Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 88sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

pandemic m

Mystic Festival 2023 - Gdańsk - 7-10.06.2023

Mystic Festival 2023 - Gdańsk - 7-10.06.2023

Wraz z wybrzmieniem ostatniego festiwalowego riffu, nachodzi czas odpoczynku i refleksji. Odpoczynek bezwzględnie należy się organizatorom, wolontariuszom i innym osobom, które w trakcie wydarzenia i w okresie go poprzedzającym funkcjonowali w stanie ciągłego alertu, aby festiwal w ogóle mógł się odbyć. Wakacje przydadzą się na pewno fanom, którzy licznie przybyli owych czerwcowych dni do Gdańska i, mam nadzieję, wyjechali z niego usatysfakcjonowani. W końcu, trochę spokoju na zebranie myśli i podsumowania potrzebne było i piszącemu te słowa, aby na spokojnie ułożyć sobie to, czego tegoroczna edycja największego metalowego festiwalu w Polsce mi dostarczyła.

Mystic Festival, choć na przestrzeni lat odbywał się nieregularnie, nie jest wydarzeniem nowym. Nowe rozdanie w historii festiwalu nadal stanowił Gdańsk, choć oczywiście, jego pierwsza pomorska odbyła się rok temu. O ile dziewicza odsłona mogła liczyć na pobłażliwość względem kwestii organizacyjnych, wszak było to rozpoznanie bojem nowego terenu (zresztą, bardzo udane), to trudno o taryfę ulgową przy kolejnych już działaniach w obecne miejscówce. Jak pewnie wiecie, nie wszystko pod tym względem odbyło się perfekcyjnie. Podczas dwóch pierwszych dni zabrakło sceny Park, drugiej co do wielkości z plenerowych estrad. Przyczyna tego stanu rzeczy jak na razie nie została oficjalnie wyjaśniona, natomiast w kuluarach mówiło się o niedopatrzeniu zewnętrznego wykonawcy. Skutkowało to przesunięciem niektórych występów na inne sceny, co spowodowało ogromny ścisk ludzi w ich okolicach, a nawet odwołaniem niektórych koncertów, chociażby niemieckich reprezentantów Eurowizji, zespołu Lord of the Lost. Mimo, że dwa ostatnie dni festiwalu odbyły się już bez takich problemów, liczę, że organizatorzy festiwalu podzielą się oficjalną informacją na temat tego, co dokładnie się wydarzyło. Szkoda, aby wiarygodność imprezy miałaby na tym ucierpieć.

Niestety, odwołanych koncertów było więcej, choć trudno wszystkie z nich, chociażby Godflesh lub Grega Pucianto, powiązać z kwestiami kwatermistrzowskimi. Było to spore rozczarowanie i głosy rozgoryczenia można było wyraźnie usłyszeć wśród publiczności.

Na szczęście muzycznie i pod względem atmosfery wszystko się tutaj zgadzało. Mystic Festival jest festiwalem średniej skali (patrząc na europejskie odpowiedniki), o zróżnicowanym stylistycznie składzie, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. Poprzemysłowe przestrzenie Stoczni Gdańskiej budują atmosferę, jakże inną od typowej festiwalowej miejscówki, na ogół będącej po prostu klepiskiem z rozstawionymi scenami. Dodajmy do tego spore zaplecze gastronomiczne, mnóstwo wystawców sprzedających merch czy różne wydarzenia towarzyszące, takie jak panele dyskusyjne czy wystawy, co tworzy obraz miejsca, w którym dzieje się sporo więcej, niż wyłącznie koncerty.

Oczywiście to muzyka jest tym, co na festiwal nas przywiodło. Już dawno wyleczyłem się z syndromu FOMO, toteż nie miałem oczekiwań, że uda mi się zobaczyć wszystkich wykonawców, których planowałem. Zresztą, nie sposób tego dokonać fizycznie, gdyż część występów odbywa się w tym samym czasie, bądź cząstkowo na siebie nachodziła. Skupię się więc na tych, którzy zrobili na mnie największe wrażenie, bądź z racji wagi, w obowiązku było ich odnotować.

