Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 72sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

retrospective trasa pl m

ram plakatx m

riversidezyx m

dog eat dog 2019 abk fall instastory posterzyx m

female metal voices festival vol4 plakat m

psychotic waltz plakatx m

protector plakat m

mh plakat b

mortis plakat m

praying mantis plakat m

hitten plakatz m

true thrash fest m

ghost plakatz m

sacred reichs m

sacred reich plakatc m

alterbridge posterb1zyx m

exumer plakat m

voivod plakatzyx m

metalowa-wigilia-2019-web-posterzyx m

deeppurple-poster m

dreamtheater-poster m

rhapsodyoffire-posterb1 m

hammerfall posterb1 m

lamb of god i kreator plakat m

mystic festival 2020 m

„Od Iglesiasa do industrial” (Shagreen)

 

Shagreen to solowy projekt Natalii Gadziny-Grochowskiej, utrzymany w stylistyce industrialnego rocka. Krytycy przywołują w odniesieniu do jej twórczości Trenta Reznora i Nine Inch Nails, ale młoda artystka nikogo nie kopiuje, proponując industrial z wpływami ambientu i dark wave, połączony z nieoczywistymi melodiami i delikatnymi partiami wokalnymi. „Falling Dreams” może więc pozytywnie zaskoczyć nie tylko fanów zdehumanizowanej muzyki, a Shagreen opowiada nam o swoich początkach i tym wszystkim co doprowadziło do wydania debiutanckiej płyty:
          
