Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 89sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

pandemic m

Helicon Metal Festival IV - Warszawa - 15-16.03.2024

HELICON METAL FESTIVAL IV - Odessa Club, Warszawa - 15-16 marca 2024

25 marca 2023 w Warszawie odbyła się trzecia edycja festiwalu Helicon. Pomimo sukcesu artystycznego impreza nie mogła poszczycić się zadowalającą frekwencją. Trzy zespoły z Polski, trzy kolejne sprowadzone zza granicy dostarczyły wielu wrażeń, ale nie pozwoliły organizatorom spiąć finansowo wydarzenia. Jednakże wspaniała atmosfera oraz muzyczne doznania sprawiły, że Helicon Metal Promotions przemyślał kilka spraw i spróbował po raz kolejny pokazać, że Heavy Metal w Polsce nie stoi na straconej pozycji.

Niemalże rok później 15 marca rozpoczęła się kolejna edycja imprezy czerpiąca swą nazwę z utworu Manilla Road w mocno rozbudowanej formie. Jeden dzień zamieniony w dwa. Równy podział zespołów krajowych do zagranicznych został przesunięty na 3 do 9 na niekorzyść lokalnego grania. Dodatkowo zapowiedziane zostały aż trzy zespoły zza Atlantyku. Niestety jedna ze wschodzących fińskich gwiazd musiała odwołać całą trasę raptem tydzień przed koncertami i została zastąpiona przez warszawski zespół, ale stosunek 4 do 8 przy śmiesznej cenie biletu i tak jest imponujący.

Ze względu na niedostępność dotychczasowej lokalizacji wydarzenie zostało przeniesione do klubu Odessa. Umiejscowiony na tyłach torowiska na pewno nie imponuje nowoczesnością czy wystrojem. Mniejszy, powierzchniowo lokal od poprzedniej lokalizacji może pochwalić się większą kubaturą, co pozytywnie wpływa na rozchodzenie dźwięku. Zamiast walczyć ze słupami i odbiciami muzyka ma większą swobodę rozchodzenia i brzmi dość podobnie w każdym miejscu poza sąsiedztwem baru. Nieco obskurny, z krótką, ale szeroką scenę zapewnia okazję sporemu gronu stać w pierwszym rzędzie. Jednocześnie niewielkie rozmiary uniemożliwiły ustawienie fosy, a niedobór światła sprawiał, że złapanie dobrych kadrów było dla mnie sporym wyzwaniem.

Pierwszy zespół składający się w głównej mierze z młodych Włochów, ale stacjonujący w Anglii zorganizował sentymentalną podróż do lat 80-tych. Coltre prezentujące stosunkowo lekką muzyka, czerpiąca całymi garściami z NWOBHM, zafascynował i urzekł liczne grono przybyłych osób. Dość delikatne w brzmieniu, ale bogate aranżacyjne granie doskonale wprowadziło w klimat wydarzenia. Początkowe drobne problemy z dźwiękiem zostały bardzo szybko rozwiązane, jedynie skąpe oświetlenie zmuszało raczej domyślać co dzieje się na scenie . Po ich występie przed stoiskiem szybko ustawiła się kolejka po płyty oraz pozostały merch. Muzycy też zdawali się oczarowani przyjęciem i wdawali się w długie rozmowy nie tylko o swojej muzyce.

Drugim zespołem, punktualnie meldującym się na scenie był rybnicki Ironbound. Trochę z przyklejoną etykieta „polskiego Iron Maiden”, tego dnia świętował wydanie swojej drugiej płyty. Z tej racji skupił się głównie na pokazaniu nowego materiału oraz uzupełnił set o single pierwszej płyty. Jako że otrzymałem materiał do recenzji jeszcze przed koncertem mogłem w pełni rozkoszować się muzyką bez potrzeby wgryzania z nowy materiał. Przy dość statycznych poprzednikach scena szybko stała się bieżnią dla szybko przemieszczających się muzyków. Zarówno stare jak i nowe kompozycje stanowiły spójną całość w klimacie bardziej intensywnej muzyki spod szyldu Iron Maiden.

Trzeci występ przyniósł znaczące zagęszczenie dźwięków. HELLHAIM jak można spodziewać się po nazwie wypełnił scenę ogniem piekielnym. Podczas koncertu zespół pozwolił sobie na podróż do lat 80-tych. Zagrał utwory skomponowane przez Ala z czasów gdy grał w swoim pierwszym zespole. Drugą niespodzianką był gościnny, pożegnalny występ długoletniego gitarzysty Piotr Konickiego. Kilka tygodni temu został on zastąpiony przez Artura "Saxona" Przybysławskiego. Najnowszy gitarzysta pozbył się już tremy widocznej podczas koncertu w Bydgoszczy miesiąc wcześniej i imponował swobodą grania oraz scenicznej prezencji.

