Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 72sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

lion shepherd plakat m 

wehrmacht plakat m

destroyers plakat m

organek baner m

queensryche plakat m

wacken2019

black silesia open air festival iv m

prog in park iii m

ram plakatx m

psychotic waltz plakatx m

protector plakat m

sacred reichs m

sacred reich plakatc m

„Chciałem dołożyć do pieca” (Turbo)

turbo wywiad fotoBlisko czterdzieści lat na scenie jest zespół Turbo. Muzyka, którą gra Wojciech Hoffmann z kolegami miała wpływ na powstanie heavy metalu w Polsce. Gitarzysta nie ukrywa jednak, że dzisiaj legenda kapeli nieco przygasła, chociaż nie ma mowy o odcinaniu kuponów. Z tej rozmowy dowiecie się, że Wojciech Hoffmann ma sporo planów co do przyszłości swojej i grupy Turbo...

                   

HMP: Trasa dotyczy jubileuszu płyty „The Last Warrior”, która jest pierwszą anglojęzyczną pozycją w dyskografii Turbo. Czy możesz przypomnieć jak doszło do nagrania „Ostatniego Wojownika” po angielsku?

Wojciech Hoffmann: Wtedy zajmował się nami Tomasz Dziubiński z Metal Mind Productions i wielokrotnie z nim rozmawiałem o tym, że mając w domu paszport i znając perfekcyjnie angielski powinien wsiąść w samochód, pojechać na Zachód i sprzedawać to, co ma w swojej aktualnej ofercie. Tak też zrobił i któregoś dnia przywiózł nam stamtąd wiadomość, że firma Noise Records wysłuchała „Ostatniego Wojownika” i „Kawalerię Szatana” i jest zainteresowana podpisaniem z nami kontraktu. Tak to się wszystko zaczęło - przygotowaliśmy materiał w wersji angielskiej, pojechaliśmy do Berlina Zachodniego i nagraliśmy tą płytę.

Dlaczego dopiero przy okazji rocznicy angielskiej edycji zdecydowaliście się na trasę z tym materiałem?

Fakt, zajęło to sporo czasu, niemniej jednak decydujące znaczenie miała tutaj zeszłoroczna oferta promotora w Krakowie, który bardzo naciskał na wykonanie tego materiału w całości. Musieliśmy włożyć w to trochę pracy, bo jednak niektórych numerów nie graliśmy trzydzieści lat i trzeba było zaczynać niemal od zera. Na tamtym koncercie odzew publiki był wprost niesamowity. Pomyśleliśmy zatem, że skoro włożyliśmy w to już tak wiele pracy to może warto wyruszyć w większą trasę pod kryptonimem „The Last Warrior Tour” tym bardziej, że nowego albumu Turbo wciąż jeszcze nie ma na rynku.

Jak wspominasz współpracę z Noise Records, które współpracowało z takimi artystami jak Helloween, Celtic Frost czy Saint Vitus?

Bardzo dobrze, ponieważ wtedy pojechaliśmy do Berlina Zachodniego i zobaczyliśmy inny świat, jakiego nie widzieliśmy wtedy w Polsce - dookoła czysto, nowinki techniczne, inne samochody, pociągi, ulice, sex shopy. W biurach Noise Records wszystko było z Ikei co na tamte lata siłą rzeczy robiło na nas wrażenie czegoś ekskluzywnego.

Dzięki tej współpracy Turbo zagrało trasę koncertową na Węgrzech z Kreatorem. Czego nauczyły Was te koncerty?

Nie wiem czego nas nauczyły, ale wiem jedno - jak wróciliśmy do Polski i stanęliśmy na scenie to było widać, że jesteśmy innym zespołem. Myślę, że pokazali nam oddech zachodniego profesjonalizmu, wiarę że można wyrwać się z więzów komuny i zrobić coś fajnego. Okazało się, że my też potrafimy grać i nie jesteśmy jakimś gównianym zespołem. Na pierwszym koncercie w Budapeszcie mieliśmy tylko dwa kanały. Wkurwiłem się i powiedziałem, że albo dadzą nam więcej albo nie zagramy. Dzięki Dziubińskiemu udało się, a jak chłopaki z Kreatora nas zobaczyli to oprócz bębnów dali nam cały swój sprzęt. Mille Petrozza powiedział wtedy, że gdyby wiedzieli jaką jesteśmy kapelą to zabraliby nas ze sobą na trasę po Stanach... Kreator leciał tam wtedy na czterdzieści parę koncertów i gdyby to wówczas się stało to sądzę, że być może bylibyśmy teraz w tym miejscu co Behemoth.                

turbo wywiad foto2

A dlaczego potem Wasze drogi się rozeszły, skoro następne płyty także nagrywaliście w języku angielskim?

