Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 83sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

gojiraark m

opethark m

accept nowa datadaw m

 

ROGER WATERS - The Wall

 

(2015 Columbia/ Legacy Recordings)
Autor: Włodek Kucharek
rogerwaters-thewall m
Tracklist:
CD 1
1. In the Flesh?
2. The Thin Ice
3. Another Brick in the Wall, Pt. 1
4. The Happiest Days of Our Lives
5. Another Brick in the Wall, Pt. 2
6. The Ballad of Jean Charles de Menezes
7. Mother
8. Goodbye Blue Sky
9. Empty Spaces
10. What Shall We Do Now?
11. Young Lust
12. One of My Turns
13. Don't Leave Me Now
14. Another Brick in the Wall, Pt. 3
15. Last Few Bricks
16. Goodbye Cruel World
   
CD 2
1. Hey You
2. Is There Anybody Out There?
3. Nobody Home
4. Vera
5. Bring the Boys Back Home
6. Comfortably Numb
7. The Show Must Go On
8. In The Flesh
9. Run Like Hell
10. Waiting for the Worms
11. Stop
12. The Trial
13. Outside the Wall
   
SKŁAD:
Roger Waters (wokal/ gitara/ bas)
Dave Kilminster (gitara)
Snowy White (gitara)
G.E.Smith (gitara)
Jon Carin (instr. klawiszowe)
Harry Waters (organy Hammonda/ fortepian)
Graham Broad (perkusja)
Robbie Wyckoff (wokal)
Jon Joyce (chórki)
Pat Lennon (chórki)
Mark Lennon (chórki)
Kipp Lennon (chórki)
   
