Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 84sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

skowytgb m

alter bridge plakat m

strider m

accept nowa datadaw m

 

Toto - Warszawa - 31.07.2022 [Zdjęcia]

 

TOTO - COS Torwar, Warszawa - 31 lipca 2022

Chociaż inżynier Karnowski wydawał się być rozczarowany swoimi doświadczeniami po przekroczeniu czterdziestki, warszawski koncert Toto dał nadzieję, że muzyk Lukather podobnego kryzysu przeżywać nie będzie. Chociaż chwileczkę, on już przecież powoli zbliża się do siedemdziesiątki. Skąd, więc ten kiepski żart na początek? Steve Lukather, który dziś pełni funkcję lidera Toto (nie zawsze tak było, ale przez cztery dekady istnienia grupy, z przyczyn życiowych, z zespołu odchodzili kolejni jego członkowie, a Steve został i dalej dzierży sztandar) to człowiek, którego życiowe kłopoty nie ominęły. Lata kariery w szołbizie przepłacił alkoholizmem, rozbitymi rodzinami i dramatami, które ludzi żyjących w ciągłej podróży wydają się czepiać nawet jeszcze częściej, niż codziennych ciułaczy nam podobnych. Śmierć Mike’a Porcaro, odejście od aktywności koncertowej Davida Paicha to ciosy, po których, wydawać by się mogło, trudno będzie się podnieść. Facet miał więc wiele okazji do tego, aby odwiesić gitarę na wystawkę, obok licznych złotych i platynowych płyt.

Lukather jednak się nie poddał. Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że dzisiaj Toto to grupa w połowie będąca coverbandem, z oryginalnego składu oprócz niego nie ostał się nikt. Jednak trzeba też zaznaczyć, że wokalista Jospeh Williams (zbieżność nazwisk z kompozytorem muzyki filmowej nieprzypadkowa), jest w zespole, z pewnymi przerwami, już od końca lat osiemdziesiątych). W dodatku, skoro Lukather oddał tej grupie grubo ponad cztery dekady swojego życia i był jednym z głównych autorów jej repertuaru, dlaczego miałby nie pozwalać sobie na występowanie pod tym szyldem? W podobnie retoryczny sposób pytał ze sceny sam zainteresowany, gdy pomiędzy utworami dzielił się refleksją na temat genezy obecnej, rocznicowej trasy.

Obserwując tego niemal siedemdziesiątego rockmana na scenie, pierwsze skojarzenia kierowały w stronę truizmów o charyzmie i radości z grania, której pozazdrościć mu mógłby niejeden trzydziestolatek. Uśmiech na twarzy i pewność siebie towarzyszyły mu przez cały koncert. Gitarzystą jest świetnym, jednym z ikonicznych dla lat osiemdziesiątych, ale jednak należącym do tych, którzy ponad wirtuozerskie popisy stawiają melodię i funkcyjność swoich partii, wobec całościowej utworu.

Nie wspominałem jeszcze o reszcie zespołu, całkiem sporego - na scenie łącznie przebywało siedem osób. Każdy z nich był zauważalnych i istotny dla dramaturgii koncertu. Wyróżniali się grający na klawiszach Dominique "Xavier" Taplin i perkusista Robert "Sput" Searight , razem grający w zespole Snarky Puppy, notabene bardzo zachwalanym przez Stevena. Błyskotliwi muzycy, którzy weszli w buty, które pozornie mogły okazać się dla nich za ciasne - zastąpić muzyków takich jak Jeff Porcaro, Simon Phillips czy Stever Porcaro to nie lada wyzwanie. Sprostali mu wybornie, a przy okazji kupili sobie publiczność, między innymi świetnymi partiami solowymi. Dominique wplótł w nie utwór Chopina a perkusista grał do podkładów stanowiących nagrania głosu Jamesa Browna. Sporą radość dawało oglądanie i słuchanie John Pierce, również muzycznego weterana (grał między innymi w Huey Lewis and the News), którego szczupła forma budziła moją, prawie o połowę młodszego faceta, zazdrość. Główne partie wokalne należały do Josepha, ale śpiewali wszyscy - część utworów należała do Steve’a, natomiast wszyscy pozostali muzycy dodawali barw harmoniami wokalnymi. Jeden kawałek, "With a Little Help From My Friends" Czwórki z Liverool wykonał grający na kongach, flecie i saksofonie Warren Ham.

Jeżeli wspominamy o repertuarze, to jego lejtmotywem było czterdziestolecie zespołu. Poza tym, ostatnia regularna płyta zespołu wyszła w 2015, trudno więc spodziewać się było czegoś innego niż wyboru najbardziej znanych (bądź też ulubionych przez muzyków) utworów. Początek w postaci "Orphan" i "Hold the Line" to dobry start. Poza tym usłyszeliśmy spory wybór utworów z „Toto IV”, „The Seventh One” oraz debiutu, w sumie dziesięć kawałków. Nie zabrakło oczywiście największych hitów grupy, takich jak "Pamela", "Rosanna" czy "Africa", który to kawałek zabrzmiał wyjątkowo przejmująco.

W sumie były to prawie dwie godziny muzyki, ale nie miałbym nic przeciwko, aby doświadczać tej magii przez dwie kolejne. Nie wiem, jakie są plany Toto na najbliższą przyszłość. Wydaje mi się, że nie ma co spodziewać się kolejnego krążka zespołu. Wiem jednak, że przy okazji następnej wizyty grupy w Polsce, koniecznie będę chciał stawić się na koncercie.

Tekst i zdjęcia: Igor Waniurski

                                                

142_case_1.png 141_case_2.png 144_mag_158x600px_72_dpi.jpg

Goście

4079405
DzisiajDzisiaj1412
WczorajWczoraj1253
Ten tydzieńTen tydzień10891
Ten miesiącTen miesiąc42454
WszystkieWszystkie4079405
34.239.154.240