Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 84sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

skowytgb m

alter bridge plakat m

strider m

accept nowa datadaw m

 

Summer Dying Loud 2022 - Aleksandrów Łódzki - 8-10.09.2022

Summer Dying Loud 2022 - Aleksandrów Łódzki - 8-10 września 2022

Aleksandrów Łódzki na mapie polskich festiwali od dobrych paru lat nie jest miejscem anonimowym. W tym roku odbyła się już trzynasta edycja Summer Dying Loud i kolejna, kiedy przez trzy dni w Miejskim Ośrodku Sportu i Rekreacji im. Włodzimierza Smolarka wybrzmiewają różne odmiany muzyki metalowej. W tym roku organizatorzy postanowili też dodać drugą, mniejszą scenę, gdzie wystąpiło parę nieoczywistych tworów. Festiwal z roku na rok się rozwija i jest już gwarancją wielkich emocji, kapitalnych koncertów oraz czasem spotkań – za to kochają to miejsce starzy bywalcy i zakochują się w nim ci, którzy zaglądają pierwszy raz. Miło było, po krótkiej pandemicznej przerwie, znów żegnać lato głośno!

W czwartek wyjechaliśmy wcześnie, by zająć stałe miejsce na polu namiotowym. Nie wyobrażam sobie żebym nie spędzał trzech festiwalowych dni bez znajomych, ale też bez specyficznej i cudownej atmosfery towarzyszącej przebywaniu wśród namiotów. Tam tętni życie, a nierzadko to, co gra ze sceny jest po prostu ścieżką dźwiękową dla rozmów i niekończącej się imprezy. Kiedy już zainstalowaliśmy nasze apartamenty, a w żołądkach zagościła przepyszna smażona kiełbasa, przyszedł moment oficjalnego rozpoczęcia Summer Dying Loud. Na scenę, równo o 13.00, wszedł konferansjer Remigiusz by zaprosić pierwszych wykonawców. Zaszczyt ten przypadł krakowskiemu trio grającemu sludge metal o dźwięcznej nazwie Narbo Dacal. Jak na zespół o bardzo krótkim stażu zaprezentowali się nadzwyczaj w porządku. To, co również jest piękne podczas tego festiwalu to to, że mimo wczesnej pory pod sceną pojawiła się publiczność, która z zaciekawieniem przypatrywała się scenicznym poczynaniom. Dla mnie było to po prostu poprawne i niekoniecznie trafiało do serca, za to występujący po przerwie Chainsword zrobił już o wiele lepsze wrażenie. Warszawski skład ze swoim death metalem otulonym tekstami o II wojnie czy Warhammerze 40K porwał zgromadzonych pod sceną. Wciąż było wcześnie, ale ich dźwięki nakręciły – totalny kopniak pierwszego dnia. Po upływie regulaminowych trzydziestu minut zwolnili miejsce dla hardcore'owego Drip Of Lies. Ludziom się podobało, rozkręcił się niezły młyn, a ja, chociaż bardzo chciałem, niekoniecznie wgryzłem się w utwory proponowane przez warszawski zespół. No cóż – bywa i tak. Natomiast kolejny w kolejce, pochodzący trochę ze stolicy, trochę z Gdańska, punkowy JAD okazał się jednym z ciekawszych z całego festiwalu. Było dynamicznie, szybko, żarliwie z pełnym emocji wokalem. Ci, którzy zdecydowali się szaleć pod barierkami otrzymywali solidne ciosy! Było odrobinę szkoda, że mieli tylko pół godziny, ale dzień się dopiero rozkręcał... Po nich sceną zawładnął post-black metal. Z wschodu kraju, z Lublina, nadciągnął smutek, rozlała się szarość. Dom Zły wprowadził duszny klimat. Wokalistka Ania zdawała się nie mieć końca energii, a reszta składu próbowała dotrzymać jej kroku, co oczywiście spotkało się z aprobatą publiczności. Był to niezły występ, choć nie jestem fanem takiego grania. Złego słowa jednak nie powiem, bo słuchało mi się tego nieźle. Za to o grupie Gruzja mogę