Zadanie, które mam w tym tekście do wypełnienia można uznać- co zabrzmi może paradoksalnie- za jednocześnie łatwe i trudne. Łatwe, ponieważ pisząc cokolwiek o legendarnym albumie Pink Floyd „The Wall” „walczymy” raczej z nadmiarem materiałów źródłowych zebranych w różnych archiwaliach, nie grozi nam posucha w tej kwestii, raczej stajemy przed dylematem, jakiego dokonać wyboru, chcąc przedstawić istotę problemu. Do dyspozycji czytelników zamierzających uzupełnić swoją wiedzę na ten temat znajdują się obok płyt audio, także wiele opracowań książkowych różnych autorów, wśród nich autobiograficzna pozycja wydawnicza „Moje wspomnienia”, autorstwa perkusisty grupy Nicka Masona. Wspaniałym źródłem informacji, ale przede wszystkim przeżyć jest- według mojej opinii- znakomity film Alana Parkera „The Wall” z 1982 roku, który miałem przyjemność obejrzeć kilkadziesiąt razy (tak, nie przejęzyczyłem się, kilkadziesiąt!). Natomiast trudność tego przedsięwzięcia polega na tym, jakimi słowami wypełnić tekst, żeby nie stał się kalką, powtórzeniem wielokrotnie „przemielonych” opinii, analiz czy dywagacji. Zdaję sobie doskonale sprawę, że pisząc o koncertowym wydaniu „The Wall” nie będę w stanie uniknąć raf w postaci klonowania pewnych zakresów wiedzy. Rockowi fani przynależący do ciut starszego pokolenia czytając poniżej zamieszczone frazy pokiwają zapewne głową, bo dla nich to żadna nowość. Może tylko ci najmłodsi gorączko zaczną poszukiwania w swojej głowie, zastanawiając się, gdzie ja już coś podobnego czytałem. Jestem świadomy, że Ameryki nie odkryję, dlatego proszę o wyrozumiałość.
Legenda „The Wall” trwa praktycznie od dnia publikacji tego koncept- albumu, czyli od 30 listopada 1979, łatwo policzyć stosując „wyższą” matematykę, blisko 37 lat. Jest to jeden z najwspanialszych rozdziałów historii muzyki rockowej i jeszcze długo nim pozostanie. I wybaczcie Drodzy Przyjaciele Rocka, bo być może nie jest to zgodne z Waszymi poglądami, ale jeszcze długo nie narodzi się płyta naszej ukochanej muzyki, która dołączy do Panteonu, czyli do grona tych najwybitniejszych albumów rocka, w którym „The Wall” znalazł sobie poczesne miejsce kilkadziesiąt lat temu. Takie są fakty, a z faktami jak wiadomo się nie dyskutuje. Może tak zdecydowana opinia jest bezczelnością z mojej strony, być może wielu słuchaczy stanie w opozycji, wymieniając innych wykonawców, ale ja pozostanę przy swoim stanowisku. Siwizna resztek moich włosów i bagaż doświadczeń życiowych, także tych muzycznych, pozwala mi na głoszenie takich prawd. „The Wall” to potęga, dzieło wielkie, ponadczasowe, także w kwestii zawartości tekstowej, posiadające walory edukacyjne, nauczające tolerancji, szacunku do innego człowieka, niezależnie od jego koloru skóry, religii, poglądów. Kto nie wierzy, niech obejrzy obraz Alana Parkera, jakże proroczy na tle współczesnych zdarzeń. Na tej uwadze zakończę, bo HMP to nie jest forum prezentacji własnych przemyśleń dotyczących polityki bądź spraw społecznych. Longplay „The Wall” to także symbol, bo należy do ostatnich dokonań studyjnych Pink Floyd, zarejestrowanych w klasycznym, czteroosobowym składzie, ponieważ na końcowym etapie prac Richard Wright został zmuszony przez Rogera Watersa do opuszczenia zespołu. Nie będę tracił energii na opisywanie fabuły albumu, gdyż każdy chętny dotrze do scenariusza własną drogą, wspomnę tylko, że jest to, według oficjalnych notowań, najczęściej sprzedawana podwójna płyta na całym świecie. Materiał z albumu „The Wall” znalazł się także w programie licznych koncertów członków zespołu, w czasie których wykonywano liczne wersje zebranych na nim utworów. Z wywiadów zarówno a Davidem Gilmourem, jak też Rogerem Watersem wynika, że spektakl „The Wall” to potężne wyzwanie na każdym polu, logistycznym, finansowym, artystycznym. Sam, ku swojej wielkiej radości i dumie, byłem naocznym świadkiem takiego zdarzenia, stojąc 21 lipca 1990 roku na Placu Poczdamskim w Berlinie, wśród- według oficjalnych danych policyjnych- ponad 300 tysięcy fanów z całego świata (statystyki służb miejskich stolicy Niemiec mówią o blisko pół milionie zebranych). Pomimo upływu 26 lat nie zapomnę swojego wzruszenia i fascynacji do końca życia, chociaż gadanie, że słuchałem i oglądałem to przedstawienie w przyzwoitych warunkach, byłoby grubym nadużyciem. No ale czego można się było spodziewać w takim tłumie? Pytanie retoryczne. Ale nigdy nie zapomnę, pomimo, eufemistycznie mówiąc, nie najlepszego nagłośnienia, tych wszystkich wykonawców, których Roger Waters zaprosił na scenę ( m.in. Paul Carrack, Cyndi Lauper, Sinéad O’Connor, Joni Mitchell, Bryan Adams, Scorpions,  Van Morrison). Ważne było także przesłanie tej akcji charytatywnej, mianowicie  wszyscy artyści zrezygnowali ze swojej gaży, a zebrane w ten sposób pieniądze (6 milionów wtedy jeszcze marek zachodnioniemieckich) trafiły na konto fundacji World War Memorial Fund for Disaster Relief  (fundacja powstała w 50 rocznicę wybuchu  II wojny światowej, cel
pomoc ofiarom katastrof). Po fakcie znaleźć można było w mediach mnóstwo uwagkrytycznych, od interpretacji songów oryginalnych, po przerost formy nad treścią, aż po zupełnie bezsensowne uwagi, że finał stanowiła pieśń „The Tide Is Turning”, z solowego albumu Watersa „Radio K.A.O.S.” (1987), nieobecna, co było oczywiste, w oryginale na płycie „The Wall”. Moja reakcja na te zarzuty jako słuchacza przed Bramą Brandenburską „na żywo” mogła być tylko jedna, obojętne wzruszenie ramion i myśl „chyba ich wszystkich pogięło”.
Ale powróćmy w trybie expressowym do historii powstania tego najnowszego dzieła Rogera Watersa, określanego przez niektórych mianem „definitywnej edycji”, czyli sugerującego, że w kwestii „The Wall” nikt już nie będzie „majstrował” i trudno o dzieło pełniejsze programowo. Odpowiedź na taką wątpliwość przyniesie zapewne przyszłość, ale jednego tej publikacji odmówić nie wolno, staranności wydania. Mnogość form edycji może doprowadzić do „oczopląsu”, no bo przeanalizujmy: potrójny „czarny” longplay, dwa dyski blu-ray, podwójny kompakt i DVD (łącznie strona muzyczna plus inne materiały 157 minut). W ogóle wersja wizyjna potraktowana została przez autorów w takich samych kategoriach jak sztuka filmowa, czyli obok producentów, wymienieni zostali także reżyserzy w osobach Rogera Watersa oraz Seana Evansa.
Rozpocznę swoją relację od treści ostatniej zwrotki songu „Hey You” inaugurującego drugi, koncertowy dysk. Dlaczego? Racjonalnie nie potrafię tego wyjaśnić, wiem tylko, że od początku istnienia płyty „The Wall”, czyli przypominam, od 1979 roku ten fragment epopei przypadł mi najbardziej do gustu, zarówno pod względem czysto muzycznym, jak też warstwy słownej.
    
