Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 83sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

death to allark m

summer jazz festival 2022krakow m

 

paradise lostark m

gojiraark m

slipknotark m

opethark m

accept nowa datadaw m

 

Black Silesia Open Air V – 10-11.06.2022 [Zdjęcia]

 

black silesia open air v mBlack Silesia Open Air V - Gród Rycerski w Byczynie - 10-11 czerwca 2022

Never Fucking Relax

To hasło przyświeca festiwalowi organizowanemu przez Black Silesia Productions. Nie rozumiałem dlaczego, ale jak wszedłem na teren grodu rycerskiego w Biskupicach (obok Byczyny), to od razu przyszło olśnienie! Nigdzie, oprócz ławek po bokach wewnątrz budowli (gdzie były koncerty), nie można było usiąść. W sensie, żeby zamulać z napojami i żarciem, bo jak ktoś chciał to miejsce znalazł. W dwa dni – piątek i sobota – miał liczyć się tylko metal i młyn pod sceną.

Niestety, Black Silesia Open Air V był moim pierwszym i być może ostatnim, choć frekwencja podobno była zadowalająca w tym roku, co może dawać nadzieję na kontynuację festiwalu w przyszłości. Straszny ogarnąłby mnie smutek, jak i wielu maniaków, gdyby się skończyło. Muszę przyznać, że od razu mi się spodobało. Wszystko naprawdę super – począwszy od cholernie klimatycznej miejscówki, przez smaczne żarcie (Krulleski burger) i duży wybór płyt czy innych suwenirów po łamiący kości zestaw kapel jakie miały zagrać.

            

Dzień 1 / 10.06.2022

Przyjechaliśmy z kolegami około godziny 15:30 celując na występ pochodzącego z Bośni i Hercegowiny zespołu BOMBARDER. Szczerze – był to mój pierwszy kontakt z twórczością tej legendarnej bałkańskiej kapeli. Wyszli w pełnym słońcu i rozpętali prawdziwe szaleństwo. Od pierwszych sekund występu pod sceną kotłowało się na całego. Nikt nie narzekał na temperaturę, a ze sceny wylatywały kolejne strzały. Totalny speed/thrash, który świetnie nastroił na cały dzień, ale i okazał się dla mnie jedną z ciekawszych propozycji. A to był dopiero początek! Panowie nie oszczędzali się, a gitarzysta dwa razy zdecydował się wylecieć z gitarą w środek publiczności, co tylko potwierdzało jak mocno udzielała się muzykom atmosfera miejsca i reakcja ludzi. Wokalista dziękował za przyjęcie i podkreślał, że jechali kupę kilometrów by móc zagrać dla takich maniaków! Zresztą był to ich pierwszy koncert poza Bałkanami od ponad 30 lat!!!

Chwilę po nich na deski sceny wszedł Doombringer z Kielc. Nie oglądałem tego koncertu za długo, ale na tyle, na ile przebywałem wewnątrz grodu, była to muzyka łącząca death z black. Dość natchniona, sprawnie grana, ale postanowiłem trochę pokręcić się po terenie i zebrać siły, tym bardziej, że kolejnym punktem programu był amerykański Omen.

No zaczęło się podnosić ciśnienie. Dzień pierwszy wszedł w decydującą fazę. Słońce jeszcze wysoko, pod sceną gęsto, a występ zalicza legenda US power metalu. Co z tego, że ze starego składu został tylko gitarzysta Kenny Powell? Grupa naprawdę wygląda nieźle, a brzmi jeszcze lepiej. Wokalista Nikos Migus, basista Roger Sisson oraz pałker Reece Stanley pokazali publiczności, że potrafią zagrać naprawdę energetyczne show. Wyciągali zresztą same asy – set lista składała się w sumie z pomieszanych kawałków z pierwszych trzech albumów („Battle Cry”, „Warning Of Danger”, „The Curse”). W sumie czego chcieć więcej? Cały koncert byłem pod sceną, gdzie umęczyłem się za trzech. Warto było jednak wylać siódme poty, bo zespół czuł fluidy w powietrzu i słychać było, że dosłownie niesie ich to do przodu. Chóralne śpiewy, machania głowami i zaciśnięte pięści w powietrzu – tak było przez cały czas. W nagrodę Omen serwował pociski w postaci m.in. „The Axeman”, „The Curse”, „Warning Of Danger”, „Red Horizon” zadedykowane Polsce czy „Don’t Fear The Night” z ciepłym wspomnieniem nieżyjącego już oryginalnego wokalisty J.D. Kimballa. Na koniec Powell zafundował niezłe solo, a definitywnie zamknęli czas siedemnastu kompozycji „Battle Cry” i „Be My Wench”.