Do koncertu Austriaków z Roadwolf podchodziłem bez większego entuzjazmu. Stosunkowo drogie płyty zespołu sprawiły, że nie zdecydowałem się na zakup ich muzyki, a po odsłuchach w Internecie szybko o nich zapomniałem. Po spędzeniu kilkudziesięciu minut z ich muzyką zapamiętałem ich jako zespół poprawy, ale bez jakiejkolwiek ikry. Na scenie zaprezentowali się zupełnie inaczej. Wirtuozerskie solówki, pełna swoboda grania i monumentalna sekcja nie dały chwili wytchnienia. Głowa sama rwała się do szalonego headbangingu, a noga próbowała wybijać rytm. O ile muzyka była troszkę bardziej zachowawcza niż poprzedników to nie pozwalała się nudzić.

Tuż przed gwiazdą imprezy na scenie zameldowali się weterani z angielskiego Tröjan. Jest to jeden z tych zespołów, którym udało się nagrać płytę w latach 80-tych by zniknąć ze sceny na długie lata. Siwiejący panowie z brzuszkami dali pokaz wspaniałego intensywnego NWOBHM zamykając usta niedowiarkom mojego pokroju. Nie spodziewałem się, że pomimo tak długiej przerwy w graniu (zespół reaktywował się w 2023), są w stanie wykrzesać z siebie tyle energii. Garstka fanów mogła patrzeć na pozostałe osoby w klubie z wymownym spojrzeniem „a nie mówiłem”.

Przed wielkim finałem zrobiło się w klubie dość tłoczno. Wprowadzona na ostatnią chwilę możliwość zakupu biletu jednodniowego zmotywowała trochę osób by na własne oczy przekonać się do czego są zdolni amerykanie z Visigoth. Pomimo braku pracy nad nowymi utworami i raczej skromnymi występami na żywo załoga z Salt Lake City dorobiła się oddanych wielbicieli na całym świecie. Już podczas koncertu Hellhaim wokalista zorientował się, że na festiwal przybyło wiele fanów nie tylko z Polski przez co zdecydował się prowadzić rozmowy po angielsku. Dla części gości zza granicy to właśnie Visigoth był głównym powodem spędzenia weekendu w Polsce. Jeszcze przed koncertem miałem okazję zamienić kilka słów z wokalistą zespołu. Urzekło mnie wtedy jego wyciszenie i spokój, wydawał się pozbawiony jakichkolwiek emocji. To oczywiście całkowicie mylne wrażenie. Jake musiał je kumulować by pozwolić im się wyzwolić w pierwszej sekundzie występu. Niesamowite warunki wokalne z olbrzymią charyzmą dały piorunujący efekt. Od początku do końca nie zwalniał nawet na chwilę serwując podniosły hymny. O ile płyty Visigoth zawierają wyśmienity materiał z kilkoma gwiazdami tak na żywo cały materiał został wyrównany. Każdy jeden utwór był ponadczasowym hitem by chwale muzyki. Pomimo olbrzymiej intensywności urzekała mnie swoboda każdego z 4 instrumentalistów. Ci Amerykanie z łatwością i radością na twarzy prowadzili swoją podniosłą opowieść. Publiczność odwdzięczyła się już na samym początku i pozwoliła trwać szalonej zabawie. Niestety nie dane mi było uczestniczyć w koncercie Manilli Road za życia jej lidera. Wspaniałym momentem było usłyszeć na żywo „Necropolis” tego ważnego zespołu. Jedynym mankamentem występu był fakt, że przy tej intensywności doznań 70 minut minęło zdecydowanie zbyt szybko.

Sześć zespołów z których każdy można zaliczyć do heavy metalu pokazało niesamowity koloryt tego niby skostniałego gatunku. Każdy zespół perfekcyjny w swojej stylistyce dał żywy dowód, że można ciągle grać tę muzykę z pełną pasją. Pomimo moich obaw muszę oddać pokłon organizatorom za bardzo sprawne ułożenie występów. Podczas rozmów ze znajomymi byliśmy w szoku, że tak wspaniałe granie jakie pokazało Coltre otwiera festiwal. Niemniej scenicznie praktycznie każdy kolejny występ podnosił poprzeczkę. Może jedynie zamieniłbym miejscami Hellhaim z Roadwolf, ale to może być kwestia własnych upodobań.