Hej ty, tam na drodze
Zawsze robisz to, co ci każą,
Możesz mi pomóc?
Hej ty, tam za ścianą,
Tłukący butelki na korytarzu,
Możesz mi pomóc?
Hej ty, nie mów mi, że nie ma żadnej nadziei.
Wspólnie stoimy, podzieleni upadniemy.
   
Był 15 września 2010 roku. Toronto w Kanadzie. To miasto wybrał Roger Waters jako miejsce startu swojego najbardziej spektakularnego tournee w karierze, do którego pasują określenia poprzedzone wyłącznie przedrostkiem stopnia najwyższego „naj-„. Założenie jest proste, żaden z naocznych świadków tego show nie powinien do końca życia zapomnieć ogromu przedstawienia, rozmachu, perfekcji. Równo trzy lata później dochodzi w Paryżu do ostatniego aktu spektaklu koncertowego. W wymiarze komercyjnym jest to najbardziej udane, zakończone kosmicznym sukcesem przedsięwzięcie „live” rockowego artysty solowego, pomimo prozaicznego, dla stąpających twardo po ziemi  faktu, że według różnych szacunków koszty jego wyprodukowania przekroczyły 60 milionów dolarów! Jaką wysokość osiągnął dochód oficjalne dane milczą. Kryteria, według których zaprojektowano i zrekonstruowano scenę przekraczają wszelkie wyobrażenia. Zanim je inżynieryjnie  wdrożono wielu współpracownikom wydawało się, że to coś w rodzaju „mission impossible” i przekracza możliwości ekipy towarzyszącej Watersowi. Jak przebić dokonania inscenizacji w Berlinie z okazji upadku Muru Berlińskiego? Jak stworzyć coś doskonalszego? Jak oddać ducha „The Wall” przed tysiącami słuchaczy, tak, żeby odczuli na własnej skórze fluidy wielkości tego ponadczasowego dzieła i jego przesłania? Misterium? Magia? Geniusz? Sadzę, że w każdym przypadku odpowiedź brzmi „Tak”. Daleki jestem od gloryfikowania tego wydarzenia kulturalnego, gdyż łatwo wpaść w przesadę i egzaltowany ton komunikatu, ale nawet stojąc z boku i oceniając całość „chłodnym okiem” trudno zachować się racjonalnie w konfrontacji z majestatem tego przedstawienia. I jeszcze jedna kwestia. Co uczynić, żeby w tym medialnym zgiełku nie zaginęło to, co jest najważniejsze, oczywiście MUZYKA? Watersowi się udało!
Nie zagubił w tym audiowizualnym teatrze istoty konceptu wypracowanego, „ubranego” w niekiedy bolesne słowa przed laty. Brzmienie jest fantastyczne, kwadrofoniczne efekty porażające. Muzycy bez zarzutu. A „dziadek” Waters zadziwia- nie wypominając temu panu siedemdziesiątki na karku- stabilnym, silnym i klarownym głosem. Cegła po cegle podczas pierwszej części koncertu stawiany jest potężny Mur, aż do momentu, gdy gotowa konstrukcja, metafora psychicznej izolacji autora tekstów, przejmuje funkcję gigantycznego ekranu służącego do projekcji społeczno- politycznego credo Watersa: kategoryczny przeciwnik wojny, kapitalizmu, globalizmu jako przyczyn między innymi panującego na świecie głodu.
W czasie każdego koncertu jego program oddaje wiernie punkt po punkcie zawartość oryginału, czyli albumu studyjnego. Z jednym wyjątkiem. W części pierwszej, pomiędzy klasykami „Another Brick In The Wall, Part 2” a „Mother” pojawia się utwór „The Ballad Of Jean Charles de Menezes”, najpierw intro prowadzone przez Rogera na gitarze akustycznej i jego syna Harry’ego na organach, później do kompozycji wkraczają bas, perkusja, gitara elektryczna i chór. Słowa tej pieśni przytaczam poniżej:
   