napisać, że byli jedyni, którzy kompletnie mi nie pasowali. Serio, nie kumam fenomenu tego eksperymentu muzycznego, zahaczającego o black metal. Kilku wokalistów, jakieś rytmy, nawet, w klimatach nowej fali, potem znów niby metal – całość to trochę liga Nocnego Kochanka i tak samo wywarli wielkie poruszenie. Pod sceną zgęstniało i była niezła zabawa, ale mnie w żadnym wypadku nie kupili. Może jest coś takiego komuś potrzebne – nie wnikam. Skoczyłem na małą scenę, nazwaną The Crypt, żeby rzucić okiem i uchem na stoner doom rockowy Taxi Caveman. W dusznej salce ten występ miał swój klimat, chociaż właśnie z tego powodu na długo się nie zatrzymałem. Zresztą pogoda miała jakiś dziwny pomysł przerwania Summer Dying Loud – mniej więcej w porze występu pochodzącego ze Szkocji DVNE zrywał się wiatr i po chwili z nieśmiałego kropienia zrobił się regularny deszcz z burzowymi zakusami. Sama muzyka grupy gdzieś mi umknęła, bo trzeba było zabezpieczać namiot, ale na tyle jakie dźwięki docierały do uszu, był to klimatyczny progresywny sludge post metal. W przerwie udałem się do press roomu, bo padało coraz mocniej, żeby się trochę ogrzać i napić ciepłej herbaty. Tam też spotkała mnie niespodzianka – na wywiad przybył Mark „Barney" Greenway! Skorzystałem z okazji i poprosiłem o zdjęcie, a także pożyczyłem powodzenia w późniejszym występie. Okazał się bardzo serdecznym człowiekiem, udzielił długiego wywiadu, a potem jeszcze cierpliwie podpisał kilka płyt. Deszcz nie przestawał padać, a na domiar złego zbliżała się nad MOSiR konkretna burza. Zbliżał się też czas na występ legendy z Holandii – Asphyx. Mimo błota, kałuż i ściany wody pod sceną amok! Dotarłem jak kończyli pierwsze kawałki. Cóż za moc! Szczery death metal. Bez żadnej taryfy ulgowej. Zagrali totalnie na luzie, dziękując za obecność mimo złych warunków. W doborze utworów nie mogły dziwić nowe kompozycje z ostatniej płyty „Necroceros" z 2021 roku, ale Holendrzy postawili też na klasykę z dyskografii. Świetny był to występ szturmem wciskający się na podium tej edycji SDL! Tuż po Asphyx nie było wytchnienia – przy lekko ustępującej burzy instalował się Napalm Death! Szczerze to nigdy ich nie widziałem, nie jestem też jakimś wielkim fanem tej legendy hardcore punk i grindcore/death metal, ale ten koncert mnie rozłożył na ziemię! Barney podłączony pod agregat, gitarzysta Mitch Harris miotał gęste riffy, bulgot basu serwował Shane Embury, a za bębnami szalał Danny Herrera. Przemknęli przez 21 przekrojowych utworów, włączając w to promowanie najnowszego albumu „Throes Of Joy In The Jaws Of Defeatism". Jeśli Asphyx zadał prawy sierpowy, to Brytyjczycy poprawili z drugiej strony – Mark często wspominał o antywojennym charakterze twórczości, o tym, że nie ma zgody na działania jakie proponuje nasz rząd. Do tego wszystkiego kapitalne kompozycje łupiące po łbie, atakujące absolutną mocą i energią. Napalm Death dał jeden z najlepszych koncertów całego festiwalu nie strącając poprzeczki zawieszonej przez poprzedników. Pierwszy dzień, już o późnej porze, kończyło Truchło Strzygi. Były ognie, był też niezły black/punk metal. Chłopaki zrobili show, rozgrzali na zimną noc tych, którzy stawili się pod barierkami. Jeszcze raz czy drugi i może się przekonam do ich propozycji, na razie jednak zachowam bezpieczny dystans. Koncert był fajnym preludium do nocnej imprezy na polu namiotowym, której ostatni uczestnicy padli nad ranem.

