Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 67sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

kreator plakatk m

accept plakath m

fates warning plakatn m

cradle of filthf m

cradle of filithz m

dr.living.dead plakatz m

magnum2018 new m

roting christ plakatz m

news nr 4 m

korpiklaani plakath m

40-lecie toto w tauron arenie krakwt m

sepultura plakatz m

rhapsodz plakatz m

black label society plakatf m

trivium plakatg m

metalmania plakatg m

frost and fire m

camel ebiuletynf m

exodus plakat katowice 250 m

judaspriest posterb1 m

king crimson m

deeppurple posterb1e m

anathema plakatz m

roger waters plakatu m

powerwolf plakatz m

nightwish plakatz m

annihilator plakatz m

batushka plakatz m

 

Grand Magus - Kraków - 2.11.2017

GRAND MAGUS - Klub Kwadrat - 2 listopada 2017 

Muszę przyznać, że jestem grandmagusową neofitką. Szwedów widziałam kilkakrotnie, ale ogromnie wrażenie zrobili na mnie dopiero w tym roku, na koncercie na małej, namiotowej scenie na Wacken Open Air. Dlaczego? Mogę to zrzucić na karb „studyjnej” atmosfery lub na obecność samych zainteresowanych osób wśród publiki (wszak przy tej ilości scen na Wacken ludzie chodzą na występy w miarę przemyślanie). Myślę jednak, że prawdziwa przyczyna tkwi w repertuarze zespołu. Kiedy Grand Magus orbitował wokół metalu zaprawionego doomem, a nawet stonerem, budził moje mniejsze zainteresowanie. Od kiedy szala przeważyła się na rzecz heavy metalu i epickich naleciałości, skradł moje serce. Z takim zapałem wybrałam się więc na krakowski koncert. Względem tego na Wacken miał wielką zaletę – był dużo dłuższy. Zespół wciągu nieco ponad godziny zagrał 14 kawałków nie brnąc w przerywniki w postaci przerysowanych pogadanek z publiką, długiego oczekiwania po zejściu ze sceny pod koniec gigu czy długich solowych popisów.

To, co stanowiło o mocy koncertu Grand Magus to wyraziste, dobitne brzmienie basu. W utworach takich jak ”Iron Will” wręcz  imitujące bitewne kotły zagrzewające do walki. Zespół tworzy jedynie trzech muzyków, ale energia i potęga jaka bije ze sceny jest porównywalna z siłą oddziaływania orkiestry. Siła i energia. Brzmienie i gęstość to inna sprawa. Dzięki temu, że tempa są średnie, a riffy niegęste taki koncert można znakomicie nagłośnić tak, że dokładnie słychać każdy instrument, a brzmienie nie pływa i nie chowa niektórych elementów. Wszystko było świetnie słyszalne, mocne i pełne tupetu. Tak, bas tworzył krakowski koncert. Energię podbijały wokale JB, który wycina skromne, wręcz ascetyczne riffy, czasem niewymyślne (skopiowane z Black Sabbat czy Manowar), ale układa takie linie melodyczne, które świetnie korespondują z siłą basu. Niestety JB nie miał tego dnia szczytowej formy, albo zwyczajnie się oszczędzał. Nie przeszkadzało to jednak wyśpiewać wszystkich hymnów tak, że przy prawie każdym wersie wtórowała mu publiczność. Jeden z niej, za swoje wokalne zaangażowanie został zauważony przez JB – celny wybór, okazał się bowiem wokalistą krakowskiego doom metalowego Monasterium. Jeśli chodzi o zaangażowanie publiki, brakowało mi jedynie znanego z Wacken śpiewania „oooo oooooo” na melodię z „Hammer of the North” już po zakończeniu koncertu. Na samym jednak utworze śpiewaliśmy na całe gardła.

Zespół zagrał same utwory z ostatnich pięciu płyt stawiając na estetykę wczesnego Manowar, a tytuł trasy „Sword Songs” odpowiadał raczej ogólnemu wyrazowi tego stylu niż  stricte promowaniu trasy, bo wbrew pozorom, z ostatniej płyty Szwedów zagrano tylko trzy utwory, tyle samo co z innych krążków. Muzyce doskonale odpowiadał wizerunek kapeli. Niegdyś kojarzył mi się on odrobinę niechlujnie, ostatnio zespół prezentuje się na scenie lepiej, co na pewno trafniej koresponduje z tym, co gra.

Występ Grand Magus poprzedzony był koncertem dwóch kapel – belgijskiego speed metalowego Evil Invaders oraz australijskiego Elm Street, który gra rozszalały heavy metal z wrzaskliwymi, nieco nietypowymi dla tej stylistyki wokalami. Wiele osób podkreślało, że największe wrażenie zrobiła na nich jednak okładka ich drugiej płyty rozpięta jako banner – zrobiona przez kultowego twórcę okładek Manowar, Kena Kelly’ego. Oba występy nagłośnione były tak, że wiele elementów ginęło. Grały one jednak na tyle gęstą i szybką muzykę, że można było brać to pod uwagę. Niewątpliwie ich energia na scenie odciągała uwagę od nie do końca udanego brzmienia.

Katarzyna „Strati” Mikosz

119_hf_158x600px_eu.gif 120_helloween_158x600px_eu.gif 123_bg_158x600px_eu.gif 121_destruction_158x600px_eu.gif

Goście

919603
DzisiajDzisiaj158
WczorajWczoraj2185
Ten tydzieńTen tydzień4191
Ten miesiącTen miesiąc30073
WszystkieWszystkie919603
54.163.39.19