HMP: „9 kobiet, które ocalą polską muzykę” – nawet jeśli to tylko opinia na jednym z muzycznych blogów, to myślę, że przyjemnie jest przeczytać o sobie coś takiego, bo jest ona potwierdzeniem, że idziesz w dobrym kierunku, proponując coś interesującego i rzeczywiście wartościowego?
Shagreen: Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona tą opinią. Nawet lekko zszokowana (śmiech). Kiedy pokazujesz światu swoje dokonania, chciałbyś być doceniony. I to jest właśnie takie docenienie, bardzo ważne dla artysty. Po to się tworzy muzykę.
Dla osób kojarzących cię z wcześniejszych dokonań płyta „Falling Dreams” może okazać się sporym zaskoczeniem. Jak doszło do tego, że sesyjna wokalistka i skrzypaczka kojarzona ze znanymi nazwiskami, a wcześniej, jako młodziutka dziewczyna, odnosząca sukcesy w telewizyjnych programach czy konkursach, jak choćby II Ogólnopolski Festiwal Twórczości Marka Grechuty, śpiewająca nieoczywiste piosenki, czasem idąca nawet w stronę jazzu, stała się kimś, o kim pisze się „polski Trent Reznor w spódnicy”?
Już pierwszy singiel „Shadows” był sporym zaskoczeniem dla osób, które mnie znały. Nie było tajemnicą, że fascynuję się nieco mroczniejszą muzyką, ale jakoś zawsze śpiewałam zupełnie inne rzeczy. Słyszałam wiele opinii na temat swojego głosu, między innymi takie, że „nie powinnam śpiewać rocka”, „powinnam iść w kierunku jazzu”, „mój głos najlepiej brzmi w balladach”. I może za bardzo się tym sugerowałam, nie miałam odwagi zaproponować czegoś w stu procentach swojego. Dlatego tak późno zaczęłam tworzyć autorskie piosenki. A kiedy się na to zdecydowałam, musiałam przejść przez długą i żmudną naukę produkcji muzycznej, bo moim marzeniem było robić wszystko samodzielnie na komputerze.
Był jakiś przełomowy moment w tej zmianie muzycznego kierunku, czy odbywało się to wszystko stopniowo, pewnymi etapami?
Odbywało się to etapami. Prawda jest taka, że ja od lat dążyłam do tworzenia muzyki w tym gatunku, w którym tworzę teraz. Ale byłam zbyt nieśmiała i moje umiejętności nie były też na wysokim poziomie. Wszystkiego musiałam się nauczyć.
Wielu artystów sceny elektronicznej czy industrialnej zaczyna od remiksów cudzych utworów – wydaje mi się, że jest to świetny punkt wyjścia do stworzenia czegoś własnego?
Tak, daje to ogromnego kopa. U mnie w zasadzie od remiksów się zaczęło. Zarejestrowałam się kiedyś na portalu Indaba, który był platformą dla producentów muzycznych, zarówno profesjonalnych, jak i amatorów. Odbywały się tam konkursy, m.in. na remiks utworów How To Destroy Angels. Jak były jakieś ciekawe propozycje, brałam udział. Pierwszym w pełni poważnym remiksem, jaki zrobiłam, był remiks piosenki „Bailando” Enrique Iglesiasa. Oczywiście nie wygrałam, ale po tym konkursie zaczęłam robić więcej takich prac, najpierw do szuflady, a potem pojawiła się pierwsza poważna propozycja, czyli remiks dla Lari Lu. Następnie powstał portal 2track.pro i tam zrobiłam wiele prac, jedna nawet została nagrodzona. (śmiech)
Nagroda w konkursie „Nextpop 2track Rework Contest” utwierdziła cię pewnie w przekonaniu, że to jest właśnie to, a do tego zaczęłaś używać pseudonimu Shagreen, chcąc niejako oddzielić to, czym zajmowałaś się wcześniej?
Już wcześniej chciałam zacząć używać tego pseudonimu, ale jakoś nie miałam odwagi, zastanawiałam się cały czas, czy to dobra nazwa dla mojego alter ego. Teraz trochę żałuję, że już na płycie Lari Lu go nie użyłam. Choć wszystko ma swoje dobre i złe strony - dzięki nazwisku starzy znajomi mnie kojarzyli, a szukając jakichkolwiek informacji o mnie i tak wpadają już na Shagreen.
Mając już kilka utworów i pomysły na dalsze uznałaś, że warto poświęcić temu projektowi więcej czasu i skupić się na długogrającym materiale?
Piosenki powstawały stopniowo, dopiero potem zrobiłam z nich album. Decyzja o płycie została podjęta, jak już miałam wystarczająco dużo ukończonych utworów.