Drugi dzień o 13.00 rozpoczynał Skov proponujący dźwięki z pogranicza hardcore punk i metalu. Wywiązali się z zadania otwarcia całkiem nieźle i rozruszali wszystkich, którzy o tej porze byli już chętni do zabawy. Część ludzi w dobrych nastrojach udało się do strefy gastronomicznej, część miała chwilę by wziąć oddech przed heavy/southern metal w wykonaniu Only Sons. Koncert był sprawny i zadowolił na pewno fanów gatunku. Ja również nie narzekałem – chłopaki grali pozytywnie gęstym dźwiękiem. Dla przeciwwagi sytuacji po półgodzinie rozpadało się. Nie, na szczęście nie z nieba, a ze sceny. Poznański Deszcz lunął mocnym hardcore metalem, z bardzo emocjonalnymi wokalami gitarzysty i basisty. Trio zaprezentowało się nieźle, chociaż do mnie niekoniecznie trafia taka odmiana gatunku. Pół godziny to nie wieczność, można było wykorzystać moment na odpoczynek, bo w garderobie czaili się już chłopaki z Ragehammer. Kiedy dostali zielone światło poszli ostro! Widziałem ich w pełnym słońcu na Black Silesia Open Air. Tu mieli lepsze warunki – wokalista Tymon później zwierzył się, że podczas tego koncertu przynajmniej nie miał wrażenia, że zemdleje... Generalnie nie było po nich czego zbierać. Weszli, zrobili bałagan za pomocą black/thrash metalu i wyszli. Mocno, szybko i na temat. Komentarz zbędny – kto nie widział grupy w akcji niechaj szybko nadrabia zaległości! Piątek wchodził w decydującą fazę. Najpierw jeszcze post hardcore'owy Fleshworld przedstawił swoją twórczość, ale to, co działo się później chwyciło za moją (nie tylko) grdykę! Może w domu niekoniecznie sięgałbym po nich często, bo są totalnie mało odkrywczy (choć to nie zarzut). Na scenie jednak są okazem szaleństwa i kopalnią nośnych riffów i dynamicznej, klasycznej sekcji rytmicznej. Prosto z Ameryki przybył do Aleksandrowa Night Demon! Przez ich koncert przetoczyły się szalone melodie, kapitalne motywy, dzikie perkusyjne kanonady i basowe pochody. Były zaciśnięte pięści i chóralne śpiewy. Machanie głowami. To był po prostu do bólu klasyczny metal, zakorzeniony w klasyce NWOBHM. Masa zapożyczeń – bo też brzmieli momentami jak Raven, stare Iron Maiden czy Motorhead – nie raziła. Energia, z jaką wykonywało swoje kompozycje sympatyczne trio z Kalifornii gratyfikowała wszystko! Bez wątpienia jeden z jaśniejszych punktów drugiego dnia i nawet całego festiwalu! Po zakończeniu pomknąłem do krypty rzucić uchem na Izzy And The Black Trees, którzy prezentowali trochę swoich nowości, a potem szybko biegłem z powrotem bo za chwilę swój set rozpoczynał szwedzki Grand Magus. Przywitał mnie szczęk stali, wokale pachnące piwem i potęga bębnów. Soczysty, podniosły heavy/doom z lekkim chłodem skandynawskiego wiatru. Kapitalna sztuka! Po niej udałem się znów na małą scenę, gdzie grał już duet Fertile Hump. Magda na gitarze, Tomek na perkusji. Długo by o nich pisać, ale poznałem ich twórczość całkiem niedawno i raz widziałem na żywo. Ich bluesowo rock and rollowe kawałki rozbujały kryptę, a brawom nie było końca. Jeśli ktoś posiada na tyle otwartą głowę, by chłonąć podane głośno dźwięki w klimatach Black Keys czy White Stripes, to na pewno minęliśmy się gdzieś w środku sali. W tym momencie zabawiłem trochę w okolicach press roomu, bo chciałem zamienić słowo z Tomkiem, a sekundę później z wywiadu wyszedł basista Grand Magus, więc też udało się chwilę pogadać i cyknąć foto. Szwedzi w ciągu dnia mieli swoje signing sessions, ale ta informacja mi umknęła. Trudno. Przez lekkie rozprężenie przyszedłem na samą końcówkę występu In The Woods... z Norwegii. Kiedyś black, teraz awangardowy, progresywny metal i to słychać. Nie moje granie, także mało chłonąłem to, co działo się na scenie. W międzyczasie zmiany sprzętu odbyła się miła mini uroczystość wręczenia przez dyrektora festiwalu, Tomka Barszcza, podziękowania dla burmistrza Aleksandrowa Łódzkiego, który wspiera wydarzenie i mało przejmuje się tymi, którzy pragną zaprzestania imprezy. Dla wielu zespół, który miał pojawić się zaraz po tej wzruszającej chwili, ma status kultowego. Ja niestety nie łapałem się na falę jego popularności, przez to więc Tiamat brzmiał dla mnie jak romantyczne smęty. Chociaż fragmenty były ciekawe – zwłaszcza muzycy jakich Johan Edlund bierze na koncerty popisywali się niesamowitą biegłością. Wrażenie robił basista Gustaf Hielm oraz perkusista Lars Skold. Bardzo dobrze też występ był nagłośniony, ale to nie był wyjątek. Wszyscy wykonawcy mieli równe warunki, za co wielki plus dla ekipy zajmującej się sceną. Czuć było, że Edlund wokalnie niedomagał, ale ogólnie Tiamat zaprezentował się nadzwyczaj dobrze. Dla wszystkich nieznoszących snu, albo dla tych, którzy mieli niegasnącą ochotę na muzykę, jako zamknięcie piątku zagrali jeszcze Tides From Nebula. Ich przestrzenne dźwięki dla mnie były zaproszeniem do śpiwora, dlatego długo nie zabawiłem pod sceną i resztę klimatycznej muzyki słuchałem już leżąc w namiocie.

