Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 72sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

retrospective trasa pl m

ram plakatx m

riversidezyx m

dog eat dog 2019 abk fall instastory posterzyx m

female metal voices festival vol4 plakat m

psychotic waltz plakatx m

protector plakat m

mh plakat b

mortis plakat m

praying mantis plakat m

hitten plakatz m

true thrash fest m

ghost plakatz m

sacred reichs m

sacred reich plakatc m

alterbridge posterb1zyx m

exumer plakat m

voivod plakatzyx m

metalowa-wigilia-2019-web-posterzyx m

deeppurple-poster m

dreamtheater-poster m

rhapsodyoffire-posterb1 m

hammerfall posterb1 m

lamb of god i kreator plakat m

mystic festival 2020 m

Overkill, Destruction, Flotsam And Jetsam, Chronosphere - Wrocław - 12.03.2019

Overkill, Destruction, Flotsam And Jetsam, Chronosphere - A2 - 12 marca 2019

Za nami kolejne święto fanów thrash metalu! We wtorkowy wieczór w Centrum Koncertowym A2 we Wrocławiu odbyła się tegoroczna odsłona trasy Killfest, której przewodniczą weterani z New Jersey – OverKill. Tym razem na towarzyszy w trasie wybrali sobie starych znajomych w postaci legendy niemieckiego metalu, Destruction, i kolegów zza wielkiej wody - Flotsam And Jetsam. Kto nie był, może żałować, bo okazało się, że każda z tych załóg wciąż gra żywiołowe koncerty.

Na początku jednak pojawił się grecki Chronosphere. Rola tak zwanego rozgrzewacza nie jest łatwa, ale tego wieczoru młodzi adepci sztuki thrash metalu nie mieli pod górkę. Zaproponowali może mało odkrywczą twórczość, ale zachęcili paręnaście osób do umiarkowanej zabawy. Wiadomo było, kto będzie wzbudzać emocje – nikt nie oczekiwał też po supporcie czegoś wybitnego. Wielu ludzi ten czas wykorzystywało pewnie na picie piwa lub wybór czegoś z okazałego merchu gwiazd wieczoru. Na koniec setu odegrali swoją wersję klasyka „Ace Of Spades” i, przy nieśmiałych brawach, zrobili miejsce dla Flotsam And Jetsam.

Scenę przyozdobiły motywy z ostatniej płyty Amerykanów. Krążek „The End Of Chaos” zebrał pozytywne recenzje, ale o większej liczbie utworów zagranych na żywo można było pomarzyć. Niestety, Flotsam And Jetsam dostali raptem niecałe pięćdziesiąt minut. Ekipa charyzmatycznego wokalisty Erica Knutsona wykorzystała je jednak wybornie. Zagrali naprawdę porywający koncert. Widać, że sprawiało im to niesamowitą frajdę, co zachwyciło publiczności. Skromny występ oparli na flagowych utworach – „Desecrator”, „Hammerhead” i „No Place For Disgrace”, do których dołożyli porcję nowych w postaci „Prisoner of Time” i „Demolition Man”. Gdzieś w środku był jeszcze „Iron Maiden” (z płyty „Flotsam And Jetsam”) napisany w hołdzie dla „jednego z najlepszych zespołów”, jak zapowiedział wokalista. Muszę przyznać, że chętnie wybiorę się na pełny koncert. Zabrzmieli dla mnie najbardziej heavy metalowo ze wszystkich kapel tego wieczoru i pokazali, że dają radę.

Minuty nieubłaganie popędzały technicznych do zmiany dekoracji. Szybka próba dźwięku i na scenę skąpaną w czerwonych światłach wkroczyło czterech muzyków Destruction! Od pierwszych sekund wiadomo było, że będzie to zupełnie inny występ. Dzikość. Szorstkość. Niemiecki thrash z otchłani piekieł. Czy po latach bycia w trio koledzy z Sodom zainspirowali zespół do grania w czwórkę? Nie sądzę. Destruction już w końcówce lat 80. próbowali sił w kwartecie. Z dobrym skutkiem. Teraz ich numery nabrały mocy. Schmier (bas, wokal) i Mike (gitara) mogli sięgnąć chociażby po kapitalny „Release From Agony”. Co za uczta! Widziałem już parę razy niemiecką ekipę i ich koncerty wspominam bardzo pozytywnie. Tym razem też nie zawiedli – „Curse The Gods” na początku rozgrzał publiczność do czerwoności, „Nailed To The Cross” podtrzymał temperaturę, a „Mad Butcher”, „Life Without Sense”, „Total Desaster” spowodowały istny amok. Nieustanny headbanging i spory młyn dostarczył wrażeń muzykom, którzy sprawiali wrażenie zadowolonych. Na scenie sporo ruchu – nowy gitarzysta Damir Eskić bardzo swobodnie czuł się wśród starszych członków zespołu. Bez litości dla zebranych Destruction przygotowało zabójczy finisz w postaci „Thrash Till Death” i „Bestial Invasion”, przy którym na dobre otwarły się już wrota podziemnych czeluści…

Gdy jeszcze dało się słyszeć jęki potępionych dusz, przy skandowaniu nazwy niemieckiej machiny, szybkim krokiem na scenie pojawili się już ludzie odpowiedzialni za zmianę scenografii. Wiadomo było, że czeka nas dłuższa przerwa, ale mało kto odważył się ruszyć z dobrego miejsca pod barierką. Po piekle przyszedł czas na nowojorskie królestwo nietoperzy. To miał być mój trzeci kontakt na żywo z Overkill. Każdy kończył się dochodzeniem do siebie przez kilka dni. Nie chcę powiedzieć, że się bałem. Raczej czułem coś w rodzaju ekscytacji, że po raz kolejny będę świadkiem niesamowitej energii i pozytywnego szaleństwa. Ten zespół to już marka. Można było być pewnym, że nie zawiodą. Bez zbędnego prężenia muskułów. Myślę, że wpływ ma na to stabilizacja składu.