To jest dość skomplikowana sytuacja, ponieważ to Noise Records podjęło decyzję o rozwiązaniu z przyczyn, których nie znamy i nigdy już nie poznamy, bo Dziubiński nie żyje. Chyba że kiedyś spotkamy Karla Ulricha-Walterbacha - właściciela Noise Records i on nam to może wyjaśni. Niestety po zerwaniu tej umowy w zespole pogorszyły się nastroje i zaczęło się wszystko psuć.

Jaka jest różnica pomiędzy tamtymi koncertami, a obecną trasą „The Last Warrior Tour”?

Myślę, że obecnie jesteśmy lepszym zespołem - gramy ten materiał dużo lepiej niż wtedy, w końcu czterdziestoletnie doświadczenie przynosi efekty. Ponadto mieliśmy sporo prób i jesteśmy bardziej zgrani ze sobą. Oczywiście pozwalamy sobie na jakąś spontaniczność, ale jednak jest to pod jakąś kontrolą. To nie jest łatwy materiał i myślę, że gdybyśmy jeszcze z miesiąc całymi dniami poćwiczyli to by była miazga. Ówczesne warunki prób były mniej więcej takie jakie są teraz, choć wiadomo, że obecnie mamy lepszy sprzęt i technicznie można to lepiej ogarnąć. Natomiast gorzej jest pod względem zainteresowania publiczności - wtedy był straszny głód i mogliśmy grać trzy koncerty dziennie, na które przychodziło po tysiąc osób. Obecnie w Warszawie, półmilionowym mieście do Hydrozagadki przyszło dwieście osób i to nie jest zbyt pozytywne zjawisko.

Racja, chociaż jestem zdania, że Turbo powinno grać w większych klubach jak Progresja, gdzie w ostatnim czasie wystąpiliście przed Uriah Heep.

Tak, ale większość przyszła tam jednak na Uriah Heep i to była ich trasa, na której my wystąpiliśmy w roli gościa. Owszem, byli tam również i nasi fani ale to już nie są te same czasy co kiedyś.

Być może dlatego, że w dzisiejszych czasach upodobania ludzi są strasznie skrajne - słuchają albo bardzo ciężkiej, nowoczesnej muzyki albo czysto komercyjnej.

Masz rację, nie ma niczego pośrodku. Regularnie słucham radia i prócz kilku stacji nie ma tam miejsca dla konkretnego rocka i metalu.

Czy zamierzacie wyjechać za granicę z „The Last Warrior Tour” i przypomnieć się tamtejszej publiczności?

Jeżeli dostaniemy konkretną ofertę to jak najbardziej. Szczerze, to chciałbym wznowić to, co kiedyś ucięliśmy. Po dwóch festiwalach, które zagraliśmy w Szwecji i w Niemczech zauważyliśmy, że ludzie nas tam jednak rozpoznają, a po obu występach do naszego stoiska ustawiły się duże kolejki.

Mottem niektórych muzyków jest umrzeć na scenie, tymczasem ty chcesz wziąć ślub na scenie. Zazwyczaj to fani chcą się oświadczać na koncertach, a nie muzycy. Czy możesz zdradzić kulisy tego pomysłu?

Pomysł jest szalony i będzie miał miejsce czwartego maja w Poznaniu w klubie Blue Note. Wiesz, dwa lata temu miałem czterdziestą rocznicę pracy zawodowej, ale jakoś wówczas nie zabrałem się za to. Natomiast czwartego maja tego roku moja przyszła małżonka kończy pięćdziesiątkę więc pomyślałem, że warto byłoby to połączyć z moim koncertem. To będzie rock and rollowy ślub bez garniturów i będę chciał go nagrać i być może gdzieś udostępnić.