Dzień trzeci, sobota, jawił się jako najcięższy. Nie tylko ze względu na to, że gdzieś od godziny 17.35 mieli prezentować się już wykonawcy dużego kalibru, ale na to, że od rana o Summer Dying Loud przypomniał sobie deszcz. Phi, ulewa! Uspokoiło się na chwilę, ale kiedy Moonstone jako pierwsi grali swój doom/stoner, zaczęło kropić. I tak w sumie cały dzień niebo płakało, że 13 edycja festiwalu powoli przechodzi do historii. No, ale jeszcze było czego słuchać i oglądać. Z uwagi na niedyspozycyjność grupy Motorowl (z powodu COVID) organizatorzy znaleźli szybkie zastępstwo w postaci rodzimej załogi Hydra, poruszającej się sprawnie w klimatach stoner/doom metal. Początek soboty więc należał do motorycznych, bardzo black sabbathowych motywów, które dały się lubić i odpowiednio nakręciły na resztę występów. Jednak odkryciem dla mnie był WIJ. Od pierwszych sekund, kiedy na deskach sceny pojawiło się młode trio, byłem po prostu pod wrażeniem. W sumie wszystkiego – od gęstej gry na gitarze barytonowej, zastępującej dodatkowo jakby linię basową, przez sprawną i bardzo aktywną perkusję, po wręcz uwodzącą głosem, prezencją oraz interpretacją tekstów pełnych mroku wokalistkę. Muzyka przywodziła na myśl lata 70., bardzo gęste i mocne uderzenia, a grupa fachowo nazywa się protometalem. Absolutny sztos i świetny koncert, któremu deszcz dodał nastroju! Gorąco polecam zapoznać się z debiutem „Dziwidło" i wyczekiwać na nową EP. Kiedy skończyli grać dostrzegłem w namiocie z merchem znajomego brodacza. Toż to Paul Speckmann we własnej osobie! Nie mogłem nie podejść i od razu zakupić dwie płyty Master. Do występu tego death metalowego trio była jeszcze chwila, bo najpierw KRZTA uderzyła słuchaczy obłędem. Z chęcią dewastacji i rozbicia publiczności grupa rozpoczęła swój koncert. Muszę przyznać, że brzmieli konkretnie i znaleźli swoich odbiorców, choć trio proponuje mało przebojową muzykę, wymagającą odpowiedniego podejścia. Ze swoją mocą i szaleństwem byli dobrą przystawką przed Witchmaster! Fani Szwedów z Watain ustawili się w długiej kolejce na signing session, a wszyscy żądni krwi, diabła i żrącego jak kwas black/thrashu udali się pod scenę, gdzie ruszyła maszyna! Naprawdę miałem wrażenie, że sam rogaty wyjdzie na chwilę spod ziemi i zacznie machać głową. Tak przekonującego grania spod znaku odwróconego krzyża nie słyszałem już dawno. Może przez to, że na co dzień nie jest aż takim fanem takich zespołów jak Witchmaster, ale tego dnia nie można było odmówić im, że idą jak po swoje. Zresztą z dwóch zaufanych źródeł usłyszałem, że był to jeden z najlepszych występów grupy, jakie widzieli... Zaraz po nich kolejny atak, tym razem pierwotnego death metalu. Widziałem kiedyś Speckmanna na małym koncercie w dusznym, starym wcieleniu poznańskiego „U Bazyla", gdzie uderzył mnie bardzo mocno swoim motorheadowo-sabbathowym stylem grania. Tym bardziej cieszyłem się, że na SDL zawitał Master! Było gęsto, rwąco, szorstko. Z należytym drivem, solidnie i bez taryfy ulgowej. Z niezłymi przerywnikami, nadającymi nastroju przez sola gitary i basu. Niektórzy narzekali, że za mało z dwóch pierwszych albumów, ale mi było bez różnicy – dałem się ponieść surowej muzyce jaka rozlała się na publiczność! Po oszałamiającym i pakującym się na podium koncercie miał wystąpić brytyjski Conan przynoszący flegmatyczny doom metal, nasączony sludge i stoner. Miało być więc głośno, posępnie i gęsto. Taki też okazał się występ zespołu. Trochę jednostajny, ale taki jest doom, także tutaj się mocno nie czepiam. Raczej większym minusem był wokal, który okazał się drażniący. Pan wokalista strasznie krzyczał, przez co odbiór stawał się męczący. No, ale