Po tak kapitalnym koncercie harmonogram festiwalu nie zakładał odpoczynku. Zresztą, ekhm, Never Fucking Relax! Na scenę już pakował się niemiecki Desaster. Młyn pod sceną rozkręcony na najwyższe obroty. Plugawa atmosfera udzielała się wszystkim. Liczna publiczność nie dawała za wygraną i grupa również nie pozostawała dłużna. Bardzo dosadne granie, osadzone w black/thrash metalu o tematyce głównie satanistyczno-wojenno-nienawistnej. Muzycy szli jak burza. Riffy prute były bez litości, jak i szaleńcze tempa sekcji rytmicznej. Nie był może to dla mnie koncert, na który czekałem z wypiekami na twarzy, ale muszę przyznać, że słuchało mi się tego z przyjemnością.

Każdy kolejny występ był jak cios. Po wystawionym barku, wybitych zębach, przyszła pora na limo pod okiem. Swój „show” rozpoczynał (lekka obsuwa) grubo po 21:00 Death Worship. Kanadyjski projekt faceta o dźwięcznym pseudonimie artystycznym Deathlord Of Abomination And War Apocalypse, który swego czasu grał nawet chwilę w ultra kulcie Blasphemy. Duszny klimat występu przepełniony był nihilizmem i śmiercią. Ściana dźwięku ucinała głowy ale mimo to ludzie pod sceną reagowali entuzjastycznie. Otwarcie mówię – nie moja bajka, choć brzmieli przekonująco. Ja byłem jednak myślami już gdzie indziej.

Ten festiwal przejdzie do legendy chociażby tym, że pierwszy raz w Polsce i to od razu na dwa koncerty zjawił się kanadyjski Exciter!!! W piątek mieli zagrać przekrojowy set, za to w sobotę pierwszy raz w historii swój debiut w całości! Kiedy perkusista/wokalista Dan Beehler, basista Allan Johnson oraz gitarzysta Daniel Dekay wchodzili na scenę było już mocno ciemno. W powietrzu czuć było narastające podniecenie, które eksplodowało z pierwszym uderzeniem. Od razu pierwszy strzał w pysk – „Violence And Force”. Pod sceną amok. Szaleństwo, prędkość, precyzja. Wielka radość z grania, energia i totalny luz. Beehler, mający 60 lat, tłukł w gary jakby podłączony pod agregat. Do tego jeszcze śpiewał zupełnie jak na płytach! A jak skubany pozował do zdjęcia pod gastronomią wyglądał na spokojnego, starszego pana… Lecieli bez litości. Tempo cały czas wysokie, bez jakichś przerw, zbędnych ruchów. Z mocą rakiety szły „Stand Up And Fight”, „Die In The Night” czy „Heavy Metal Maniac”. Lekkie zwolnienie przyszło z „Iron Dogs”, chociaż ten numer śmiercionośnie buja potężnym riffem, ale tak na serio wyhamowali „Black Witch”. Pięknie zabrzmiał ten kapitalny kawałek – rozwijający się, z wywalającą z kapci końcówką. Młody gitarzysta wniósł do Exciter wiele energii, entuzjazmu i umiejętności. Widać było, że granie sprawia mu wiele frajdy ale też był w jakiś sposób dumny, że może dzielić scenę ze swoimi… idolami. Speed metal na najwyższym poziomie. Absolutna dewastacja. Na zbytnie wzruszenie nie było czasu, bo bardzo treściwy koncert zamykały „Pounding Metal”, „Beyond The Gates Of Doom” oraz przyjęty dziko „Long Live The Loud” podczas którego młyn wszedł na najwyższe możliwe obroty. Jeszcze tylko gratulacje dla maniaków, podziękowania i życzenia dobrej zabawy. „Jarajcie zioło i bawcie się w każdy możliwy sposób” – tak rzucił Dekay zapraszając na sobotę i poleciał „Iron Fist” z repertuaru… No, nie żartujcie, że mam napisać?

