchaczy zwraca uwagę, że coś jest na rzeczy i raczej nie wnosi to do utworów powiewu nowości, to jest niepokojące. Na plus świetne brzmienie perkusji i ogólnie dobre koncertów (zwłaszcza drugiego). To jednak tylko drobny detal na całym spektaklu. Oczywiście, nie zabrakło Eddiego, który teraz pojawił się w trzech formach - dwóch chodzących po scenie, oraz jednej, wielkiej głowy, podczas wieńczącego podstawowy set utworu “Iron Maiden”.

Iron Maiden są obecnie w wybornej formie i jeśli tylko będziecie mieli okazję ich na tej trasie złapać, zróbcie to bez wahania. Trudno wyrokować ile ten zespół będzie jeszcze w stanie pograć, dlatego warto zrobić wybrać się na nich, kiedy znowu wydają się być na szczycie.

Igor Waniurski

rightslider_001.png rightslider_004.png rightslider_002.png rightslider_005.png rightslider_003.png

Goście

5110372
DzisiajDzisiaj700
WczorajWczoraj1189
Ten tydzieńTen tydzień9942
Ten miesiącTen miesiąc44092
WszystkieWszystkie5110372
3.239.11.178