 „W zasadzie, to była tylko kolejna cegła w murze.
Ogólnie rzecz biorąc, byliście tylko kolejną cegłą w murze.
  
Po prostu kolejna pomyłka,
Po prostu kolejne kiepskie wywołanie,
Po prostu kolejny grzmot.
     
I ten cały krąg pustych przeprosin
tych winnych z Whitehall.
I nie ma tu cienia smutku,
w wybielaniu muru.
  
I nic się nie zmienia.
Pozostałość po Jean Charles de Menezes,
To po prostu kolejna cegła w murze”.
   
Kim jest bohater tego songu? Brazylijczyk, pracujący jako elektryk w Londynie. Zastrzelony przez policję na stacji londyńskiego metra. Podejrzany za dokonanie zamachu w lipcu 2005 w Londynie, w czasie którego zginęły 52 osoby. Po jego śmierci okazało się, że nie miał żadnego związku z tymi wydarzeniami. Niepotrzebna śmierć.
Muzyka to dobro globalne, należy do całej ludzkiej cywilizacji. Takim dobrem był, jest będzie zapis muzyki na płycie „The Wall” w koncertowym wydaniu. Licytacja w tym miejscu podważająca to twierdzenie wydaje się niepotrzebna. Nasza, czyli słuchaczy i widzów rola, nie pozostawia nam zbyt wielkiego pola manewru i ogranicza się wyłącznie do akceptacji tego królewskiego dzieła. Każdy, kto wpadnie na szalony pomysł i podejmie zmasowaną krytykę narazi się na śmieszność. Tak jak naturalną reakcją będzie przyznanie racji głosom, że także najnowsze dzieło Watersa nie jest pozbawione wad. Niektórych drażnić będzie gigantyzm przedsięwzięcia, inni „czepiać” się będą pewnych delikatnych korekt muzycznych w oryginale. Ale to przecież wszystko szczególiki. Bo ta muzyka była wspaniała, gdy świat o niej usłyszał w roku 1979 i do dnia dzisiejszego nie straciła swojego blasku. Bo kto nie przeżywa dreszczy wzruszenia przy słuchaniu partii solowej gitary w „Comfortably Numb”? Kogo nie wzrusza nastrojowość „Hey You”? Kto nie czuje się przerażony wymową „Run Like Hell”? Pytania retoryczne. Ta muzyka emituje emocje i staje się ich impulsem, zarówno emocji pozytywnych, jak też negatywnych. Ale gdy już zaczniemy jej słuchać, wciąga nas jak gigantyczny wir, zostajemy wchłonięci bez reszty, zniewoleni zarówno jej pięknem, jak programową brzydotą. A gdy ktoś zada sobie trud, poznania treści, to ogarnie go zdziwienie, jak aktualne i prorocze teksty stworzyli autorzy i jakie treści stara się przekazać album Pink Floyd. I nie ma w tym punkcie znaczenia, czy jest to wersja Watersa czy Gilmoura. Na tym polega ponadczasowość tego dzieła. A wydawnictwo dokumentujące cykl koncertów tego pierwszego z wyżej wymienionych tylko tę tezę potwierdza.
Warto poświęcić kilka godzin, aby, dla większości- tak sądzę- powrócić do tych dźwięków audio zarejestrowanych na dwóch dyskach, a niejako bonusowo obejrzeć film, z tego, jak to się modnie współcześnie mówi, eventu.
Ocena 6/ 6
Włodek Kucharek

145_wrona.png 142_badtaste-baner156x600.png 144_mag_158x600px_72_dpi.jpg 143_eskalacja-singiel-158x600-singiel.png

Goście

3994017
DzisiajDzisiaj156
WczorajWczoraj1029
Ten tydzieńTen tydzień2375
Ten miesiącTen miesiąc25287
WszystkieWszystkie3994017
44.200.136.171