Taka całkowicie solowa produkcja daje z jednej strony ogromną swobodę, z drugiej jednak jest też pewnym ograniczeniem, bo nie wszystkie brzmienia da się wygenerować za pomocą różnych programów – stąd udział w kilku utworach gitarzysty Arka Grochowskiego i perkusisty Oskara Podolskiego?
Tak, ich pomoc była nieoceniona. Chciałam kiedyś nauczyć się grać na gitarze, ale nie chciało mi się ćwiczyć (śmiech), więc zaczęłam tłumaczyć to sobie tak, że przecież gram już na kilku instrumentach, śpiewam, produkuję, po co mi kolejne „zobowiązanie” muzyczne. Zresztą teraz i tak nie dobiję już przecież do poziomu doświadczonego gitarzysty, który z tym instrumentem spędził całe życie. O perkusji to już w ogóle nie było mowy. Dlatego postanowiłam w takich kwestiach polegać na innych i jestem bardzo wdzięczna Arkowi i Oskarowi, że zgodzili się mi pomóc. Gdyby nie oni, te piosenki brzmiałyby biedniej.
Mąż wsparł cię też w zmiksowaniu kilku utworów, a masteringu całego materiału dokonał nie byle kto, bo sam Erie Loch?
Tak, tu kolejny raz poprosiłam kogoś o pomoc, ponieważ niektórych piosenek po prostu nie potrafiłam zmiksować tak, żeby brzmiały dobrze. Arek jest doświadczonym realizatorem, dobrze nam się też muzycznie współpracowało, więc wiedziałam, że zrobi to świetnie. A Erie Loch to wspaniały człowiek, również bardzo wspierający. Bardzo chwalił materiał, który mu wysłałam do masteringu.
Ponoć niektóre partie były rejestrowane w bardzo nietypowych miejscach czy warunkach – chodziło o osiągnięcie konkretnego brzmienia, czy były inne uwarunkowania?
Raczej inne uwarunkowania (śmiech). Może wyjdę na skąpą, ale moją zasadą było założenie, że jak coś można zrobić w domu, to po co wynajmować studio? To podejście do nagrywania sprawiło, że np. wokale do piosenki „One Word” powstały w szafie, pośród moich ubrań i butów. Tam była najlepsza akustyka. Profesjonalne studio nie było potrzebne. (śmiech)
Warstwa instrumentalna płyty od początku miała być tak minimalistyczna, z bardzo oszczędnymi aranżacjami, żeby nie przytłoczyć słuchacza ogromem, w sumie niepotrzebnych, dźwięków?
Chciałam, żeby tak było… Ale nie było to proste, bo ja z minimalizmem w muzyce nie mam zbyt wiele wspólnego. Podczas produkowania piosenek tworzę bardzo wiele jej „warstw”, aż wszystkie pasma są zajęte i nie da się już nic dodać. Następnie robię selekcję. Jeśli na płycie są utwory minimalistyczne, to znaczy, że z wielu tych „warstw” po prostu zrezygnowałam. Ale na pewno nie były one minimalistyczne z założenia.
Z zasady staram się ograniczać do minimum swe kontakty z dźwiękami muzykopodobnymi, ale nie zawsze jest to możliwe. Coś tam więc czasem usłyszę i nasunęła mi się w związku z tym taka refleksja: twórcy różnych muzycznych „potworków”, a już szczególnie na naszym rynku, zdają się zapominać o tym, że melodyjnie czy przebojowo nie wyklucza się z ambitnie czy nowocześnie, czego zawartość „Falling Dreams” jest nader dobitnym potwierdzeniem?
Jeśli jest potwierdzeniem, to się bardzo cieszę. Zależało mi na tym, żeby moje piosenki były melodyjne, wpadały w ucho, a jednocześnie były też zgodne z moim stylem, bliskie tej muzyce, która mi gra w duszy. Przykład ogromnego sukcesu Nine Inch Nails i świetnych płyt Gary’ego Numana może być potwierdzeniem tego, że da się połączyć przebojowość z ambitnymi dźwiękami. Bardzo ważne jest, żeby artyści mieli swoje charakterystyczne brzmienie, takie, którego nie da się pomylić z żadnym innym. Zbyt często próbujemy „gonić” to, co dzieje się na rynku globalnym, przez co zdarza się nam kopiować znane już piosenki. Dla mnie największym sukcesem będzie, jeśli osiągnę „to coś”, co wyróżnia moją muzykę spośród innych. Ja to nazywam „muzyczną tożsamością”. Mam nadzieję, że coś takiego udało mi się osiągnąć choć częściowo na „Falling Dreams”, a jeśli nie, to może uda się na kolejnej płycie.