Sobota miała rozpocząć się od występu Satan’s Fall, ale zamiast nich na deskach Odessy mógł zaprezentować się Species . Jedyny thrash metalowy zespół był ciekawym urozmaiceniem po bardzo jednolitym piątku. Trio zaprezentowało dość połamaną wersję muzyki ze sporymi wpływami technicznego grania spod szyldu Coroner. Muzycy na pewno zaskakiwali swoim imagem. Zamiast czarnych skór postawili na kolorowe koszule w kwiaty, co kontrastowało z ich intensywną muzyką. Przy selektywnym dźwięku można było z łatwością wsłuchać się we wszelkie niunse. Niestety już pod koniec koncertu pojawiły się problemy techniczne z mikrofonem co zaowocowało dość improwizowanym finałem. Wielka szkoda, że tak mało osób stawiło się na rozpoczęcie drugiego dnia.

Fani zaczęli napływać silniej by zobaczyć w akcji wschodzącą gwiazdę z Anglii. Tailgunner po bardzo dobrej płycie i wspaniale zagranych koncertach w zeszłym roku jest rozchwytywanym zespołem przez organizatorów wszelkich festiwalu. O ile swojego materiału mają jeszcze nie wiele i musieli ratować się dwoma coverami oraz krótkim jamowaniem motywu „Króla gór” to autorski materiał wprawił w osłupienie nie tylko słuchaczy, ale również starszych kolegów występujących później. Szybkie, hiciarskie utwory zostały zagrane przy jednoczesnej energicznej zabawie na scenie jaka charakteryzuje bardziej doświadczone zespoły. Tailgunner ma teraz swój czas i życzę im z całego serca by dobrze udało się go wykorzystać.

Przyszedł czas na ostatni polski zespół festiwalu. Podczas zeszłorocznej edycji największe wrażenie zrobili na mnie rzadko występujący tajemniczy muzycy Evengelist. Poprzez wspólnego wokalistę z Monasterium pewne skojarzanie i porównania są nie do uniknięcia. O ile oba zespoły obracają się w rejonach heavy/epic/doom to prezentują dość odmienne podejście w konstrukcji swoich utworów. Niektórzy zastanawiają się po co Michał ciągnie dwa bliźniacze projekty, ale wystarczy wsłuchać się w dany utwór by z łatwością wskazać z którego zespołu pochodzi. Pewnie stąd pojawiły się u mnie olbrzymienie oczekiwania, które niestety nie zostały w pełni zrealizowane. O ile dobór utworów był fenomenalny, zaangażowanie muzyków pełne to przez cały występ czegoś mi brakowało. Takiej mistycznej kropki spinającej. Perfekcyjne zagranie bardzo dobrych utworów nie wstrząsnęło mną. Zrzucam to na karb brzmienia. W drodze powrotnej w samochodzie „Cold are the graves” sprawiło, że miałem ciary na całym ciele. Na koncercie tego zabrakło.

Również kolejny występ Iron Kingdom nie był bez wad. Muzycy na pewno są idealnie przygotowani do występów na żywo. Ruchliwość, wszelkie wygibasy i synchroniczne gibanie z gitarami mieli opanowane do perfekcji. W samej muzyce było trochę bałaganu i zdarzały się nieczytelne momenty. Ich płyty należą do gatunku: posłuchać i odstawić na półkę. Niestety na żywo nie było dużej poprawy. Z politowaniem patrzyłem na zespół, który w swoim czasie odprawił poza scenę lidera. Grający na basie Leighton Holmes, zachęcał by wzywać na scenę Chrisa na bis, ale sprawiało to bardzo sztuczne wrażenie.

Słysząc próby dźwięku przed koncertem Megaton Sword byłem przerażony. Po pozbawionym mocy Monasterium i nieczytelnym Iron Kingdom każde jedno sprzężenie wywoływało poty na plecach. Zespół już miał zaczynać grać, ale zamiast tego akustycy uwijali się by go poprawnie ustawić. Nie weryfikowałem dokładnie czasu, ale wydaje mi się, że zespół zaczął z około 30 minutowym opóźnieniem. Najnowsza płyta tego zespołu to mój ulubiony album 2023, szykowałem się na ucztę, ale stres podczas prób zaczynał mnie zjadać. Zupełnie niepotrzebnie. Opóźnienie by wszystko poustawiać okazało się strzałem w 10. Już od pierwszych taktów The Raving Light of Day rozpoczęła się pełna uniesienia podróż do Niraletu w wyśmienicie brzmiącym secie. Zespół na potrzeby warstwy lirycznej wykreował swój własny świat i każdy z utworów rozbudowuje jego historię. Śpiew Uzzego podczas całego koncertu był przesiąknięty natchnieniem i pasją. Przez znaczną część z zamkniętymi oczami snuł swoją opowieść przy ciężkim akompaniamencie kolegów. Było w tym dużo teatru, ale nie jako czegoś sztucznego, a właśnie przepełnionego artyzmem. Zespół bardzo równo podzielił swój czas na wszystkie wydawnictwa wykonując po 3 utwory z każdego z nich. Bez dzikości, namacalnej mocy pokazanej przez Visogth dzień wcześniej MS zaprezentował zupełnie inne podejście do epickiego grania. Bardziej natchnione, wymagające skupienia granie przeniosło moją świadomość do ich świata. Cieszę się, że oba zespoły zagrały innego dnia i nie trzeba było ich porównywać ze sobą w bezpośrednim starciu.