Skoro planujesz to z takim rozmachem to czy nie myślałeś o tym, aby tę uroczystość zorganizować przy okazji koncertu z Uriah Heep?

Nie ponieważ to były głównie występy Uriah Heep, a ten czwartego maja będzie już moim, prywatnym koncertem.

Podobno „Ostatni Wojownik” miał być kontynuacją „Kawalerii Szatana”, ale ze względu na Twoje obawy przed represjami ze strony ówczesnych władz postanowiłeś zmienić koncept płyty. Czy możesz to potwierdzić?

Nie pamiętam już dokładnie, ale faktycznie był taki pomysł, aby była to „Kawaleria Szatana II”…  Nigdy natomiast nie byliśmy szczególnie zaangażowani politycznie. Oczywiście, interesowaliśmy się tym, co się dzieje dookoła bo przecież żyliśmy w tym kraju i pewne sprawy dotykały nas wszystkich. Byliśmy zatem wkurwieni na to czy na tamto, ale nigdy nie mieliśmy takich zapędów, żeby zorganizować jakiś konkretny protest tudzież manifest muzyczny. „Ostatni Wojownik” to była kontynuacja naszych wizji i upodobań dźwiękowych tamtego okresu oraz rozwinięcie formuły, jaka była na „Kawalerii”.

Na jakim etapie są prace nad nową płytą Turbo, która podobno ma się ukazać jesienią tego roku?

Materiał był już zrobiony w zeszłym roku i na ubiegłorocznym koncercie w Poznaniu, zagraliśmy nawet dwa nowe numery. Potem jednak kiedy przesłuchałem wszystko co zrobiłem to uznałem, że to jest za miękkie, za bardzo heavymetalowe, a ja tu chciałbym dołożyć do pieca. Postanowiłem więc zrobić wszystko od początku i siedząc dniami i nocami przez ostatnie pół roku stworzyłem zupełnie nowy materiał. Na płycie będzie dziewięć dużo ostrzejszych i thrashowych, ale też melodyjnych numerów z jednoczesnym uwzględnieniem stylistyki klasycznych dokonań Turbo.  

Czy premierowe kompozycje będą stylistycznie zbliżone ”Wojownika”, „Kawalerii” czy będą kontynuacją „Piątego Żywiołu”?

 „Piąty Żywioł” nie jest moją ulubioną płytą, ponieważ jest kompromisowa. To oczywiście bardzo solidny album ale to nie jest coś, czym ja osobiście byłbym szczególnie zachwycony. Z nowych kompozycji jestem zadowolony w stu procentach i dla mnie to będzie najlepszy album Turbo. Krążek będzie wypadkową agresji thrash, melodyki i techniki oraz idealnym pomostem między „Wojownikiem”, „Kawalerią” i ostatnimi płytami Turbo.

Z czego to wynika? Czy nie jest tak, że artysta nie wydaje rzeczy, z których nie jest w pełni zadowolony?

To nie jest tak do końca - kiedy coś robię to dla mnie jest najważniejsze czy mi się to podoba. Niestety tworzenie płyty to splot wielu czynników i inspiracji poszczególnych członków zespołu, z czym wypada się czasem liczyć bo inaczej będzie to już wyłącznie twój projekt solowy. Na etapie tworzenia „Piątego Żywiołu” nie byłem może w pełni zadowolony, jednak wziąłem też pod uwagę sugestie kolegów.

Niedawno zakończyłeś trasę z reaktywowanym Non Iron. Na ostatnim koncercie w Toruniu ogłosiliście, że planujecie w niedalekiej przyszłości nagrać nową płytę. Co stoi za zmianą planów dotyczących przyszłości zespołu?

Odpowiedź jest prosta – wrażenia, jakie wynieśliśmy z tego tournee stały się inspiracją do dalszej współpracy, o czym wcześniej nie mieliśmy za grosz pojęcia. Pamiętaj, że nie było nas w tym układzie trzydzieści lat a to jest szmat czasu. Ludzie się zmieniają, każdy ma swoje obowiązki, nawyki i upodobania, do tego nasz wokalista Leszek Szpigiel mieszka na stałe w Niemczech. Odzew na trasie był jednak niesamowity i kolegom tak się to spodobało, że zgodnie postanowiliśmy zrobić z tym w przyszłości coś jeszcze.