W obecnym grają już… prawie dwadzieścia lat! To o czymś świadczy, prawda? Jedynie perkusista zmienił się w zeszłym roku, ale poprzednik zajmował miejsce aż lat dwanaście. Overkill to monolit. Grupa, która może pozwolić sobie na napisanie logo na wzmacniaczach taką samą czcionką jak słynna firma je produkująca. Oni po prostu mogą.

Przy dźwiękach rozpoczynających „Last Man Standing” wrzawa osiągnęła apogeum. Ścisk niemiłosierny. W końcu są. Dla wielu bohaterowie wieczoru. Płyta „The Wings of War” wyszła stosunkowo niedawno, ale fani byli przygotowani. Mocarne brzmienie i oślepiające stroboskopowe światła. Pod sceną ciasno, ochrona miała dużo pracy przez cały koncert. A Overkill wtłaczał w nasze głowy kolejne kawałki. Wiadomo było, że oprócz reprezentacji nowego albumu, będą się pojawiać żelazne klasyki. Doświadczenie muzyków pozwala tak ułożyć program, żeby każdy był zadowolony. Uraczyli też niespodziankami. Przez chwilę jeszcze rzecz relatywnie świeża – „Electric Rattlesnake” – ale już zaraz był pretekst do rozkręcenia zabawy na całego. Po krótkiej przemowie Bobby „Blitz” Ellswortha poleciały „Hello From The Gutter”, „Elimination” i „Deny The Cross”. Co jakiś czas po prostu stałem nieruchomo, wpatrując się w tych gości. Po lewej stronie, wyraźnie tego wieczoru tryskający humorem, Derek „The Skull” Tailer. Po prawej jego towarzysz gitary, nieco statyczny, Dave Linsk. Na podwyższeniu, mający za plecami wielki motyw okładki najnowszego albumu, Jason Bittner, uwijający się jak w ukropie. Środkiem sceny zawładnęli basista DD Verni oraz wspomniany już Blitz. Czapki z głów przed tym człowiekiem. Facet rocznik 1959, po zawale, a kondycji i werwy niejeden w A2 pewnie mu zazdrościł. Szalenie charyzmatyczny frontman, trzymający publiczność w garści, niezwykle swobodnie czujący się na scenie, mimo tylu lat - nadal mający błysk w oku. Pięknie nas rozbujał drugi nowy kawałek „Distortion”. Jaka to była moc! Trochę później niespodzianki. Przynajmniej dla mnie – „Under One” i zabójczy „Bastard Nation” z albumu „W.F.O.”. Bas gęsty i brzmiący jak zasilany starym silnikiem diesla spychacz. Tnące riffy. Solówki przypominające wiertarkę udarową. Thrash metal najwyższej próby. Przed bisem Overkill zagotował mosh pit numerami „Feel The Fire” i „Rotten To The Core”. Zanim zabrzmiały ostatnie kompozycje, nastała chwila przerwy. Można powiedzieć, że zesłana przez jakiegoś łaskawcę… Jednak wszyscy wiedzieliśmy, że wrócą. Że jeszcze muszą nas dobić. Usłyszeliśmy trzy kawałki, po których już nikt nie miał chyba wątpliwości, jaką potęgą na żywo jest Overkill. Najpierw rozpędzony „Ironbound” ze świetną pracą gitar znów wprawił w ruch publiczność. Dziką euforię podtrzymał i nie puścił już do końca „Fuck You”, podczas którego każdy mógł bezkarnie pokazać w stronę sceny środkowy palec. Już na sam koniec spadł na głowy cios w postaci „Welcome To The Garden State”, ostatniego reprezentanta „Wings of War”. Ci faceci wiedzą, jak wykańczać publiczność! Numer na żywo dostał takiego animuszu, że na płycie przypomina raczej piosenkę harcerską. Jeszcze tylko krótki powrót do refrenu „Fuck You” i muzycy definitywnie znikają za kulisami.

W A2 zapaliły się światła i tłum powoli topniał. Niektórzy szli jeszcze na ostatnie piwo, kto inny kupował koszulki albo czekał już w kolejce do szatni. Na gorąco, ze znajomymi, wymieniałem spostrzeżenia na temat koncertów. Nie było nikogo, komu by coś nie pasowało. Wszystkie trzy występy wywarły duże wrażenie i były zupełnie innym podejściem do thrash metalu. Jak się mogliśmy przekonać, każdy na swój sposób, perfekcyjnym.

Adam Widełka

128_msf_158x600px_eu.gif 129_exhorder_158x600px_eu.gif 125_sonataarctica_158x600px_eu.gif 125_destruction_158x600px_eu.gif 120_baner.gif 127_velesar_maly_baner_reklama_hmp2.png

Goście

2433475
DzisiajDzisiaj2468
WczorajWczoraj3746
Ten tydzieńTen tydzień6214
Ten miesiącTen miesiąc60092
WszystkieWszystkie2433475
18.205.109.82