Powrót do Odessy pozostawił mnie lekko osłupiałego, a trzeba było przygotować się do ostatniego występu. Glacier to kolejny zespół z korzeniami sprzed 40 lat, który powrócił do aktywnego nagrywania i koncertowania. Po bardzo dobrej EPce sprzed lat i współczesnej pełnej płycie zespół zyskał sławę solidnego wykonawcy i sprawnie działającej maszyny koncertowej. Nie wiem jaki był wpływ znacznego opóźnienia rozpoczęcia czy nadmiaru doznań, ale do końca Glacier została może połowa osób słuchająca dzień wcześniej Visigoth. Może lekki przesyt słuchaniem elektrycznych gitar drugi dzień? Może zbyt długi set? Glacier zagrał najdłuższy ze wszystkich około 80-minutowy składający się z niemalże wszystkiego co skomponowali  począwszy od starych dem, po najnowsze kompozycje przygotowywane na kolejną płytę. W wyniku tego słychać było rozrzut jakościowy pomiędzy największymi hitami i pozostałymi utworami. Może trochę nad wyraz marudzę, ponieważ koncert poza kilkoma momentami podobał mi się bardzo. Niestety kolejny raz tego dnia pojawiły się problemy z dźwiękiem. Przez pierwsze dwa utwory jedna z gitar miała odłączony mikrofon i nie słyszał jej ani zespół, ani publiczność.

Podczas koncertu szczęśliwcy mogli zaopatrzyć się w fizyczne nośniki oraz merch prosto od zespołów. Niestety pośpiech był wskazany i najciekawsze egzemplarze szybko znikały z oferty. W niektórych przypadkach wręcz w ogóle nie dojechały do Polski, wyprzedane na wcześniejszych odcinkach tras. Dodatkowo z bogatą ofertą drugiego dnia zaprezentowało się Ossuary Records, a podczas całego festiwalu organizatorzy zadbali o strefę gastronomiczną z urozmaiconą ofertą.

Czy to wydarzenie dało potwierdzenie siły Heavy Metalu czy obnażyło jego bolączki? Odpowiedź na pewno nie jest prosta i jednoznaczna.  Topowe zespoły młodego pokolenia w wyśmienitej formie scenicznej wsparte weteranami mogły dawać nadzieję na „Sold Out” i spokojny sen garstki pasjonatów-organizatorów, zwłaszcza przy niezbyt dużej pojemności lokalu. Frekwencja, zwłaszcza w piątek, została poprawiona względem ubiegłego roku. Nowa lokalizacja pozwoliła lepiej rozkoszować się dźwiękami, zamiast tracić czas szukania miejsca gdzie „coś słychać”, jak to miało miejsce w Remoncie. Niemalże rodzinna atmosfera pośród publiczności była powodem pasjonujących dyskusji, mnogości radości i uczucia uniesienia malującego się na obliczach uczestnikach. Mniej liczne grono drugiego dnia może jednak rodzić pytanie czy jest sens organizować wydarzenia w takiej formule kolejnych latach? Mam nadzieję, że Helicon Promotion dostrzeże niewątpliwy sukces swojego działa, wprowadzi drobne korekty organizacyjne i nie zostawi fanów klasycznego grania samych z ich rozpalonymi zmysłami, ale będzie w dalszym ciągu dzierżyć płonącą pochodnię i miecz prawdziwego metalu. In Helicon We Trust! 

Łukasz Ragnus

rightslider_001.png rightslider_004.png rightslider_002.png rightslider_005.png rightslider_003.png

Goście

5221113
DzisiajDzisiaj15
WczorajWczoraj4357
Ten tydzieńTen tydzień11547
Ten miesiącTen miesiąc29047
WszystkieWszystkie5221113
3.226.72.194