Czy jesteś już w stanie określić czego będzie można oczekiwać po nowym krążku od Non Iron?

Jeżeli takowy powstanie to będzie to bezwzględna kontynuacja kierunku znanego z albumu „Innym Niepotrzebni’. Mamy już propozycję nagrania płyty, a co ważniejsze mamy już jakiś materiał - Leszek przez całe lata siedział w zaciszu i wiemy, że coś stworzył. Drugi gitarzysta Janusz Musielak ma dużo numerów, ja też mam sporo pasujących pod ten projekt pomysłów. Kluczem będzie zgranie się wszystkich w jednym miejscu i czasie co nie jest łatwe przy naszych napiętych harmonogramach.

Kilka lat temu wspominałeś o chęci nagrania autorskiej muzyki z grupą The Klenczon Experience oraz bluesowej z własną córką. Możesz zdradzić czy prace postępują i kiedy ewentualnie można się spodziewać tych albumów?

Z córką póki co jednak płyty nie nagram. Co do The Klenczon Experience to mam w komputerze materiał na dwa albumy – są tam setki wartościowych pomysłów, lecz nie wszystkie jestem w stanie zrealizować o miejscu i czasie z uwagi na inne obowiązki.

Czy jest jakiś współczesny zespół, w którym odnajdujesz inspiracje dla siebie?

Przede wszystkim inspiruje mnie muzyka progresywna i metalowa. Lubię klimaty kapel pokroju Gojira, Decapitated czy Behemoth. Zdradzę ci również, że mam w zanadrzu kolejny projekt i ten band to będzie coś takiego masakrycznego. Z innych inspiracji to zawsze interesował mnie jazz, Fusion i jazzrock i czasami gram takie rzeczy w klimatach Mike’a Sterna, Johna Scofielda czy Pata Metheny’ego. To mnie każdorazowo bardzo intryguje, bo jest to muzyka nieoczywista, która daje ci nieprawdopodobne spektrum rozwoju wyobraźni. Heavy metal jest za to bardzo statyczny i przewidywalny - wiadomo, że po E będzie A dur lub B zwane także H albo C, natomiast jazz jest nieprzewidywalny i to czyni go szczególnie kreatywnym, ciekawym i inspirującym. Jako muzyk szukam nowości i jest wciąż dużo rzeczy, które są zajebiste i pokazują zupełnie inne myślenie oraz podejście do formy. Zdarza się, że wystarczy zagrać dwa dźwięki w różnych konfiguracjach i nagle leżysz na glebie!

Niedawno wyznałeś, że na przyszłoroczne czterdziestolecie ma się ukazać biografia zespołu. Możesz powiedzieć coś więcej na ten temat?

Taki jest zamysł. To jest gruba książka ze zdjęciami licząca ok. pięćset stron. Powiem ci, że pomimo tego, że to ja niemal wszystko opowiadałem to dziewięćdziesiąt procent materiału czytam dziś z taką chęcią, jaką miałem przy lekturze biografii Lemmy’ego czy Ozzy’ego Osbourne’a. Z tej książki dowiedziałem się na przykład, jakim ch**** byłem przez te wszystkie lata! Autor nie bał się osobistej oceny i przemyśleń, w dużej części napisał to z własnej perspektywy. Nieraz nam dołożył tu i ówdzie, ale ja tego w ogóle nie autoryzowałem bo chciałem, aby szczerze o wszystkim napisał. Tak czy inaczej książka jest już na ukończeniu, a szczegółów dotyczących premiery wypatrujcie niebawem!

Grzegorz Cyga

 

131_sabaton_158x600px_eu.gif 132_deathangel_158x600px_eu.gif

Goście

2220218
DzisiajDzisiaj666
WczorajWczoraj3001
Ten tydzieńTen tydzień13738
Ten miesiącTen miesiąc63327
WszystkieWszystkie2220218
54.162.151.77