Kompletnie wyczerpany, słaniający się na nogach poszedłem na chwilę (jednak!) usiąść. Muzycznie piątek powoli się kończył. Księżyc majestatycznie wisiał na czarnym niebie a scenę ozdobiły trzy statywy ubrane w rogi. Morderczy finał w postaci Destroyer 666 stawał się faktem. Przylecieli by dać srogą lekcję black/thrash metalu. Tych, którym wydawało się, że mają jeszcze siłę szybko weryfikował zabójczy set. Młyn pod sceną nie hamował – wręcz przeciwnie – wciąż działał na wysokich obrotach. Liczna publiczność dziko reagowała na kolejne kawałki. Mimo późnej pory głód ekstremalnego metalu pozostawał niezaspokojony. Ten zespół był idealnym wyborem na zamknięcie dnia – tak intensywne granie położyło grzecznie spać wszystkich niedobitych. Muszę przyznać, że lekko zmęczenie dawało znać, więc nie skupiłem się AŻ tak, jednak ciosy Destroyer 666 dosięgły i mnie…

            

Dzień 2 / 11.06.22

W związku z tym, że sobota zapowiadała się równie mocarnie, postanowiliśmy opuścić dwa pierwsze składy (Goatsmegma i Morgal) i dotrzeć bezpośrednio na Ragehammer. Krakowscy black/thrashowcy weszli do rozpiski w ostatniej chwili za chorych na Covid Niemców z Nocturnal Witch i dali naprawdę dobry koncert. Mimo tego, że około godziny 15:30 słońce nie zamierzało odpuszczać, pod sceną było trochę ludzi. Po wyczerpującym piątku (oj tak, oj tak) większość chowała się w cieniu albo jeszcze w ogóle nie miała zamiaru wstać. Set grupy był wyrazisty, oparty o dwa albumy „The Hammer Doctrine” oraz „Into Certain Death”. Na scenie żywioł i oddanie sprawie. To się chwali, że bez kalkulacji chłopaki wyszli by sprać dupska. Muzyka składu była dobrym początkiem dnia i przygotowała grunt pod następną hordę.

Wielu nazwa Deathhammer elektryzowała. Norweska grupa przyleciała do Polski przywieźć zniszczenie, dewastację oraz bluźnierstwo. Szczerze to nie kojarzyłem twórczości Sergeanta Salstena oraz Sadomancera (w Biskupicach z dodatkowymi muzykami). Występ jednak nie dawał powodów, by opuszczać dziedziniec grodu. Było jeszcze trochę wcześnie, ale nikt nie brał serio pod uwagę, żeby się oszczędzać. Ludzi wyraźnie przybyło i młyn zaczął pracować na obrotach, do jakich przyzwyczaił dzień wcześniej. Sama muzyka z chłodnej Norwegii to dość mroczny thrash/speed metal, podany jednak w bardzo interesujący sposób. Zapamiętam ten występ na pewno.