Często jest również tak, że twój głos brzmi niezwykle ciepło, bardzo delikatnie – to celowy kontrast, mający niejako „dohumanizować” warstwę instrumentalną poszczególnych utworów?
Tak, delikatne śpiewanie zawsze było moją mocną stroną. Zastanawiałam się kiedyś jak to by brzmiało w połączeniu z mocniejszą muzyką, no i na płycie znajduje się odpowiedź. Jak wyszło - każdy może ocenić sam, ale do tej pory zdania były zróżnicowane. Jedni twierdzą, że to w ogóle nie pasuje, inni są zachwyceni.
Teksty też są zróżnicowane, powiedziałbym życiowe i dotykają różnych tematów – przy tak osobistej płycie nie mogło być inaczej, musiała to być zwarta całość słowa/muzyka?
Teksty zwykle opowiadają o tym, co w danym momencie się u mnie dzieje. Albo, jak to było w przypadku „Desire”, po prostu miałam pomysł na treść i nie dotyczyło to konkretnej, aktualnej sprawy z mojego życia. Zainspirowała mnie do tego warstwa muzyczna, którą wcześniej stworzyłam. Starałam się, żeby wszystko było spójne.
Wrażenie dopracowania  całości pogłębia też ascetyczna, wręcz minimalistyczna oprawa graficzna „Falling Dreams” – dużo czerni, opisy ograniczone do minimum, no i brak tekstów?
Tak, zależało mi na tym, żeby na kartonie mało się działo i było dużo szagrynu. Razem z Agnieszką Zalewską (która jest autorką tego projektu) doszłyśmy do wniosku, że oprawa powinna być „elegancka”, cokolwiek to znaczy. Mamy nadzieję, że udało się oddać sens tego słowa.
Jest też w sumie plus tej sytuacji, bo widzę tu sporo miejsca na dedykacje czy autografy – planujesz pewnie koncertową promocję płyty?
Póki co zagrałam kilka koncertów, ale wciąż pojawiają się nowe perspektywy. Obecnie staram się zaplanować dalszą część trasy, na pewno będę też chciała pograć coś w przyszłym roku.
„Falling Dreams” to wydawnictwo w 100 % niezależne – uznałaś, że w roku 2019 wsparcie wydawcy nie jest ci do niczego potrzebne, bo nawet niezależny wykonawca ma dość możliwości  wypromowania się?
Szukałam wydawcy jakieś trzy lata temu, odbyłam nawet kilka rozmów, jednak nie zakończyło się to żadnym kontraktem. Po pierwszych czterech samodzielnie wydanych singlach zauważyłam, że pełna niezależność daje mi ogromną frajdę z tego, co robię, a to bardzo ważne dla debiutanta. Chciałam swoją drogę i tożsamość najpierw znaleźć sama, określić się i przekonać, że to, co robię, jest słuszne. Może kiedyś przyjdzie czas i na wytwórnię. A jeśli chodzi o samodzielną promocję, to jest ona bardzo trudna, ale nie niemożliwa. Jest spore grono artystów, którzy dobrze sobie radzą w takich warunkach i zawsze jest nadzieja, że do nich dołączymy.
Dostrzegasz więc na naszym rynku lukę dla siebie, zważywszy, że rodzimy industrial nie jest jakoś szczególnie popularny, a bywało i tak, że na koncertach bardzo znanych zespołów z tej stylistyki widywałem publiczność liczącą w porywach 20 osób? Może lepszym wyjściem byłoby zainteresowanie tym co robisz najpierw zachodniej publiczności?
No właśnie, niby ta luka jest, ale z drugiej strony nie ma też popytu na taką twórczość. Kiedy zaczęłam być bardziej aktywna w social mediach, głównie na Instagramie, zaczęłam zdobywać międzynarodową publiczność. Otrzymałam bardzo wiele ciepłych słów, wiele płyt sprzedałam osobom z Niemiec, USA, Wielkiej Brytanii, a nawet kilka sztuk poszło do Francji, Kanady i Włoch. Zauważyłam, że promowanie się za granicą jest możliwe, ale wymaga to wiele czasu, energii, a przede wszystkim kreatywności. Jest to w zasadzie samodzielna praca każdego dnia.

Wojciech Chamryk

120_baner.gif 129_exhorder_158x600px_eu.gif 128_msf_158x600px_eu.gif 125_sonataarctica_158x600px_eu.gif 125_destruction_158x600px_eu.gif 127_velesar_maly_baner_reklama_hmp2.png

Goście

2433468
DzisiajDzisiaj2461
WczorajWczoraj3746
Ten tydzieńTen tydzień6207
Ten miesiącTen miesiąc60085
WszystkieWszystkie2433468
18.205.109.82