fanów mają sporo – młyn nie stanął ani na chwilę. Pod koniec skoczyłem obadać Las Trumien produkujący się w krypcie. Też nie do końca moje klimaty, ale brzmieli mocno w motywach sludge/doom, co podobało się licznie zgromadzonym w małej salce. Były tam zresztą też ciekawe, artystyczne wystawy. Czasu, żeby zaznajomić się z wszystkim nie było, bo na głównej lada chwila miała rozpocząć swój atak wilcza sfora czyli Wolfbrigade, na który Tomek polował prawie 7 lat, żeby mogli zagrać na Summer Dying Loud. Mieszali swoją twórczość z czasów, gdzie działali jako Wolfpack ze współczesnymi ciosami. Pod koniec lejce puściły na dobre i prędcy Szwedzi wysunęli motorheadowe pazury, raniąc wszystkich dookoła. Wolfbrigade dali bardzo intensywny koncert, bardzo pierwotny i wulgarny. Słuchało się tego nieźle, bo też nie było w tym jakiejś ściemy. Cóż, wszystko co dobre, szybko się kończy – przed publicznością został już tylko jeden programowy koncert i akt zamykający. No, ale to co wydarzyło się w Aleksandrowie pod osłoną chłodnej nocy, przejdzie do historii festiwalu. Po raz pierwszy na scenie pojawiła się tak złożona scenografia, a Skandynawowie z Watain będą przez lata koszmarem sennym okolicznych strażaków zabezpieczających imprezę. Kiedy w nastrój występu wprowadzało publikę intro, gdzieniegdzie tylko paliły się małe ogniki. Natomiast gdy muzycy weszli na scenę, wokalista Erik za pomocą pochodni podpalił dosłownie wszystko – stalowe trójzęby, brzegi sceny oraz po czasie coś na kształt urn i cisnął drzewcem w publiczność. Wszystko przy akompaniamencie brudnego black metalu. Watain nie wyglądali na takich, co żartują – piosenki wykonali w hołdzie diabłu, a scena, co podkreślali, jest ich świątynią. Mówiąc żartobliwie, to momentami sprawiali wrażenie black metalowego KISS, chociaż pewne motywy i kawałki broniły się, srogo tłukąc po głowach. Miałem zagwozdkę, czy więcej piekła wytworzyli Witchmaster samą warstwą muzyczną, czy Watain za pomocą całej produkcji, gadżetów i scenografii z kośćmi... Na koniec opętanego show przyszło trochę powagi, kiedy zamilkły gitary i bębny a sam Erik czynił obrządek przy rogach obok perkusji. Ten fragment, mimo teatralności, był bardzo przekonujący. Generalnie koncert oglądało się dobrze i całość sprawiało wrażenie spójności. Nie jest to mój rewir, ale raz na jakiś czas w żadnym wypadku nie pogardzę czymś podobnym, bo było to wszystko zawodowe i bez cienia fałszu. Na sam koniec festiwalu i trzeciego dnia swój program odegrali chłopaki z Mord'A'Stigmata, przynosząc post-black awangardowy metal. Zmęczenie jednak wzięło górę i po pierwszym utworze poczułem, że jeśli nie położę się w tej chwili, to za parę minut upadnę. Tak więc reszta setu grupy z Bochni umilała mi czas przed zaśnięciem już w namiocie i zakończyła dla mnie muzycznie Summer Dying Loud 2022.

W niedzielę przyszedł czas na szybkie śniadanie i zwinięcie apartamentów przy, zgadza się, siąpiącym deszczu. Chwila pożegnań, wymiany uprzejmości i po chwili ze znajomym wracaliśmy do Konina. Jestem bardzo zadowolony z festiwalu, chylę czoła przed organizatorami za świetne zespoły i przebieg imprezy. Już nie mogę się doczekać września 2023! Żałuję też trochę, że mało czasu poświęciłem The Crypt, ale ciężko było się rozerwać. Mam nadzieję, że z zespołami Hedone, Loathfinder, Nytt Land, Dola, Bismarck, Czarny Bez, St. John i Nightrun87 spotkam się kiedyś na koncertach i będę mógł sprawdzić ich twórczość...

Tekst: Adam Widełka

141_case_2.png 142_case_1.png 144_mag_158x600px_72_dpi.jpg

Goście

4079452
DzisiajDzisiaj1459
WczorajWczoraj1253
Ten tydzieńTen tydzień10938
Ten miesiącTen miesiąc42501
WszystkieWszystkie4079452
34.239.154.240