Sobota dla mnie, choć pewnie i dla wielu, osiągnęła około 19:00 punkt krytyczny. Na scenie instalował się właśnie Ross The Boss! Amerykański gitarzysta, znany z tego, że w latach 1980-1989 współtworzył legendarny ManOwaR! A teraz w Byczynie miał zagrać set składający się głównie z utworów tejże grupy! Serce zaczęło bić mocniej, pod sceną tłoczno i w końcu wychodzą. Ross Friedman (tak naprawdę nazywa się lider), Mike LePond na basie, Steve Bolognese na bębnach i wokalista Marc Lopes. Atmosfera podniosła. Brzmienie potężne. W końcu to epicki heavy metal! Poszli od razu z wysoka – „Blood Of The Kings”, „The Oath” oraz „Sign Of The Hammer”. Tempo koncertu dobre, humory muzyków także. Zresztą byli trochę zaskoczeni niesamowitym przyjęciem i odbiorem występu. No ale w końcu to Ross The Boss, podpora ManOwaR i bardzo charakterystyczny gitarzysta, mający swój styl i nie bojący się mierzyć z tymi kompozycjami. Majestatyczny „Dark Avenger”, mocny „Wheels Of Fire”, szaleńczy „Blood Of My Enemies” czy „Black Wind, Fire And Steel” pokazywały, że wystarczyło zamknąć oczy, by przenieść się w przeszłość. Dla mnie w sumie ten koncert był lepszy niż współczesne wcielenie ManOwaR – przynajmniej nie było kiczowatych filmów albo listów do Odyna czytanych na cztery głosy. Liczyła się tylko ponadczasowa muzyka, a takie „Battle Hymn”, „Kill With Power”, „Fighting The World” i „Hail And Kill” dopełniły zniszczenia i wyrzuciły z butów. Publika śpiewała wszystkie numery i z wielkim oddaniem składała hołd muzykom. Energia zebranych maniaków przeszła na zespół, dzięki czemu słychać było, że granie tego wieczoru sprawia im wiele radości. Nawet po koncercie Ross nie tracił animuszu pozując do zdjęć, rozdając kostki i podpisując cierpliwie płyty, kurtki, a nawet… ramiona! Muszę stwierdzić, że lekkie obawy co do kształtu tego występu uleciały krótko po rozpoczęciu. Naprawdę mogę śmiało powiedzieć, że był to jeden z lepszych występów z tych najlepszych podczas tej edycji festiwalu!

Scena w paręnaście minut została zwolniona dla Exciter! Kanadyjska speed metalowa bestia miała zagrać specjalny set – album „Heavy Metal Maniac” w całości. Zresztą, kurczę, dwa dni po sobie oglądać Exciter? Totalny odlot! Mówiłem sobie, że wczoraj był ogień, więc dziś „skupię się” na oglądaniu, podpatrywaniu muzyków z dalszej perspektywy… Kogo ja chciałem oszukać? Jeszcze dobrze nie zamilkło intro „The Holocaust” a już byłem pod sceną i machałem głową i rękami jak oszalały. Nie tylko ja, choć wydawało mi się, że ludzi jakby mniej niż w piątek, ale nie ma co tego roztrząsać – poza tym nie patrzyłem za siebie tylko na scenę gdzie Daniel Dekay, Allan Johnson i Dan Beehler z wielką radością odgrywali swoje partie. Drugie show i ci goście mieli chyba jeszcze więcej energii! Bez wytchnienia, ale z krótkimi komentarzami Dana, przelecieli jak pocisk przez swój debiut. Kilka utworów się powtórzyło, choć nikt nie narzekał. To był miód na uszy słuchać znów „Stand Up And Fight”, „Heavy Metal Maniac”, „Iron Dogs” czy „Black Witch”. W zestawie były jednak dawno nie grane „Under Attack”, „Mistress Of Evil” i „Cry Of The Banshee”. Chyba nie muszę dodawać, że każdy zagrany z mocą torpedy i prędkością rozpędzonej, potężnej ciężarówki? Na zakończenie dali jeszcze parę klasyków, w tym „Living Evil” i wyczekiwany „I Am The Beast”… Takich koncertów się nie zapomina. Byłem zmęczony, rozerwany na kawałki i piekielnie szczęśliwy. Dziękuję Black Silesia Productions, że mogłem oglądać ten zespół i wzruszyć się do całkowitego amoku!