Na początek Entropia, podczas dnia rozgrzewkowego, poprzedzającego właściwą część festiwalu. Chłopaki wystąpili w pełnym słońcu, mieli na sobie koszule w kwiatowe wzory i zaserwowali tak transowo-psychodeliczny set, że można było się w nim rozpłynąć. Daleką drogą ten zespół przebył od swojego debiutu, udaje mu się też każde swoje wydawnictwo uczynić znaczącym i innym od poprzednika. Zasłużenie znaleźli się w składzie festiwalu, czego dowodem były spore tłumy ludzi na ich występie.

Destroyer 666 to twór z innego bieguna muzycznych emocji. Ich twórczość to „pure metal, no bullshit” i taki był ten koncert – intensywny, agresywny i szczery do bólu. Brzmienie w klubie B90 dalekie od ideałów, zlewało się trochę w ścianę dźwięku, ale to przecież metal i piekło. Jakby na potwierdzenie tych słów, Australijczycy zaserwowali cover Kata „Metal & Hell”, w wersji może niespecjalnie porywającej, ale za ten gest należy im się szacunek.

Były gitarzysta Motorhead, plus synowe (i nie tylko), czyli Phill Cambpell & The Bastard Sons zagrali solidnego hard & heavy rocka, z dominacją utworów wiadomo jakiego zespołu. Wokalista grupy starał się momentami naśladować styl Lemmy’ego, chociaż tego słynnego, słowiczego trelu nie jest łatwo skopiować. Jego gwiazdorskie zachowanie było nieco przegięte, ale cóż, to właśnie rock’n’roll. Udany koncert, który zostawił we mnie nieco niedosytu.

Behemoth już dawno temu udowodnili jaką potęgą są na żywo. Zespół wydaje się być stworzony do występów na dużych scenach, choć przecież na taką produkcję pracowali latami. Adam, z tym swoim teatralnym zadęciem, jest nieco krindżowy, jednak trzeba to brać z dobrodziejstwem inwentarza. Wykonawczo nie można się było do niczego przyczepić. Dobry koncert, chociaż nie mogę też powiedzieć, by specjalnie wyróżniał się (poza widowiskowością) na tle ich innych, które widziałem.

Wiele obiecywałem sobie po Bloodbath, zwłaszcza, że miałem już kiedyś do czynienia z tym zespołem na żywo. O ile podczas festiwalu Hellfest przed laty grali z pazurem (sic!) i wściekłością (zwłaszcza Nicka Holmesa, czyniącego połajanki jedzącym burgery fanom pod sceną), to tym razem wszystko wydawało mi się solidne, ale jednak na pół gwizdka. Niestety, od death metalu oczekuję emocji a nie tylko poprawności. W ich cudownie staroszkolnej muzyce jednak tej diabelskiej iskry trochę zabrakło.

Deficytów diabelskiego natchnienia nie wykazywał natomiast Ghost. Produkcja przywodząca na myśl Iron Maiden u szczytów swojej kariery, piosenki, będące hitem za hitem - jak każą szwedzkie tradycje, budowane jeszcze przez Abbę, w końcu, rozmach, który bez wątpienia ustawia ich w szeregu największych komercyjnie gwiazd współczesnego rocka i metalu. A tę gwiazdorską pozycję Tobias Forge przecież sobie wymyślił i umiejętnie przekonał nas, co do jej prawdziwości. Świetny koncert, który obfitował w same „bangery”. Owszem, można było się czepić, że dźwięk nie był idealny – brakowało trochę mocy w partiach gitarowych, czy do tego, że Tobias rewelacyjnym wokalistą nie jest (za to miał na scenie wspomagania w postaci swoich ghouli). Jednak niezaprzeczalnie, Ghost dal tak mocno rozrywkowy i świetnie wyglądający koncert, że będę go jeszcze długo pamiętał. To już ten etap, że mogą być headlinerami festiwali. Zobaczymy tylko, czy będą w stanie utrzymać równy poziom swojej muzyki, wszak co do ostatniego pełnego albumu „Impera” pojawiło się sporo wątpliwości, a obrana przez zespół formuła grania retro z popem wydaje się być nieco ograniczająca.

Koniec pierwszego pełnego dnia należał do Moonspell. Od początku widać było, że Fernando Ribiera nie czuje się najlepiej, o czym zresztą powiedział między utworami – od kilku dni był chory. Koncert dowiózł jednak z pełną determinacją, choć jego większość przesiedział na scenie. Widać było, że cierpi, ale głos właściwie tego nie zdradzał. Krótki, ale treściwy koncert z przekrojowym materiałem. Ten zespół dojrzał, nie ma w sobie tej dzikości, co kiedyś. W wieku dojrzałym prezentuje się jednak wybornie, aż chciało się więcej.

Kolejną ciekawostką byli dla mnie Szwedzi z The Hellacopters. Dowodzeni przez pracoholika Nicke Anderssona (tego dnia na scenie pojawił się dwa razy, o czym za chwilę) grają wręcz archetypicznego rock’n’rolla, na mistrzowskim poziomie. Jest w tym luz, jest energia, jest odpowiedni kop. Przede wszystkim jednak, są doskonale skomponowane, ruszające do zabawy utwory. Truizmem jest stwierdzenie, że w Polsce nikt tak grać nie potrafi. Nie mogę zrozumieć, dlaczego tak jest, ale muszę się zgodzić. Próby takiego muzykowania w naszym kraju wypadają marnie, w sposób wymuszony. Co mają Szwedzi (ale też ogólnie muzycy z północy Europy, na przykład Finowie), że im to wychodzi? Doprawdy nie wiem, ale uczmy się od nich.

Wspominałem coś o pracoholizmie Andersona? Otóż po ponad godzinie frontownia The Hellacopters na głównej scenie, karnie udał się na Desert Stage aby wystąpić ponownie, tym razem w roli perkusisty Lucifer. Cóż to był za koncert! Musiałbym powtórzyć trochę superlatywów, które pisałem o Ghost i The Hellacopters. Tylko musimy zmienic gatunek muzyczny. Lucifer grają hard rocka o okultystycznym klimacie i robią to wybornie. Kolejny zespół, którego każdy utwór jest po prostu hitem. Na żywo zyskują jeszcze na dynamice i mocy, co wydaje się być związane ze studyjną stylistyką ich nagrań na retro. Dopiero po usłyszeniu występu poczułem, że retro brzmienie ich płyt jest ograniczające. Świetny koncert, kapitalne riffy i klimat, jakby Black Sabbath zaczęli grać z wokalistkami Abby.

Królami tego dnia okazali się jednak Brytyjczycy z Electric Wizard. Ten koncert udowodnił, że riff jest sednem muzyki metalowej i ktoś, kto weń nie potrafi, nie powinien brać się za ten gatunek sztuki. Czarodzieje grają kapitalnie, ciężko a jednocześnie klimatycznie. Kolejny raz muszę przywołać tutaj Black Sabbath, bo z tego zespołu muzycy czerpią jak z krynicy. Robią to umiejętnie, budując nieziemską wręcz atmosferę, (w czym pomagają puszczane jako wizualne tło, fragmenty starych włoskich horrorów stylu giallo). Czapki z głów, niezwykle potężny występ.

Zupełnie inne uczucia wzbudził we mnie Watain. Tutaj nie było przestrzennego majestatu, ale zamiast tego, otrzymaliśmy intensywną, blackmetalową młóckę, która jednak nie miała w sobie też nic z wystudiowania Behemotha, jeśli mogę się posłużyć tym przykładem. Watain to czysta, pierwotna energia, która, o dziwo, nie daje się łatwo rozwodnić scenografią, z nieprzyzwoitą wręcz ilością zakrwawionych czaszek i kości. Można się zastanawiać czy muzycznie Watain najlepszych lat nie mają za sobą, ale kto lubi takie granie, powinien sobie pozwolić choć raz zobaczyć ten zespół w akcji.

Czy był żart, że „Danzig gra w Danzig”? Oczywiście, że był. Z koncertu legendarnego Amerykanina zapamiętałem jeszcze surowe brzmienie i, niestety, wyjący wokal. Dobór kawałków mógł się podobać, bo dominowały pierwsze albumy zespołu (debiut usłyszeliśmy nawet w całości). Szkoda, że nie mieliśmy okazji doświadczyć czegoś takiego, gdy Glenn był w nieco lepszej formie.

Odnotuję jeszcze koncert Dismember, chociaż nie dlatego, że był szczególnie dobry. Powrót legendy szwedzkiego death metalu zabrzmiał bardzo przeciętnie i chaotycznie. Rozczarowaniem było dla mnie to, że grupa nie potrafi sprostać swojemu kultowi. Może zadecydowały o tym jakieś problemy na scenie, ale nic się w tym nie zgadzało.