Kiedy kurz opadł techniczni właśnie kończyli instalować fińską ciężką artylerię. Wracaliśmy z pysznymi cheeseburgerami akurat przy pierwszych dźwiękach Impaled Nazarene. Nie było lekko. Miałem przyjemność oglądać i słuchać pierwszy raz i… szczerze zaskoczyli mnie bardzo. Na początku z wielką rezerwą podchodziłem do tych piekielnie szybkich i mocnych tematów, ale czym dalej w las, tym smaczniejsze były grzyby. Granie w punkt, „poukładane”, z niesamowitym motorheadowym feelingiem. Na publiczność spadały ciosy zadane bezbłędnie, bez napinania muskułów, ale z charyzmą i precyzją. Bach, bach, bach – młyn rozgrzany do granic przyjmował kolejne „przeboje” z repertuaru finów. Młócili ostro, aż dwa razy wyłączyło się główne nagłośnienie. Chyba Bozia pogroziła palcem, albo ktoś przemycił kropidło. Długo jednak to nie trwało i bez podobnych incydentów Impaled Nazarene dokończyli totalnie intensywną sztukę. Po tak wypruwającej flaki muzyce poleciało z taśmy outro w postaci… piosenki z czołówki „Love Boat”! Haha, trzeba oddać, że ci goście to prawdziwe świry!

Noc okryła już gród czarnym płaszczem, a rolę zamknięcia festiwalu dostał Deus Mortem. Black metalowa horda z najciemniejszych zakątków Wrocławia, prowadzona przez Necrosodoma, grającego wcześniej w Azarath czy Throneum a obecnie mającego związek z Anima Damnata. Długie intro i w końcu są, wyczekiwani przez spragnioną publikę. Organy wprowadziły w klimat występu, scenę spowiły dymy i poszły w ruch instrumenty. Bluźnierczy black, nasycony satanizmem i okultyzmem, wprowadził w trans tych, którzy zostali. Mocno, szybko i na temat. Bez gadania. Kolejne kompozycje uderzały w nakręconych maniaków, a młyn mimo dużych ciemności dawał radę. Grali dość krótko, lecz strasznie intensywnie. To nie jest moja muzyka, jednak kłopotu, by zostać do końca nie miałem. „Dzięki! Do zobaczenia w piekle, kurwa! – jakby splunął Necrosodom i zapaliły się światła urywając ten śmierdzący stęchlizną rytuał…

            

Long Live The Loud!!!

W niedzielę autentycznie brakowało mi festiwalu. Mimo, że w każdy dzień dojeżdżaliśmy we trójkę i wracaliśmy do swoich domowych łóżek, to w żaden sposób nie umniejszyło to klimatu, bo ten podczas Black Silesia Open Air był nie do podrobienia. Bardzo jestem szczęśliwy, że mogłem uczestniczyć w tym przedsięwzięciu. Naprawdę konkretne koncerty, świetne nagłośnienie i towarzystwo. Rozmowy z poznanymi ludźmi (z zakątków Europy czy… świata!) , znajomymi czy, w końcu, muzykami będącymi na wyciągnięcie ręki – tego nie zapomnę! Mam nadzieję więc, że w przyszłym roku festiwal znów będzie mógł się odbyć i nieść metal do wszystkich uszu, naturalnie głośno i plugawie do granic możliwości!!!

Adam Widełka

           

Black Silesia V Dzień 1 - 10.06.2022

                

Black Silesia V Dzień 2 - 11.06.2022

 

142_badtaste-baner156x600.png 144_mag_158x600px_72_dpi.jpg 143_eskalacja-singiel-158x600-singiel.png 145_wrona.png

Goście

3956467
DzisiajDzisiaj16
WczorajWczoraj985
Ten tydzieńTen tydzień2516
Ten miesiącTen miesiąc13243
WszystkieWszystkie3956467
35.168.110.128