Nie mogę natomiast powiedzieć tego o Alcest. Ich atmosferyczny post metal zabrzmiał pięknie, bardziej surowo niż na studyjnych dokonaniach. Scena Park, przy chłodnych muśnięciach wieczornego wiatru, mieniła się transowym klimatem. Jeden z koncertów, które zostawiły we mnie spory niedosyt. Wiem, że muszę złapać ten zespół na własnym występie.

Na pierwszy w naszym kraju koncert Dark Angel przyjechała oddana grupa fanów. Cieszę się, że zespół nie zawiódł i z polotem zagrał swój wściekły thrash. Konferansjerka wokalisty była trochę buńczuczna i nadęta, ale też wpisywała się w klimat zespołu, którego muzyka nie chce brać jeńców. Na perkusji oczywiście niezrównany Gene Hoglan, a pod sceną młyn właściwie bez końca. Tak się powinno grać thrash. Pal licho, że sedno tego stylu zostało wykute ponad trzydzieści pięć lat temu.

Voivod nie jest kapelą, która sobie odpuszcza. Nie mogło więc być mowy o zawodzie i tym razem. Te riffy są jedyne w swoim rodzaju i nic dziwnego, że stały się inspiracją dla tak wielu muzyków. Voivod wydają się doskonale bawić swoją muzyką, czuć, że nadal sprawia im to radość. Nie są zespołem, który anonsowany jest na pierwszy stronach gazet i czołówkach plakatów, ale ich legenda oparta jest na wyjątkowo silnych fundamentach. Przyczepiłbym się trochę do brzmienia – było nieco za cicho. A może przygłuchłem po kilku dniach festiwalu?

Największą niespodzianką ostatniego dnia był dla mnie Sleep Token – zespół, który dla wielu jest nowym objawieniem. Grają intrygującą mieszankę ciężaru i elektroniki w raczej umiarkowanych tempach, za to lekko soulowym wokalem. Minusem było to, że większość kawałków grupy wydaje się być utrzymana na podobnych emocjach, co wprowadza znużenie. Poza tym, ileż to już widzieliśmy zamaskowanych, owianych nimbem tajemnicy zespołów? Jednak entuzjastycznie reagująca publiczność (poważnie, przyjęła ich w najgorętszy sposób) nie podzielała raczej moich uwag. Możliwe więc, że z tej grupy urodzi się jeszcze spora nazwa.

Headlinerem ostatniego dnia była Gojira. Jest to zespół, o którym wielu już powiedziano, więc nie będę się powtarzał, stwierdzając tylko, że to koncertowa ekstraklasa, z produkcją z górnej półki. Jeśli zastanawiacie się, kto będzie grał na stadionach, gdy Metallica i Iron Maiden przejdą na emeryturę, stawiałbym, między innymi, na Francuzów. Gojira zaprezentowała się znakomicie. Wrażenie psuł nieco słaby dźwięk, gitary zniknęły gdzieś w miksie, by za chwilę pojawić się znowu. Podobnie jak przed rokiem, uważam, że scena główna nie brzmiała najlepiej i coś tam z dźwiękiem wypadałoby poprawić przed kolejną edycją festiwalu.

Zdaję sobie sprawę, że pewnie ominęło mnie jeszcze wiele ciekawych koncertów. Na przykład, wielu ludzi mówiło, że zjawiskowo zaprezentowali się duńscy hardcorowcy z Eyes, a także pustynnie rozmarzeni Earthless czy Greków z Planet Of Zeus. Piękno takich festiwali polega, między innymi, na tym, że czasem można się zaskoczyć czymś zupełnie niespodziewanym. Podobnie zresztą, jak rozczarować tym, na co stawiamy od początku. Nie sposób jednak być świadkiem wszystkiego, co oferuje bogactwo line-upu. Całościowo uważam tegoroczny Mystic za bardzo udaną imprezę. Liczę, że wspomniane na początku wpadki zostaną wyjaśnione a wnioski wyciągnięte - oraz, że przyszłoroczna odsłona Mysic Festival będzie strzałem w dziesiątkę. Do zobaczenia znowu w Gdańsku!

Igor Waniurski

rightslider_002.png rightslider_004.png rightslider_005.png rightslider_001.png rightslider_003.png

Goście

5019406
DzisiajDzisiaj765
WczorajWczoraj2508
Ten tydzieńTen tydzień10830
Ten miesiącTen miesiąc23057
WszystkieWszystkie5019406
3.235.172.123